Wiersze poetów Gdańskiego Klubu Poetów

0
227
Mieczysław Czychowski

                                                           
RYSZARD WASILEWSKI

Nasz własny

świat nie zatrzymał się
nie stygnie
tylko nasze sprawy
ogarniane naprędce
weszły w cztery ściany
w namysł

w przewrotny spokój

choć nadal potrafimy
zasadzić drzewo
w naszym skrawku ziemi
kochać
snuć plany
– najdalej na jutro
to dni się kłębią
od bezradnych rąk
poszukiwań siebie
gdy niewidoczny oprawca
próbuje wessać w pustkę

zanim wieczorem
księżyc osrebrzy otwarte okna
karmimy ptaki
kąpiemy się w kwiatach
nim je wsuniemy w schnący zielnik

wtulamy się
 w iskrzącą skórę młodych brzóz
 a starym sosnom
 wdrapiemy w chropowatość    
 wciąż nowe
 własne datowania

Wędrówka

pojawiamy się z wyrokiem
odroczonym na życie
coraz bardziej nasze

i ta nieustanna tymczasowość

z jedną twarzą
ale w różnych maskach
w ciągle zmieniających się dekoracjach
uszminkowani wśród gapiów
to w todze sędziego
to z piętnem ofiary
szukamy zakazanej drogi
na której wszystko dozwolone
i można uwięzić własnego kata
lub postawić kapliczkę 
milczącemu niebu

z odroczonym wykonaniem wyroku
po majowych konwaliach
chcemy wyjąć z czasu
wszystkie sady
gdzie dobre owoce obok lepszych
aż po jesienne wrzosy

a potem szron
i szarość prochu

tylko cmentarze
są zawsze pełne kwiatów


Puste domy

w domach twierdzach
w których sufit tuż nad głową                                                                
tylko w muszlach słychać
szum odległych mórz
chociaż w mieście festyn
pod magnolią
w parku konkurs
na pocałunek dnia
a w alejach rodzi się symfonia

w takich domach
wszystko jest po coś
na teraz –
no i kiedyś jeszcze
może nam się przydać

garnitury w kancik
suknie z motylkami
w regaliku książki                                                                                    
ustawione pod linijkę
klamoty
wydmuszki
aniołek i amorek
z tłustą dupką
kilka słoni z trąbami
tylko w górę
i koniecznie duży ekran z serialami
które wnoszą
kreowaną idylliczność                                       

a przecież nie dom
ale kto otwiera okna
i jest w nim bardziej 
niż jakikolwiek sprzęt


Jeżeli…

jeżeli cisza –
to nigdy samotność
to pod górę to w dół
drogą krętą w rozstajach
byle tam gdzie ktoś czeka

jeżeli chmura –
to z wiosennym deszczem
który czyści gniazda
i nasyca ziarna
kiedy ziemia drzemie

jeżeli wiatr –
to pod twoje skrzydła
gdziekolwiek jesteś
kiedy powracasz
z ciemnej strony świata

jeżeli miłość –
to zawsze wzajemna
spleciona z kwiatów
i ta już jesienna
tkana srebrną nicią

jeżeli człowiek –
to tylko po ludzku


BERND KEBELMANN


przekład: Małgorzata Płoszewska


To dobra pora

To dobra pora
by zaczerpnąć oddechu
w uskrzydlone płuca
tego subtelnie błękitnego
świerszczami utkanego powietrza

To dobra pora
by krok po kroku stawiać na ziemi
słuchać jej skrzypienia, poczuć
że jeszcze mnie nosi

To dobra pora
dla ukochanego człowieka
na pocałunki, przytulenia
na ból

To dobra pora
na zapomnienie

Tylko ty
nie czyniąc kroku
nie oddychając
trzymasz cierpliwie w garści

czas
który pozostaje ci
na umieranie


Tryptyk Orfeusza. Rewers

Potajemne modły
za ołtarzem
gdzie złodzieje, sutenerzy i heretycy
nawiedzają błądzących

Dobrze jest mieć Boga
kościół z krwi i kości
w brudnym habicie św. Franciszka
wychwalać ptakom włochate niebo
rybom wilgotne miejsca

Co było do wyśpiewania
zostało po stokroć powiedziane
i teraz ciemność otula twoją głowę
zanim przyjdą bachantki

Wyprowadź mnie poza słowa
pokaż mi się w głębokim
mroku
stwórz mnie na nowo
dionizyjsko


Jesienny sonecik

Nic nie przypomina dnia tego ranka
czas liczy krople deszczu na krzewie
w oknie mozolnie dym mgły wstaje
by pożyczyć sobie promień światła

Słońce zniknęło bez śladu za chmurą
za spojrzeniem i słowem się chowa
śmiech zrywa się i zatacza od nowa
jakby jeszcze pijany nocą ponurą

łąką nadciąga milczenie, dech zapiera
krokiem zimnym, bezwietrznym
ociężale słania się trawa na mchu

dziecko w ciepłych ramionach snu –
mój kielich do ust przywiera –
pij, może będziesz śnił razem z nim


Koniec wszech czasów

jest poezją
piękno starzeje się
owoc zaczyna się psuć
wszystkie mowy świata – przegadane
wszystko co kochane – przemija tęsknotą
toczy się przez pagórki
górę życia
nad grobem

Ci, którzy wyszli z cienia
odchodzą z tego świata –
słoneczny wiatr rozwiewa powłoki ciał
i wypełniają się oczy
nie widząc nic, oprócz światła

Czwarty wymiar
skurczył się do rozmiaru pyłu
jego oddech pieni się
na nigdy nieodkrytych plażach

Koniec wszech czasów jest poezją
ona jedna
jedyna
nigdy się nie skończy


TOMASZ KOWALCZYK


 * * *

Tak naprawdę wszystko mi jedno, kto kogo
zabił. Za poglądem, że Oswald nie działał
w pojedynkę, przemawia obfita bibliografia
ze wszystkimi atrybutami teorii spiskowej.
Przekonują do niej na YouTube miodouści

mówcy o płonących oczach. Własną reakcję
na wszelkie nowości rozpoznaję za pomocą
perspektywy tłumu, nie wyrywając się jako
pierwszy z miską do kotła, w którym bulgocze

wieloskładnikowa breja. Zachowuję szczególną
czujność, gdy pada pytanie: „Co jest prawdą?”
Wtedy interlokutor zostaje zazwyczaj poczęstowany
octem, a następnie kończy życie. Coraz częściej

droga prowadzi mnie do źródła, ale woda stamtąd
stała się jakaś gorzka, nie przypomina smakiem
tej zapamiętanej z dzieciństwa.


* * * 

Kiedy opanowałem sztukę chodzenia po wodzie,
rozpostarłem szeroko ramiona, ale nie płynęła
obok żadna łódź, której pasażerowie skoczyliby
za mną w ogień. Jako jedyny świadek własnej

chwały daremnie wytężałem wzrok, poszukując
publiczności gotowej zaświadczyć o cudzie.
Nadprzyrodzone zjawiska przykuwają uwagę;
tym razem wierni woleli zostać w domach

albo udawać ślepotę, jakby nie zdawali sobie
sprawy, że omijanie śniętych ryb w brudnych
odmętach budzi jedynie odrazę. Każde poświęcenie
musi mieć swoje granice, dlatego waham się
 
coraz bardziej, ilekroć ręce błagalnie wzniesione
ku niebu, powracają puste. Kiedy zwątpię, pójdę
nad najgłębsze miejsce jeziora.


* * * 

Ciągle wierzysz, że kryształki cyrkonii staną się
kiedyś brylantami, a kolczyki nabiorą prawdziwie
złotego blasku. Zaraz po przebudzeniu sprawdzasz,
czy nie nastąpiła cudowna przemiana, tymczasem

ja wymyślam najprzeróżniejsze sposoby, by rozproszyć
twoje rozczarowanie. Na wszelki wypadek zapisuję
skuteczne perswazje: może użyję ich ponownie, a ty
nie zwrócisz uwagi na powtórki. Kiedy brakuje słów,

z pomocą przychodzi cierpliwe milczenie, które
rozwiewa wszystkie wątpliwości. Nie wiadomo,
jak długo będzie można na nie liczyć. Prędzej czy
później odkryje prawdę i na złość zacznie kłamać.

Nie mogę do tego dopuścić, bo ze swoją umiejętnością
przekonywania gotowy ci wmówić, że cyrkonie
tak naprawdę nigdy nie zmienią się w brylanty.
A ty uwierzysz.


* * *

I tym razem z żył wypływa prawdziwa krew,
a ból staje się coraz bardziej rzeczywisty.
Maksymalnie rozszerzone źrenice traciły
poczucie snu, opierając zalęknione spojrzenia 
jedynie na krawędzi światła. Po przekroczeniu

granicy nóż wykonywał powierzone
zadanie, następnie czerwienił się ze wstydu,
że znowu poniosły go emocje. Problem
można rozwiązać tylko doraźnie: szwami

na przegubach i antydepresantami.
Kilkakrotnie ogłaszano zakończenie kuracji,
ale zawsze następował powrót do punktu
wyjścia. Ślady po cięciach znikały szybko,

ale nie odchodziły w zapomnienie. Dobrze
znane głosy, przed którymi mają chronić
ostre narzędzia, każą codziennie powtarzać
procedurę zasypiania zamiast pacierza.


JULIUSZ RAFELD (JULO RA)


Plamy na słońcu II

wstaję rano i szukam ciebie nad horyzontem
zanim się w pełni jeszcze korona ukaże
cumulusy jak rzęsy przesłaniają twoje żółte oko
a gdy czasem łzy ronisz
i tak za wszystko winimy chmury

gdyś w zenicie
udaje nam się czasem nastąpić sobie na głowę
ale nigdy tak naprawdę nie da się uciec
od własnego cienia
i choć to też twoja sprawka
nikt ciebie karać nie zamierza

z pozoru sprawiedliwie obdarzasz łaską
poddani królowej Flory rozpychają się
żeby się znaleźć w twoich ciepłych objęciach
a my spod znaku Fauny mrużymy oczy
lecz wystarczy je przesłonić dłonią
by dostrzec coraz więcej plam na twoim obliczu


Plamy na słońcu III

można ciebie nazwać chmurą
skoro potrafisz od rana szybę zrosić
albo trawę kroplami do ziemi przygiąć

można ciebie nazwać burzą
skoro piorunami ze swych oczu
potrafisz zagłuszyć szum deszczu

można… wszystkim cię nazwać
z wyjątkiem słońca
bo czyż jego ciepło od twojego przyjemniejsze
albo od twojego spojrzenia jaśniejsze
nawet jego imię od twojego krótsze
a czasem plamy na jego obliczu ciemnieją
no i przede wszystkim nocą długimi godzinami
go nie widać
nie… wszystkim można cię nazwać
oprócz słońca
 

Plamy na słońcu IV

trudno się dziwić
że malarze bezradnie pędzle rozkładają
od świtu wypatrują
żeby po chwili zachwytu doznać zawodu
skoro paleta zbyt skromna by oddać
fioletowo-żółty odcień na horyzoncie

czasem wracają wieczorem zaciekawieni
czy już je dzień znużył na tyle
żeby do snu chmurami okryć
wtedy ponownie głowy opuszczają
na widok jego czerwono-krwistej uciechy
że im się znowu wymknęło

tylko zakochani otwierają wtedy oczy


Plamy na słońcu V

najchętniej witałbym ciebie muzyką
ale za daleko
same słowa też nie dotrą
bo za ciche
może więc choć myśli odczytać potrafisz
skoro do twoich fal podobne
i oprócz chmur żadnych po drodze
przeszkód nie ma
próżnia miewa swoje zalety

martwią mnie tylko plamy
jak słowa skargi nad tym światem
któremuś życie niechcący swym ciepłem przywiodło

nocą
gdy się odwracasz
ich nie widać
ale co to za pocieszenie
jeśli nazajutrz ponownie
nasze grzechy wyeksponujesz


ŁUKASZ KONOPKA


babie lato

jak to zbliżysz bez zooma?
będziesz musiała podejść blisko
zbyt blisko żeby się wycofać
niepostrzeżenie i nie zmieszać
oddechów turbulencji westchnień
nie możesz być tak blisko
złamiesz szyk zmienisz klucz
z którym odlatywałaś do ciepłych krajów
zostaniesz i będziesz krążyć ze mną
to kolejne okrążenie tu nie ma mety
spotkamy się na mecie u ciebie
przyjmiesz i przechowasz do rana

jutro odepchnięte nogami w poduszkę
nie zasypiamy zliczam twoje pieprzyki
stawiam pieczątki ust obok
skrupulatnie i z nabożnością
łączę punkty liniami palców
początki przechodzą w końce
trzymasz wszystkie nitki tych pajęczyn
babie lato


4 rano

obudzony
w twoim śnie
leżę leżakuję
jak wino
zyskuję na wartości
w tym czekaniu
oczekiwany
bez oczekiwań
rozbudzam nadzieję
przebudzam
patrzeniem jak śpisz

otwierasz oczy
otwierasz na mnie
na możliwość wyboru
na wolność zaboru
zakaz używania języka
nakaz połknięcia słonych
słów słodkich półsłówek

w półśnie w półcieniu
zapamiętuję konstelacje
twoich pieprzyków
szkicuję na później
zasypiam
gruszki w popiele


Nieważkość

a czemu nie?
tak też można

zgadzasz się bezgłośnie

zanurzam się
w odpowiedzi głęboko
poruszony

zaczynasz się tam
gdzie kończę się ja

kończy się ja
zaczynasz się
nie znam granic

wystrzelony w twój kosmos
lewituję w nieważkości
lekkości ciszy
niewypowiedzianych słów


Wolno

rozgrzewasz mi dłonie
spoza zasięgu wzroku

nie mogę sięgnąć w ciebie
przymykam powieki

przewijam taśmę nasłuchu
cofam zapis wideo
do miejsca gdzie jesteś
usta obejmują słowa
głośne i wyraźne
ważne ale nie twoje

milkniesz
i dostrzegasz
sięgam w twoją ciszę

zwalniamy obroty
wolno teraz wolno

wolno nam wszystko


WALDEMAR HŁADKI


Niedosyt

Sąsiaduję z kosmosem przez skórę
codziennie pytam o sens
obserwuję i słucham
dotykam
wącham i smakuję
przeżywam
czuję  …
że brakuje mi zmysłów


Oddycham wierszem

Tego ranka oddycham wierszem
na cienistej werandzie
zielona cisza popija
ze mną zieloną herbatę
pióro urwało się z łańcucha
biegnie od lewa do prawa
i znowu powraca
z radości drapie pazurem
po kremowym papierze
jeszcze milczą narodzone słowa
które wkrótce wypowiem


Powrót

Za drzwiami płomyk
ogrzewa stygnący wosk
wpatruję się we wspomnienia
ściany tej rzeczywistości
tak blisko mnie
neutralna biel nie daje ukojenia
nawet człowiek na krzyżu
rozłożył bezradnie ręce
uderzam niezdarnie skrzydłami
o kolczaste druty złotej klatki
przecież kiedyś
stąd wyfrunąłem


Sposób

Łykam życie w tabletkach
trzy razy dziennie
po posiłku
popijam pragnieniem
po dwa łyki nadziei
już mi lepiej
znowu mogę myśleć
że nie jestem potworem
jestem cudem

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko