Jerzy Stasiewicz – Przypomnienia Darka Pawlickiego

0
260

Stary kruk  na Toborowej topoli rozprawiał o przyszłości.
Dzieciaki ciskały kamieniami w zwiastuna prawdy.

Był wytrwały.

Odleciał dopiero wtedy kiedy zakończył balladę
o nadchodzącej nocy.

A była to noc Świętojańska.
Zabudowania za rzeką trawił ogień.

Z tomu Zapach mojej ziemi 2002 J. Stasiewicz

            Przypomnienia  10 esejów & szkiców otrzymałem od Darka Pawlickiego w listopadzie 2019 r. w Polanicy Zdroju. Dzieląc z nim dwuosobowy pokój 102 w „ Bukowym Parku”. Gdzie byliśmy uczestnikami Międzynarodowego Festiwalu Poezji „ Poeci bez granic” im. Andrzeja Bartyńskiego, organizowanego przez Dolnośląski Oddział Związku Literatów Polskich.                                                    

            W czasie wieczornej rozmowy, racząc się przednią whisky, Darek rzekł:

            – Mam dla Ciebie najnowszy mój wybór.

            Poprosiłem o dedykację, okazało się, że jest już pomieszczona w książce i brzmi: „ Jurkowi z wyrazami sympatii i na pamiątkę, Darek. Polanica Zdrój, 15.11.2019 r.”

            Mam taki dziwny odruch, w pierwszej kolejności zaglądam do biogramu autora, mimo, że znam go od lat, często w drogę literacką wyruszaliśmy wspólnie od publikacji w tym samym numerze czasopisma, almanachu, jednodniówce. Siła wyższa. Darek Pawlicki urodzony w 1961r. absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego ( Bibliotekarstwo i Informacja Naukowa); eseista ( trzy zbiory: Chwile Miejsca Nastroje, ZauważeniaFragmentaria ), poeta ( kilka tomików m.in.  Haiku,  48 wierszy ), autor książki dla dzieci (Bibikin w drodze do Kamienia Życia). Teksty publikował/ publikuje: w „Borussii”, „Krytyce Literackiej”, „ pisarzach.pl”, „Poezji dzisiaj”, „Twórczości”, „Gazecie Kulturalnej”, „Akancie”. Prowadzi warsztaty literackie, wygłasza prelekcje dotyczące kultury. Niezwykle mobilny i sumienny co do terminów spotkań z czytelnikami i słuchaczami. Gdzie nie dowiezie pociąg, autobus, tramwaj, rusza piechotą, a jego uwadze nie umknie żadna budowla, most, tunel, nasyp, wieża, drzewo, mozaika z bruku, kształt kobiecego ciała – wszak poeta wyczulony jest na piękno. Doświadczyłem tej jego ciekawości w 2017 roku kiedy przybył do Nysy na moją „Bitwę w tle”. Odbierając Darka z dworca widziałem w oczach tą jego zachłanność zobaczenia wszystkiego w nowym miejscu. Wszak w Śląskim Rzymie był nowicjuszem, ale wiele o nim czytał i wiedza ta nie była powierzchowna. Ruszyliśmy ul. Wrocławską. Bardzo zwracał uwagę na detale i napisy „Pięknej Studni”. Znał wiersz Tadeusza Różewicza o katedrze. Szkoda, że nie było mu dane zobaczyć zawartości skarbca w dzwonnicy, ale kolejki zwiedzających związane z jutrzejszym jarmarkiem Jakubowym wymagały czasu, a ten zawsze jest ograniczony. Słychać było już salwy armatnie. Obsługa dział przygotowywała się do ostrzału nadciągających wojsk napoleońskich. Zahaczyliśmy o Plac Solny, Darek obfotografował Carolinum, kościół Wniebowzięcia. Zauważył, że główne wejście do świątyni to gotowa scena letnia dla teatru. Nie mógł się nadziwić wysokości wody zalewającej Nysę w czasie straszliwych powodzi. Zaznaczonych z datami na murze dworu biskupiego. Długo podziwiał pałac biskupi, obecnie muzeum. Zaczerpnęliśmy wytchnienia na jego dziedzińcu, gasząc pragnienie złocistym napojem bogów. Obmyliśmy twarze w chłodnej wodzie fontanny Trytona, zastanawiając się dlaczego delfiny mają łuski? Darek nie byłby sobą gdyby na chwilę nie wstąpił do czytelni Domu Wagi Miejskiej, poczuć zapach ksiąg i starych murów. Wieżę Ziębicką obszedł w koło. Słowiański rytuał wędrówki wzdłuż murów obronnych niezdobytego, średniowiecznego miasta, wyznaczając dłonią święte strony świata. Z mostu Kościuszki długo obserwował pracownię prof. Mariana Molendy, wsłuchując się w szum płynącej rzeki. Z grobem w kształcie otwartej księgi spotkał się po raz pierwszy, acz twórczość Josepha von Eichendorffa była mu znana, wymienił kilka utworów. Altanę niemieckiego romantyka odłożyliśmy na termin późniejszy bo przyszła  smsem dyrektywa Violi: „ obiad na stole”. A żołądek to serce mężczyzny. Gospodyni wręczył ogromny słonecznik jak z obrazu Vincenta van Gogha, kłaniając się w pas. Bitwę w Forcie II obserwował z najwyższej kanoniery co rusz ocierając załzawione oczy, drażnione dymem prochowym. Ostrzał armatni i z muszkietów z obu nacierających stron był tak intensywny, że pole bitewne ginęło w gęstej mgle. Słychać było jedynie komendy i jęki rannych. Czasem pisk markietanki. Pytał o szczegóły umundurowania, broni ręcznej, armat, wyposażenia taborów i przedmiotów codziennego użytku w obozowisku. Nie umknęły  uwadze Darka, buty na nogach żołnierzy z niemalże całej Europy. To obuwie robocze stosowane w zakładach pracy. Wytłumaczył rzeczowo stary wiarus: – obstalunek u szewca to poważny wydatek dla szarego piechura, fason ten jest bardzo bliski oryginału. – Widząc co nie dajemy wiary polał  po antałku mocnej śliwowicy dobrej dla gardła i odkażania ran. Sam był w lipowych chodakach.

*

            Prelekcję w Stasiewiczówce rozpoczął od glos:

 XV.

 Cytaty z ogłoszeń, anonsów, tytułów prasowych:
„Literatura kobieca”, „Powieść kobieca”, „Malarstwo kobiet”, „Kobieca
twórczość”, „Kobiecy film”…
      Nigdy nie myślałem, że sztuka, literatura, film, to znaczy, ogólnie, kultura ma płeć.
I nadal tak nie myślę.

XXXIII.

      Wiersz nie powinien zawierać, moim zdaniem, większej ilości słów, niż zawierałaby ich,
ewentualna, odpowiedź udzielona na pytanie: o czym jest (konkretny) wiersz?
      Utwór poetycki spełniający to kryterium byłby ideałem. Ale ten podobno… nie istnieje.

            Glosa XXXIII rozgrzała dyskusję do czerwoności. Wielu obecnych poetów na spotkaniu w altanie  przy kominku nie podzielała Darkowego wzorca idealnego. Argumentując, że wiersz jest z natchnienia Boga – pierwszy wers – reszta rodzi się w umyśle autora. I jak głębokie są przemyślenia piszącego tak długi jest zapis. (Nie bierzemy pod uwagę rozgadania – domena grafomanów) tylko samą esencję. A esencja nie oznacza minimum słów.                                                                                               

             Pytany o własny sposób tworzenia i zestaw lektur. Ujął to tak, słowa dobitnie utkwiły w mojej pamięci: – Stosuję jakby trójpolówkę: pierwotny zapis w brudnopisie. Tak leży kilkanaście tekstów. Następna teczka to cyzelatornia – teksty nad którymi pracuję, sięgając do słowników, materiałów źródłowych, encyklopedii, uzupełniając przypisami. Dopisuję fragmenty, które teraz uruchomiła moja podświadomość  – wróciły z zakamarków niepamięci. Dokonuję skreśleń dłużyzn nie wnoszących nic do omawianego tematu. Trzecia – utwory gotowe przeznaczone do publikacji. Nigdy nie spieszę się z rozsyłaniem po redakcjach. Muszą odleżeć swoje, urosnąć jak ciasto, doleżakować. Czasem w ostatniej chwili na „ gotowcach” dokonuję jeszcze poprawek. Wydaje mi się, że proces tworzenia jest otwarty, płynny. Ale to moje podejście warsztatowe, nawyk. Jestem nałogowym czytelnikiem: dzienników, listów, biografii. Beletrystyki od lat w ogóle nie dotykam. Z wieloma pisarzami koresponduję listownie. Stara tradycja epistolografii –  zamarła na naszych oczach: sms, e-mail – przeze mnie jest uprawiana z estymą. Nad każdym pisanym listem pochylam się jednakowo głęboko. Staram się na pytania adresata odpowiadać szczerze i zgodnie z posiadaną wiedzą. Nie ukrywam żalów i brudnej prawdy. Bo list jak i prowadzony przeze mnie dziennik jest szczerym, wewnętrznym, zapisem dnia dzisiejszego. Jutro jest już historią. Z której może będą korzystać historycy literatury, biografowie, studenci filologii.

*

         Na tle pochmurnego, burzowego widnokręgu stare, ogromne, rozłożyste drzewo, szarpane silnymi podmuchami wiatru. Możliwe, że to dąb – kiedyś czczone jako święte drzewo boga piorunów – pod najstarszym dziś w Polsce dębem Bartkiem Kazimierz Wielki sprawował sądy. Gdy olbrzymi, prastary dąb w dąbrowie położonej w widłach Dubissy i Ejni jesienią tracił liście, Żmudzini  szeptali: „Dewajtis opłakuje stare czasy”. Nie bez powodu autor umieścił go na okładce swojej książki. Drzewa są związane mocno z jego życiem. Najmocniej jednak z dzieciństwem spędzanym w czasie wakacji, ferii zimowych na wsi u dziadków na Suwalszczyźnie. Rzekłbym: „ Pawlicki jak Dewajtis opłakuje stare czasy”. Dobitnie opisuje to w eseju: „ Drzewa, o których pamiętam” w tomie: Zauważenia 2014 r. Kontynuuje tutaj w szkicach: „ O drwach i ogniu” i „ Przede wszystkim o starych gruszach”. W pierwszym sięga sacrum: „ Popiołu po spalonym drewnie pozostawało niewiele. Wystarczyło wybrać go z popielnika kilka razy w miesiącu ( w okresie intensywnego palenia). Zimą posypywało  się nim ścieżki wydeptane w śniegu i wszelkie miejsca oblodzone.” Chłopska gospodarność, przezorność i szacunek dla daru Boga, służącego człowiekowi w zamkniętym kole egzystencji. Od narodzin po śmierć.

          Patrzę na zdjęcie Darka Pawlickiego umieszczone na skrzydełku okładki, a wykonane przez Ilonę Bryk – Pawlicką żonę pisarza. Zastanawiam się skąd w tym poważnym człowieku – fizjonomia myśliciela – odzianym w długi płaszcz i kapelusz.  Z prawą dłonią na piersi,  człowieku miasta ( mieszkaniec Wrocławia, urodzonemu w Piszu na Mazurach ), przez wiele lat rezydującego na kontynencie amerykańskim, tak głębokie ukorzenienie w ziemi przodków. I nasuwa mi się porzekadło „ tam dom nasz, gdzie korzenie nasze”. Ale żeby to poczuć trzeba przebyć daleką drogę przez świat z maleńkiej wioski. By na tą wioskę powrócić. I często tak jest, że wędrówkę za; nauką, chlebem, miłością, powołaniem rozpoczynały wcześniejsze pokolenia. Przykładem jest prof. Andrzej Strumiłło mieszkający niedaleko dziadków Darka w Maćkowej Rudzie. Po zabieganym życiu wykładowcy, artysty i dyrektora w różnych częściach globu, osiadł niedaleko ukochanej Litwy. Budując przystań dla artystów i hodowli umiłowanych koni arabskich. Darka często gościł w drewnianej chacie. Snując opowieści o przemijaniu. A tak wiele chciałby jeszcze stworzyć ! Kamienny Krąg w podwórzu nasycał przybysza dobrą energią, pozwalając piórem władać swobodnie bez zgrzytów i zacięć jak lemiesz dziadkowego pługa. Odkładającego skibę za skibą, czarnej, tłustej ziemi. Z lejcami zawieszonymi na szyi oracza. Często Darek trzymał te lejce i bat, poganiając deresza do szybszego marszu. Koń jednak człap, człap, kopyto za kopytem swoim rytmem podążał do uwrót. Bruzdą spacerowały wrony, wydziobując robaki. W oddali  widać było rząd topoli przy drodze asfaltowej  z Suwałk przez Pogorzelec i Karolin do Sejn. Rankiem przejeżdżała cysterna z mlekiem, potem autobus „ ogórek” i od czasu do czasu osobówki w większości na państwowych rejestracjach. Autobus o 12-tej określał porę dnia. Krowy zganiano do zagród, pojono, dojono na południe. Zaprzęgi zjeżdżały z pól. Koń ten atrybut siły i dobrobytu mógł skosztować obroku i odpocząć w przewiewnej stajni jak i gospodarz w zaciszu domu na murku kuchennego pieca, który Darek opisuje niemalże z metafizycznym uniesieniem. – Krąg domostwa staje się utraconym Jeruzalem widzianym we wspomnieniach coraz wyraźniej z biegiem mijających lat. – Czekając na posiłek przygotowywany przez żonę. Tu święte ręce babci Pawlickiego krzątającej  się przy stolnicy, dzieży, garnkach, piecu śmiejącym się uczciwością płomienia. Sapaniem ogromnego emaliowanego czajnika z wygiętym dziubkiem jak litera „s”. Popołudniem ruszano ponownie do zajęć gospodarskich. Chłopiec przy boku dziadka zasiadał na wozie bacznie obserwując: „ odległy, niski las porastający rozległe Bobrowe Bagno.(…) miejsce tajemnicze z racji swojej niedostępności; niewielu ludzi tam było. I to z tego powodu bagno owo stanowiło i stanowi ostoję licznych łosi i bobrów, jak też kilku wilków i cietrzewi. A jeszcze trzydzieści lat temu można było  tam spotkać, wprawdzie bardzo rzadko, ale jednak, żółwie błotne.” Na własny użytek twórczego zamyślenia, sięgnąłbym nawet głębiej zamyślenia mitycznego wyodrębnił porę dnia „ przedzmierzch” i  definiuje go tak: „ A ów trwa od zachodu słońca, to znaczy od momentu,  „ w  którym słońce chowa się za horyzontem”, do zapadnięcia ciemności. Przedzmierzch poprzedza zmierzch, tak jak np. przedświt zapowiada świt, a przedwiośnie – nadejście wiosny. Z tym, że o ile przedświt, to są minuty, a przedwiośnie może trwać tygodnie, to wspomniana schyłkowa pora dnia – kwadranse.” Ukazuje przebogatą różnorodność: przyrody – sternika naszego życia, kultu chłopskiej pracy, jego silnego przywiązania do ziemi żywicielki, obyczaju świąt z jego ludowością, obrzędowością i tradycją. Głębokiej więzi rodzinnej i sąsiedzkiej – mimo, że konflikty były na porządku dziennym – pomocy w czasie nieszczęść, zagrożenia ze strony obcych. A nawet sił nadprzyrodzonych czy nieczystych. Bo na wsi dawniej w wielu miejscach straszyło. Zwłaszcza tam gdzie urzędowały znachorki, odcinano wisielców, bagna wyziewały gazy ( latem  języki  płomieni). Z ogromnej tarczy słońca z jej wyglądu i „ płynności” przewidywano pogodę na dzień następny z niebywałą precyzją. To odczytywali ludzie doświadczeni życiowo i dziadek Darka, którego sądy liczyły się bardziej niż pogoda w dzienniku telewizyjnym. Ważnym elementem rozważań eseisty są drogi. Zwłaszcza te polne gościńce, zarastające wszelakim zielskiem, zapomniane bądź popadające w zapomnienie. A przecież kiedyś nimi ciągnęły karety królewskie, dyliżanse pełne podróżnych z trąbką pocztyliona, chłopskie furmanki zaprzężone najpierw w woły, potem w konie. Wyładowane zbożem, sianem, ziemniakami. Drewnem na budowę domostw i zagród, na opał. Kamieniem z okolicznych wyrobisk – było ich wiele przy każdej wsi. – Z trwałego materiału powstawały zajazdy i karczmy przydrożne. Otoczakami utwardzano podwórza i dziedzińce, place przy kościołach i plebaniach. Szli tymi drogami – przywróconymi do życia w wyobraźni Darka – wędrowcy i pątnicy do miejsc świętych, oczekując cudu i oczyszczenia. Przysiadali na przydrożnych głazach, pniakach, rowach, kontemplując otoczenie, odmawiając modlitwy, śpiewając kościelne pieśni. I tymi drogami ruszali ludzie w świat wypędzeni z wiosek, dworów i przysiółków. Na wojnę i katorgę, skąd wracało niewielu, starych, schorowanych, zapomnianych przez sąsiadów, rodziny w kolejnym pokoleniu. Tylko czasem łzy matek przypominały dawne historie. A katorżnik, stary wiarus opowiadali gdzie leżą kości dziadów, ojców, wujów. Gdzie jest wielka woda, gorący piach, nieprzebyty las i ciągła zmarzlina. Nie interesują w ogóle w eseju: „O drogach prawie zapomnianych” Pawlickiego znane trakty rzymskie, budowane już na kilka wieków przed Chrystusem ( przykład: pochodząca z 313 r. p.n.e. słynna via Appia). Choć o nich wspomina. Bo te drogi znają wszyscy z książek, z  filmów, programów historycznych i popularnonaukowych. A nikomu nie chce się wyruszyć na wędrówkę w rozległe tereny poza miastem. Do setek wsi rozrzuconych po kraju. I spojrzeć hen daleko na łany falującego zboża, i dostrzec, że ta zielona linia ciągnąca się zygzakiem, aż do ruin to dawna droga prowadząca do zamku. Widać w zbożu kapliczkę – ktoś zapalił w niej świeczkę – przy drzewie krzyż pokutny. W innym miejscu rzędy drzew świadkami dawnego traktu. Gdzieś indziej półka porosła gęstym krzewem oddziela pola orne. A ten mały okrągły zagajnik to rozwidlenie. Sięgnijmy po książki Darka Pawlickiego – jest w nich na wyciągnięcie ręki to, czego szukamy daleko, często sowicie płacąc.

        Głęboko wrył się w moją podświadomość szkic: „ O drwach i ogniu”. Autor opisuje swoje uwielbienie patrzenia na ogień, ten nasz domowy ogień oswojony, który trawi drwa w kominku, piecu kuchennym. Kiedy jego łuna roztacza się na sufit, figluje po jego powierzchni. W wielu stronach jest takie określenie „ piec się śmieje” dotyczy to „kóz” ustawianych w pokojach gościnnych w celu dogrzania, sypialni najchłodniejszej izbie, ale też wymagającej ciepła zwłaszcza zimą. Nie u wszystkich. Sen potrzebuje chłodu. Staje przed naszymi oczami piec chlebowy z jego głęboką komorą, opalany dębiną, grabiną, babcia na klęczkach podsypująca szamotowe palenisko mąką – sprawdzenie odpowiedniej temperatury.  Wkładająca na długiej drewnianej łopacie, także posypanej mąką w jego gardziel wyrośnięte buły ciasta.  Ja lubiłem patrzeć na ogień w palenisku kuźni ojca – takich kuźni było wiele przy zapomnianych drogach. – Na iskry metalowego żaru z podków, siekier, lemieszy skaczące jak świetliki w noc świętojańską. Dawna tajemnica uplastycznienia metalu, przekazywana przez mistrzów z pokolenia na pokolenie. Darek przywołuje postać Prometeusza – nieśmiertelny – wykrada ogień bogom i uczy ludzi posługiwać się nim. Dosięga go za to gniew Zeusa, za karę przykuty zostaje do zbocza jednego ze szczytów Kaukazu. Codziennie orzeł wyrywa wątrobę z jego ciała. Ta każdorazowo odrasta. Od męki uwalnia Prometeusza Herakles zabijając orła. Wszystko jednak ma swoją cenę. Za posiadanie ognia ludzie zostają ukarani puszką Pandory – jej zawartością – czyli wszystkimi nieszczęściami. Ogień to drwa, pokarm płomieni. Przygotowanie zapasów odbywało się przeważnie zimą przy wyrębie lasu. Dorodne modrzewie, sosny, świerki szły na więźby dachowe, podłogi, drzwi, okna. Dęby na krzesła, stoły, szafy, kredensy. Gorsze okazy tzw. „ podsusz” przeznaczano na opał. Ale były wyręby typowo opałowe. Chłopi sami ścinali drzewa ocechowane przez leśniczego i układali w „ metrówki” – metry sześcienne. Robota w lesie to jakby zimowe żniwa. Uczestniczyła w niej cała wieś. W ogromnych ogniskach palono zbędne gałęzie, Zgadzam się z Darkiem że ten ogień kojarzy się z tymczasowością bo jego zadaniem jest oczyszczanie terenu. Ale na tych ogniskach pieczono mięso, suszono ubrania, ogrzewano zmarznięte dłonie, plecy. Nierzadko ogień był świadkiem okaleczonej ręki, twarzy. Dawał światło pracującym po zmroku, chronił przed dziką zwierzyną. Był ogniskiem domowym poza domem. Ostoją. Drwa na opał to także porządkowanie sadów. Wycinka starych grusz, jabłoni, śliw, zmęczonych latami owocowania. Umierających na oczach gospodarza. Służących do końca jako paliwo pieca, duch ciepła i bezpieczeństwa, a obecny w naszym życiu zawsze choć niezauważalnie. Niezauważalne jest dla wielu z nas otoczenie, zwłaszcza to w którym żyjemy ( przebywamy od zawsze). Trudno jest znaleźć wolną chwilę, usiąść na przypadkowym kamieniu, jakich wiele. I zastanowić się skąd ów głaz tutaj się wziął. Chłopskie zabobony( filozofia) mówią o diable przenoszącym ogromne głazy chcącym zaznaczyć teren objęty czartowską mocą; miejsca pożarów, w których całe rodziny spłonęły żywcem, topielców, samobójców niespełnionej miłości. A jaka jest prawda. Darek mówił: „ Bez żadnej przesady mogę stwierdzić, że pod sobą mam Skandynawię. I to pomimo tego, że  równocześnie dzielą mnie od niej setki kilometrów.” Głazy przeniósł lodowiec, starannie wygładzając czasem. Zadaje pytanie czy warto podróżować, skoro wytwory przyrody same dotarły do nas. Krzyczą obecnością, a my jesteśmy ślepi. Widoczność nasza ogranicza mgła, którą opisuje w kolejnym eseju. Z tym, że zachwyca się jej niebieskością. Widokiem, chwilowym zauroczeniem. Owa mgła unosi się nad jeziorem, którego brzegi z trzech stron okala las. Podskórnie czuję obecność Świtezianki. I duszę romantyka –  bo Darek Pawlicki nim jest w każdym calu życia i twórczości – głęboko ukorzenionego w filozofii, mitach greckich, rzymskich. Ale i tradycje Słowian, Bałtów nie są mu obce. ( A w tekście o butach ( sandały) sięga Egiptu przeddynastycznego). Mgła w tekstach literackich zawsze zwiastuje Coś tajemniczego, skrywającego Coś, uosabia tajemniczość. Co może sprawić mgła mówi Haiku autorstwa Issy:

                   Mgła – za mgłą księżyc
                   a ja wszedłem w kałużę
                   zwodne są drogi

Pamiętam, będąc małym chłopcem, jechałem z tatą furmanką zaprzężoną w gniadego na pole buraczane. W gęstej mgle jak mleko. Koń szedł pewnie co było dziwne. Kiedy gwałtownie mgła opadła, widok wydał się obcy. Nie przypominał znanego mi terenu. Babcie powiadały: świat nakryły skrzydła łabędzia. To przeświadczenie starych kobiet potwierdza liryk autora esejów.

                  Z modrzewiowej mgły wypłynął bezszelestnie
                 Symbol owej mgły –
                 Łabędź

Mgła – wrota otchłani – w butach dla mnie symbolu wolności. ( Jeszcze niedawno na obszarach wiejskich naszego kraju buty zakładano tylko do urzędów i kościoła. Drogą niosąc je pod pachą. Były jak i zegarek wyznacznikiem zamożności). Kto miał buty zawsze na nogach parł do celu. Nie bacząc na płoty, mury, szlabany, sterty kamieni. Oddzielające domostwo od domostwa, człowieka od człowieka. Nie umierał pod płotem. A jeśli trafił kulą w płot, ruszał dalej, przez lądy i morza do przysłowiowej Ameryki, która i dzisiaj jest dla wielu krajem pieniędzy leżących na ulicy. ( Echa emigracji zarobkowej drugiej połowy  XIX w.). Tej wolności zakodowanej w człowieku nic nie jest w stanie wyplenić. Cóż wielkiego: susze, powodzie, huragany, pożary, plaga szarańczy. Nie boimy się nawet braku chrztu. Otchłań i buty to symbol. Tak  to przedstawia Darek Pawlicki, wybitny myśliciel, drążący omawiany temat do jądra początku. Tutaj nie ma miejsca na pojedyncze spojrzenie. Metafizyka, sacrum i profanum emanują w wypowiedzi naturalnie. Nie wprowadzają czytelnika w chaos myślowy. Dają czas na zastanowienie i na wyciągnięcie własnych wniosków. Prawdą jednak jest że eseje i szkice Darka przemawiają do czytelnika wyrafinowanego intelektualnie. A takich mam nadzieję jest wielu.

         Żywi nie mają wpływu na losy zmarłych? Możemy przypomnieć o nich w wypominkach:  „ (…) człowiek po swej śmierci tak długo jakby istnieje/żyje, jak długo trwa o nim pamięć.” Mnie jednak nasuwa się inne spostrzeżenie. Mianowicie ramy historyczne w jakich żyć przyszło zmarłemu. Dziadek mój Teofil urodzony w 1897 roku przeżył zabór rosyjski, kształtowanie się niepodległości państwa polskiego z wojnami o jego granice, Polskę sanacyjną, dwie wojny światowe. I terror komunizmu. Zmarł bowiem w 1954 roku. Nie doczekawszy nawet odwilży. Wielokrotnie powoływany był pod broń. Ranny i zaginiony. Żył tylko 57 lat, a wydarzeniami można obdzielić pokolenia. Grób jego jest taki sam jak setki zamarłych wcześniej i później. Tylko te wypominki w kościele przywołują pomięć o dziadku. I innych zmarłych uszanowanych przez rodziny, znajomych. A co z tymi o których nikt nie pamięta? Nie wiemy nic o tamtym świecie. Podobno dotarli – będąc żywymi – do krainy zmarłych Orfeusz ( bez Eurydyki), Herakles i Eneasz. Odyseusz jedynie do wejścia  do krainy umarłych. Krwią zwierząt ofiarnych zwabił dusze druhów poległych pod Troją, matki i wieszcza Terezjasza. Ten napił się krwi i wyjawił co go czeka w drodze do Itaki. Wierzę, że i nam znana będzie przyszłość. Ale co wtedy z sensem życia Darku?

Dariusz Pawlicki
Przypomnienia 10 esejów & szkiców
EIKON Wrocław 2019 s.118

Jerzy Stasiewicz

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko