Wiersze tygodnia – Maciej Bieszczad

0
839
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Śpiew

Żadnego dźwięku
z wyjątkiem
roztrzaskujących się fal.

Ani jednego echa
nie licząc bicia w dzwon
w przyklasztornej wieży.

Co prorokuje na rubieżach słuchu?
Nigdy nie był donośny.
Nawet nie próbował.


Poeta Tu Fu pisze wiersz
           
Porywisty wiatr uniósł dzikie kaczki.
Wzbiły się rozbudzone w sine niebo.
Na brzegu rzeki kilku rybaków
rozmawia o udanym połowie,
skrupulatnie gasi ogniska.
Niepokoi mnie to puste miejsce,
nieopisane, pominięte,
tam w górze, ponad obłokami.
Myślę o tym kim będę,
kiedy już zwiną sieci
i wrócą do swoich domostw.


W ruchu. Z poetyki wiersza krótkiego

Przewaga być może polega
na oddechu.

Krótki i astmatyczny
z reguły mówi prawdę.

Odmierza i hipnotyzuje.
Jest wahadłem.

Jest żarem
nie mogącym utrzymać żaru.


Czarny człowiek

Jesienin przyszedł pierwszy.
Na wszelki wypadek pochowałem
wszystkie szale. Ciemno tu, powiedział.

Za nim, co uznałem za typowe, wszedł jego
czarny człowiek, dużo bardziej kulturalny
i nie taki oczywisty. Zaproponowałem

obu czarną kawę, wzmocnioną odrobiną
whisky. Jesienin odmówił, dodając półżartem:
lepszy byłby samogon gruziński. Po czym

usiadł tuż przy mnie. Za oknem nie było,
nie mogło być jasno, więc płomieniem
zapałki odliczył dwie twarze. Moją i własną.


Epsilon

Przekonanie że dwie proste równoległe
nie przetną się w jednym punkcie
jest w co wierzę niczym nieuzasadnione. 
W oczach czapli światło letniego wieczoru
posiada barwę jakiej nie odkrył późny barok.
Linie życia prawie zawsze kończą się okręgiem
zanim dotrą do nieruchomego teraz.
Ostatecznie położą cię w tym samym pokoju
wzruszy cię dobrze ci znany krajobraz.
Piłka w dzieciństwie wysoko podrzucona do góry
sama się potoczy pod szpitalne łóżko.
Zacznij raczej od punktu poza spiralą.


Oduczanie się twarzy. Medytacja druga

Po dwóch miesiącach spadł deszcz.
Dzbany butelki słoiki wszelkie
naczynia zostawione na stole
przed domem kilkakrotnie

w ciągu dnia napełniały się
będąc przecież przez cały
ten czas pełne. Jak często
czekałem na coś co już
się wypełniło.


Parodos

Ale jakby zapadła noc, tak bez powodu, zamierzchła,
jakby nagle w ogrodzie, w pobliżu domu, gdzie codziennie
bawią się twoje dzieci, zrobiło się ciemno?
Ty zaś nie wiedziałbyś, jak się przez tę ciemność przedostać.
Czy nie rozwiesiłbyś lampionów, nie przewertowałbyś
pudeł w poszukiwaniu świec, nie sięgnąłbyś po gwiazdy?
Pomyśl, jakbyś był pewien, że to nieco dłużej potrwa
i jednocześnie znając chwiejną naturę świateł,
postanowił rozwijać gwiazdozbiór jak dywan z lilii,
zastępować wygasłe zapalonymi?

Niewykluczone, że ukryłbyś swój dom i swój ogród,
otoczył go wysokim parkanem planet czy też zmniejszył
do rozmiarów szpilki, gdyby ciemność sprzeniewierzyła się
światłu i zamierzała je  zawłaszczyć lub gdy pewnego dnia
musiałbyś wyjechać daleko, bo wezwałyby cię prastare obowiązki
ojca sierot, twórcy, przyjaciela skrzywdzonych  i zostawiłbyś
domowników samych, wybrałbyś najpewniej zawczasu
tych, którzy utwierdzaliby zlęknionych, że będziesz jeszcze
bardziej obecny niż do tej pory byłeś.

Stanąłbyś między wszechświatami, nie zastanawiając  się,
czy wrócić już teraz, czy jutro, ale stawiałbyś
zdecydowane kroki, szedłbyś ponaglany miłością.
Oparłszy się o słońce, spojrzałbyś na swoją maleńką wyspę
i zobaczyłbyś wielki bałagan, mnóstwo śmieci, wybite okna,
tym bardziej chciałbyś jak najszybciej się tam dostać,
witany wrzaskiem i jazgotem chłopców
rzucających kamieniami w twoją stronę.


W nocy poprzedzającej ostatnią

W nocy poprzedzającej ostatnią
zapalą lampiony większe
od ziemi O północy mężczyźni
przyciągną paski
do spodni Kobiety bez namysłu
wsadzą grzanki do opiekacza
Dzieci zabierze Król

Samotni bezdomni przegrywający
z bezsennością zobaczą to jako pierwsi
W nocy przed tą jedyną ostatnią
ludzie na ziemi pomylą
otwarte niebo z przedwczesnym
wschodem słońca
a ono faktycznie się otworzy
Będzie jasno jak nigdy


Ścieżka w śniegu

Kobieta ciągnąca wózek z kanką mleka
do jedynego sklepu w okolicy.
Dwa razy w tygodniu
wymienia je na chleb.
Ma co włożyć do ust – jak sama powtarza –
i odezwać się do kogoś.

Bez nagrody za opiekę
nad sparaliżowanym
mężem zmarłym w ubiegłym roku.
Bez żadnych odznaczeń
za nieskrywanie gniewu do widm obu wojen.

Ma szansę być pierwsza.


Gość

Noworodki śpiące
kilkanaście godzin
dziennie są w stanie
go rozpoznać chociaż
stąpa między rzędami łóżeczek ciszej
niż wędrujący żółw
Kiedy natomiast
chodzi nad stadem pasących się
zwierząt to o dziwo
też chodzi na palcach Przedstawia się to
może mało tajemniczo:
akurat trwa krowia uczta
stopniowo przesuwa się cień
Chętnie siada obok stawiających
następną kolejkę
Nie zostawia ich wpatrzonych
w światło ogniska
Pasterskim kijem kreśli koło
Najmniej
rozpoznawalny bywalec
podrzędnych barów
Zmyślny planista Niezły gość


Za Hiobem

Kiedy mówię połykam  nieforemne kamienie
W przeszłości powściągałem
mowę nie chcąc
powtórzyć za Hiobem:
to, czego się bałem, nawiedziło mnie,
a to, przed czym drżałem,
przyszło na mnie.

Omyłkowo wydawało mi się
że skłonnemu do czynienia dobra
przytrafia się to samo
Jak mam rozeznać co jest słuszne
co sprawiedliwe?
Moje dni są szybsze niż tkackie czółenka

i przemijają bez nadziei.

Usłyszałem  w sobie język męża z ziemi Us


Lekcje

Oboje mieszkali w starej szkole pod lasem.
Słońce zachodziło tam dwukrotnie – 
najpierw w postaci czerwonego olbrzyma 
rozstawiającego świerki i sosny,
powalone drzewa i sterczące kikuty
kilkaset metrów od siebie,
następnie jako pulsujący prześwit,
który wtargnął między konary i pnie,
jako zarys drogi,
ale już ciągnącej się pod powieką.
Trzymali mnie na kolanach,
przed nami dogasało palenisko.

Przez otwarte okna na szkolnym korytarzu
wskakiwały solowe partie świerszczy,
wchodziły jak na szczudłach
do poszczególnych klas, do świetlicy,
potykając się o krzesła
odwrócone na ławkach.
Leżeliśmy na skrzypiących łóżkach
przy lampie naftowej – ja i moi rodzice.
Ciocia dyskretnie milczała,
wujek bez przerwy opowiadał o górze Fudżi.
Gdzie to jest teraz? Powiedz mi, iskierko.


Odezwij się do mnie

Widywali się w windzie, najczęściej rankiem.
Poza okazywaną sobie
zwyczajową uprzejmością
nie rozmawiali ze sobą.
Żadnych pytań o rodzinę, o stan zdrowia,
o wykonywaną pracę.
Reprezentowali świat
na zewnątrz – nieogarniony, wzbraniający dostępu.
Nie udało im się uzgodnić,
kim byli wtedy,
na jakim znajdowali się piętrze.
Uderzyło w nią rozpędzone auto
na przejściu dla pieszych,
po obiedzie zjedzonym
w jednym z samoobsługowych barów.
Wychodzimy stąd gwałtownie,
ugodzeni znienacka,
bez słowa. Żadnych pieśni, żadnych opowieści,
bez wyjaśnień.


Niewyobrażalne

Kiedy próbujesz o tym  myśleć
Stajesz przed ścianą W każdym razie
Wydaje ci się że jest jakaś
Przeszkoda pomiędzy tobą tutaj a tobą tam
Pomiędzy światłem dziennym
A światłem boskim
Podnosisz się z krzesła przez chwilę chodzisz
Po pokoju  nie wstajesz z martwych
Zamykasz się w łazience
Podnosisz mokrą twarz
On lekko puka cię w prawe ramię
Jest taki jak ty niczym się różnicie
Uśmiecha się do ciebie jak do Tomasza
W skąpo oświetlonej izbie z delikatnie
Zarysowanym wyrzutem
Pytając dlaczego Stoicie tak
Powtórzeni w plastikowym zwierciadle
Nie proś nikogo o przedstawienie ci
Własnego zniknięcia
Skoro wierzysz w spotkanie z Nim
Na klatce schodowej w łazience
W punkcie skupu makulatury i złomu
Najlepiej wiesz jak to będzie


Lot

Promienie słońca rozłupały
kopułę banku.
Rozpoczęło się trąbienie aut.
Zapasy w zbrojach
z lśniącego metalu
trwały już ponad godzinę.
Zatrzymałem się
na przeładowanym
przejściu dla pieszych.
Spieszący się zanadto,
schowani za wysokimi
kołnierzami,
wbiegali
jeden za drugim
do podjeżdżających
autobusów,
tramwajów,
zbiegali do stacji metra.
Przystanek autobusowy
wyludniał się,
by za kilka minut
stać się  wigwamem
przepełnionym szamanami
trzęsącymi się z zimna.
Światło dzienne
wycofywało się,
wpraszały się
neony reklam.
Zająłem wolne miejsce
na ławce. Taksówki
zatrzymywały się
przede mną. 
Machałem ręką
na znak odmowy.  I nagle –
jaka satysfakcja –
stadko białych gołębi
przeleciało
przez środek jezdni,
nisko, nad dachami
samochodów.
Co za urzeczenie
po miesiącach
wyzutych z mowy.


Niteczka

Tup, tup, tup
– odgłosy
kroków na strychu
nie zapowiadają tańca.
Klap, klap
– kogoś tam
oklaskują.
Sprzątają krzesła
po przedstawieniu.
Biegnie tamtędy
kłusem,
rozciągnięta od widowni
do sceny,
naprężona w garderobach
i graciarniach.
Nie trać z nią
kontaktu, dbaj o wzajemny
dotyk. Będą ci
w przyszłości
wmawiać, że
wkrótce się zerwie –
„ to nic nie warta
pajęcza przędza”.
Złap ją,  chwyć
koniuszkami palców.
Zdolna jest cię
poprowadzić 
przez hale, rynki,
pokoje, muzea,
po piaszczystych traktach.
Resztką sił
wypatrzysz ją
na OIOM-ie,
znajdziesz
przywiązaną do
nieruchomej kołyski.
Kłębek dokądś
poleci,
poturla się
przed siebie
albo wstecz –
do promiennych
początków.


Tajemnice

Nie łudźmy się. Nie podejmują za nas decyzji.
Dawno temu wystawiły nas za drzwi.

Gdy ktoś mówi z przekonaniem:
wiele o was wiem, gdy nierozważnie nazywa
je zagadkami – nie zgłaszają sprzeciwu.
Ich małomówność nic nie znaczy.
Od początku o niczym nie orzekały.

Niepotrzebnie im się narzucamy,
tak jakby coś od nich zależało.

Urywają się do nich telefony,
których wolą nie odbierać.
Są jak nietoperze wiszące
do góry nogami w czeluściach jaskini.


Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko