Leszek Żuliński – Wspomnienia weterana (34)

0
99

Szlak moich lat

         Im dłużej żyjemy, to przypominamy sobie młodość. Ja najczęściej wracam do lat licealnych. Naprzeciw było kino – w nim także dbano o filmy dla dzieci i młodzieży. Zaraz za nim była moja szkoła – wielkie, przedwojenne, jeszcze za Niemców zbudowane gmaszysko. Po drugiej stronie szkoły był wielki plac do grania w piłkę, budynek sali gimnastycznej, bieżnia do biegania, a za tym wszystkim mur, który prowadził do wielkiego parku. Ha!, tam doznałem pierwszej młodości. Ona miała na imię Krysia; kiedyś poszliśmy w głąb tego parku na jakąś polankę i ja czytałem wiersze Krysi – to była randka wielce unisona.
         Na ulicy Krakowskiej, tuż obok szkoły, był dom, za którym mieszkali nauczyciele. W nim także profesor Tubek, polonista (jeszcze żyje do dzisiaj, choć jest już sędziwego wieku). On doceniał moje porywy do literatury. On mnie „rozgrzał”.
         Dalej ulica Krakowska ciągnęła się do centrum miasta. Po prawej stronie była restauracja. Tam nie bywałem, ale wiem, że popyt miała duży.
         Zaraz potem było centrum – spore gmaszysko Ratusza, a tuż obok dostojny pomnik żołnierzy radzieckich, którzy to niemieckie miasto (powiatowe) oddali Polsce. I tu po wojnie zjeżdżali się różni ludzie, w tym moi rodzice spowodowali moje przyjście na świat.
         Na Rynku, tam gdzie Rausz, do dzisiaj stoi ciekawy pomnik myśliwego.
         Do dzisiaj mam tam starych kolegów. Na przykład przymykam oczy i widzę kolegę Jachecia, który jest taksówkarzem i obok ratusza wyczekuje na klientów. Albo cudnego Tosia Zająca, którego wszyscy lubiliśmy. Albo cudowną Ludkę, w której się podkochiwałem. No i nie zapominam Bernarda Sznapki, który w piłce nożnej nas dystansował na łeb, na szyję.
         Idąc głównym traktem, po lewej stronie jest ten wielki, przepastny park, o którym wspomniałem. Ale cała ta długa ulica jest osobliwa. Niemało tu jeszcze poniemieckich domów. Jest także kościół protestancki (bo pamiętajcie, że sporo mieszkańców to poniemeccy tubylcy). A nieopodal, po lewej stronie, jest budynek sądu miejskiego.
         W końcu ulica się rozdwaja. Na lewo jest spore więzienie (i jeszcze drugie jest, tylko w innej części miasta).
         Zaraz potem skręcamy w ulicę Podgórną. Tam mieszkała moja babcie i jej córka Lidka (siostra mojego Ojca). One kusiły mnie na obiadki, bo byłem oczkiem w ich głowie.
         I jeszcze krok dalej: tam dumnie trwała Fabryka Maszyn Rolniczych. Mój Ojciec był jej dyrektorem.
         Wcześniejszym traktem była druga ważna ulica, na prawo od cmentarza. Tam do dzisiaj jest grób mojej rodziny strzeleckiej. Ale po prawej stronie cmentarza jest też ważna ulica z dużym szpitalem, a jeszcze kilka kroków i lądujemy na basenie.
         Ach, ten basen to cudo! Duży, solidny. Ma dwie pokusy. Pierwsza, to mały basenik ze zjeżdżalnią do wody, a drugi to już basen z prawdziwego zdarzenia – z wielką, wysoką, bodaj że dwupiętrową trampoliną. Spędzałem tam aż do matury rozkosze basenowe.
         A co potem? Potem ulica prowadziła do Opola, a ja w końcu, tuż po maturze, wylądowałem w Warszawie. Mojego Ojca tam zaciągnęli. Był to rok ważny, bo mogłem natychmiast podjąć studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim.
         No i już wszystko inaczej wyglądało. Studia, pierwsza praca i kolejne, w końcu emerytura.
         Emeryci tak mają: siedzą – jak ja – przy komputerze i nieustannie wspominają miniony czas.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko