Leszek Żuliński – Wspomnienia weterana (31, 32)

0
371

Młodość i starość

         No, ledwo tu do was się przysiadłem, a już kolejny tekścik wyskakuje mi spod pióra (pardon: spod klawiatury). Trzydzieści wpisów już mam za sobą. Tym razem miałem takie dni, kiedy znowu błąkało się za mną dzieciństwo. Boże, ile to lat, ile lat… Zaczęło się od tego, że śniła mi się zabawka z bardzo wczesnego dzieciństwa. Był to taki drewniany kogut, który szedł przede mną, a ja popychałem go na kiju. Ale to jeszcze nic. Ten kogut był jakoś tak skonstruowany, że z klekotem otwierał i zamykał skrzydła…
         W tamtych czasach taka zabawka to był cymes. No i pamiętam doskonale pierwsza lalkę mojej siostry. Nie była tak piękna jak te dzisiejsze, ale wystarczyło, by ją hołubić i przytulać.
         Szybko pojawiły się też lokomotywki jeżdżące po „szynach”, i to samoistnie, bo wystarczyło kupić w kiosku bateryjkę. Potem mieliśmy szał na punkcie plastikowych pistoletów. Były też i takie na wodę, co podwyższało standard zabawy (zwłaszcza kiedy szalał śmingus-dyngus).
         Potem stałem się bilardzistą. Ojciec przywiózł z Rosji bilard – no!, istne cudo. Graliśmy do upadłego. On gdzieś jeszcze za szafą stoi ukryty, ale nie na darmo, bo jak podrosną moje wnuczki to głowę daję, że bilard pójdzie w ruch.
         Oczywiście moja żona i ja kupowaliśmy synowi i córce zabawki, ale to już było nie to. Bo „to” z biegiem lat były zabawki nie z mojej młodości.
         I w końcu doszło do tego, że mój syn i synowa mają lepszy niż ja samochód, lepsze mieszkanie i – cholera wie? – lepszy pogląd na świat (?).
         Życie wydaje się krótkie, jednak i tak wystarczy, by z pokolenia na pokolenie świat stawał się inny. Tak było, jest i będzie.
         Teraz, od wielu lat, ja spędzam czas przy komputerze. Mój Boże… na jednej z moich półek leży ładna maszyna dopisani marki Consul – też relikt przeszłości. Boże, jak zazdrościli mi tego Consula koledzy-studenci. Był kupiony w komisie na Nowym Świecie. Dużą robotę ze mną wykonywał, a teraz ten Consul jest na „emeryturze”, ale wciąż mam do niego sentyment.
         Czy może mnie jeszcze coś zaskoczyć? Czy „technologia pracy pisarskiej” nadal się rozwinie? Ha!, w zasadzie to się rozwija, bo te wszystkie dawne cudeńka zastąpił komputer. Właśnie w tej chwili widzicie jak go eksploatuję.
         Zadaję sobie pytanie, jakie dalsze wynalazki i zmiany będą postępowały. Nic nie przychodzi mi do głowy. Ale przecież pamiętam, że ani komputer, ani telefon komórkowy dawniej mi się nie śniły. Teraz też się nie śnią, bo po prostu je mam.
         Tak, w ciągu jednego ludzkiego życia bardzo wiele się zmienia. Ot, starsi ludzie, którzy dawnymi czasy jeździli syrenkami, teraz jeżdżą samochodami wysokiej klasy. Technologia wyczynia takie wygibasy, że trudno je przewidzieć. A jeśli ktoś tych spraw jest bardzo ciekawy, niechaj dożywa stu lat. Wtedy westchniemy i powiemy: tak!, świat się zmienia.


Sztuka pośród codzienności

         Istnieją dwie opcje poezjowania. Ta pierwsza jest naturalna, to znaczy przychodzi do nas sama z siebie. Nie wymyślamy tego sobie, bo skądinąd wiemy, że literatura od wszech czasów zajmowała się poezją. No więc ten „wirus” dopada wielu z nas. Podobnie mają malarze, śpiewacy, muzycy, tancerze… To jest po prostu potrzeba kulturowości.
         Zew talentu sam się narzuca. Ta grupa ludzi jest artystami. Skąd, dlaczego? Ha, na to nie ma odpowiedzi. To po prostu jest osobliwa inklinacja. Mniej więcej to samo mają architekci, inżynierzy, filozofowie i kto tam jeszcze chcecie. Ktoś chce i jest poetą lub prozaikiem, kto inny malarzem lub śpiewakiem.
         Jesteśmy tak zwanymi „twórcami”. W sumie to tylko garstka społeczeństwa. Absolutna garstka z nas do tej gildii należy. A więc co robi reszta? Ano coś oczywistego. Są oni nauczycielami, prawnikami, szefami wielu instytucji, a w końcu rolnikami lub stolarzami.
         Bywają także artyści „nieuczeni”, nie zakochani w – księgarniach czy muzeach… Ot, taki na przykład Nikifor był artystą, choć zapewne o tym nie wiedział.
         Istna gmatwanina ludzkiej, normalnej pracy i egzaltacji!
         My – niby artyści – nie podnośmy głowy zbyt wysoko. Konglomerat różnorodności jest niezbędny. Dzięki temu cała ta maszyneria kreci się.
         Pogadajcie z bibliotekarzami. Wciąż biblioteki mają wzięcie. Moja Mama wiecznie biegała po bibliotekach i czytała książki. Zupełnie nie takie, jakie ja piszę czy czytam. Ale nie to jest ważne, tylko to, że nieustannie czytała, i to niekoniecznie tzw. czytadła. Ona już wtedy brała mnie do biblioteki, abym sobie coś wybierał. Może byłbym kimś innym niż Ona.
         Miałem także jako uczeń liceum tzw. „inklinacje” dzięki mojemu Profesorowi języka polskiego. On wszczepił we mnie nie mniej niż Mama. Zaraz po maturze zgadniecie, co wybrałem… Oczywiści polonistykę. No i to już była jazda na całego
         Polonistyka przygarniała adeptów literatury. Zupełnie niekoniecznie wszyscy z nas pisali wiersze lub opowiadania. Nie!, po prostu byli

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko