Andrzej Śnioszek – MEDYTACJE O RZECZACH PIERWSZYCH

0
320

„Kontrakt” Krzysztofa Zanussiego wieńczy scena konfrontacji dwóch bohaterek z jeleniem. Bohaterki pochodzą ze świata, którym rządzi chaos, zepsucie, natomiast jeleń przynależy do rzeczywistości wyższej, niezmąconej. One są pełne strachu, on spogląda majestatycznie, z ledwie dostrzegalnym wyrzutem, wyniosłą przyganą. Napięcie potęguje muzyczny geniusz Wojciecha Kilara. Obejrzałem tę scenę kilkadziesiąt razy, zawsze wywołuje ogromne emocje. Wraca, ilekroć staję z nieczystym sumieniem wobec przejrzystości poranka, kwitnącej wiśni, zapachu jabłek w sierpniowym ogrodzie. Górujący jeleń był także obecny w czasie mojej lektury „Życia rodzinnego Zanussich”, rozmów Barbary Gruszki-Zych z małżeństwem Elżbiety Grocholskiej i Krzysztofa Zanussiego. Co rusz czułem się jak hipokryta, który z ostentacją nie dba o jakość życia, zajęty codzienną krzątaniną wokół pozorów. Małżeństwo Zanussich wystąpiło więc tutaj w roli jelenia, czego w żadnym razie nie piszę z ironią. Zostałem przez nich skarcony, a raczej obdarowany serią spojrzeń, które mają moc otrzeźwiającą, ozdrowieńczą.

Krzysztofa Zanussiego podpatruję od wielu lat, najpierw jako reżysera „Cwału”, który zrazu oglądałem tylko dla autotematycznego epilogu, by dopiero niedawno docenić inne jego walory, z muzyką Kilara – znów! – na czele. Drugim odkryciem były „Barwy ochronne”, tutaj również Kilar, ale jeszcze bardziej… zakończenie, seria oddalających się ujęć sporu magistra Kruszyńskiego z docentem Szelestowskim, podobnie jak w „Kontrakcie” ukazanych w swej śmieszności, nieważności na tle nieludzkiego, ponadludzkiego ogromu natury. Oprócz reżysera istotny był dla mnie Zanussi-mówca, myśliciel (nota bene – oprócz fizyki – studiował filozofię, uczęszczał na wykłady Romana Ingardena). Pojawiał się często w telewizji, ze swadą przemawiał na każdy temat. Zawsze miał do powiedzenia coś znaczącego, odkrywczego. Jego erudycja nawiązywała do niedostępnych już dziś możliwości dawnych filozofów, którzy posiadali całą wiedzę swoich czasów. Oglądałem więc, słuchałem, aż wreszcie zmęczyłem się (a może byłem zazdrosny?). Zaniedbałem jego filmy na rzecz dzieł Kieślowskiego, operujących innymi, dużo bardziej „milczącymi” środkami.

A może potrzebowałem czasu, by do Zanussiego dorosnąć? Nie „polować” już tylko na efektowne aspekty jego filmów (tudzież elokwencję publicznych wystąpień), raczej dostrzec przesłanie, odsłaniać zawartą w nich prawdę? Nie ukrywam, że dopiero dzięki książce Barbary Gruszki-Zych potrafię zespolić oderwane dotąd elementy i na własny użytek – ku wewnętrznej odnowie – ująć Zanussiego w spójną całość. Bodaj najważniejszym elementem owej całości jest nie aktorstwo Zapasiewicza, ścieżka dźwiękowa czy wyrafinowany scenariusz, ale żona reżysera, Elżbieta Grocholska, fundament życia rodzinnego Zanussich. Porzuciła karierę malarki – gest nader niepopularny w czasach wojującego feminizmu – by całą energię włożyć w mistrzowskie prowadzenie domu (otwartego dla niezliczonych gości), w szeroko zakrojoną działalność społeczno-kulturalną (z inicjatywy Grocholskiej powstał kościół), wreszcie – co jeszcze mniej popularne – w życie zgodne z wolą Bożą. „Jeśli zaufa się Temu, Kto powiedział: »Ja istnieję naprawdę«, wtedy wszystko jest prostsze. Dlatego zawsze będę powtarzać: »To, że jestem chrześcijanką, jest największym dobrem, jakie mogło mnie spotkać«. Krzysztof pewnie by tak tego nie powiedział, ale mówię to zamiast niego” (s. 153). „Rzeczywiście – odpowiada Zanussi – nie sformułowałbym tego w ten sposób, bo brzmi to zbyt podniośle. Ale istota jest taka, jak mówi Elżbieta. Prawda ma charakter metafizyczny, nie logiczny” (tamże).

Trzecim, równorzędnym bohaterem książki jest Barbara Gruszka-Zych, poetka i dziennikarka, bliska znajoma, a niekiedy wręcz przyjaciółka postaci znakomitych, jak choćby Czesław Miłosz, któremu poświęciła wzruszającą książkę „Mój poeta”, czy Wojciech Kilar („Takie piękne życie”). Z rodziną Zanussich przyjaźni się od lat, zdążyła poznać Wandę Zanussi, matkę reżysera, dzięki której stworzyła cykl reportaży o Bracie Albercie pt. „Mało obstawiony święty”. Na okładce „Życia rodzinnego Zanussich” czytamy: „Wybitny reżyser jeszcze nigdy nie dopuścił w rozmowie tak blisko nikogo ze swoich rozmówców”. Według mnie przywilej Gruszki-Zych wynika z dwóch powodów, po pierwsze, z rzadko już spotykanej delikatności, wyczucia (których brak we współczesnym świecie bardzo Zanussim doskwiera), a po drugie, ze wspólnego trojgu rozmówcom profilu światopoglądowego. Ów profil obejmuje hołdowanie wartościom konserwatywnym, jest więc przejawem niemałej odwagi w dobie triumfów – szczególnie wśród artystów – skłonności zgoła odmiennych, „postępowych” za wszelką cenę. Nielaickie usposobienie Zanussiego stanowi zresztą ważny powód jego statusu w rodzimej kinematografii. Zwłaszcza w ostatnich latach zbiera on krytyczne oceny za otwarcie się na metafizykę, tajemnicę, za stawianie na ostrzu noża dylematów moralnych (nie stroniąc od figur Boga i Szatana), jakże dzisiaj niemodnych. Książkę Gruszki-Zych można zatem czytać jako dzieje gorzkich zmagań pogrążonej w modlitwie „mniejszości” z całkowicie wyzwoloną – od Boga, obiektywnych reguł (Prawdy, Dobra, Piękna), od rytuałów – „większością”. 

Na koniec chciałbym przywołać kilka wątków prywatnych, sentymentalnych. Krzysztof Zanussi od parudziesięciu lat odbywa spotkania z publicznością – studentami, kinomanami, złaknionymi „rozmów istotnych” – dosłownie na całym świecie (ich śladem w książce są zdjęcia adresowanych do Gruszki-Zych pocztówek). Jeszcze teraz, mimo zaawansowanego wieku, podróżuje z intensywnością zgoła młodzieńczą, imponującą. Miałem okazję uczestniczyć w takim spotkaniu, odbyło się przed ośmiu laty w katowickim kinie Światowid, po projekcji Rewizyty. Byłem oczarowany, bez reszty pochłonięty, pełen najwyższego podziwu. Trzy dekady wcześniej w podobnym spotkaniu brała udział moja mama, wówczas licealistka. Jej wspomnienia są równie żywe, nader entuzjastyczne. Oboje pamiętamy „ciężar” wypowiedzi mistrza, ich niewymuszoną aforystyczność. Natomiast całkiem już niedawno, przeglądając listę filmów Zanussiego, trafiłem na „The Catamount Killing”, obraz z 1974 roku, którego nigdzie – legalnie, mniej legalnie – nie sposób było obejrzeć. Postanowiłem więc napisać stosowną prośbę do kierowanego przez reżysera Studia Filmowego „Tor”. Dwa tygodnie później wyjąłem ze skrzynki płytę, przygotowaną dla mnie za jego zgodą (z polskimi napisami!). Za płytę, za punkt wyjścia do tylu rozważań, za bezmiar arcydzieł, a nade wszystko za małżeńską szczerość wobec Barbary Gruszki-Zych – dziękuję.

Barbara Gruszka-Zych: „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem”. Działania Wizualne. Czeladź 2019.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko