Piotr Wojciechowski – FABUŁY LEKKOMYŚLNE

0
282

   Mógłbym się po sobie spodziewać więcej rozsądku. Jako tako widzę przecież, jak mają się sprawy z rynkiem książki, z produkcją wydawniczą i czytelnictwem ambitnej literatury pięknej – powinienem to wszystko poddać warsztatowej kalkulacji, powinienem podjąć sensowne decyzje – co teraz pisać, jak to mam pisać.

 A ja nie podejmuję sensownych decyzji – wręcz przeciwnie, postępuję nieroztropnie, a co gorsza, czynię z tego źródło przyjemności.

  Kiedyś  częściej byłem zapraszany do pełnienie roli nauczyciela. Jednych uczyłem, jak z doświadczeń reportażysty dochodzić do pisania fabularnego, innych, jak wokół zmyślonej postaci budować konflikty, wątki scenariuszowe, projekty filmów. Stwierdziłem, że skutecznym narzędziem dydaktycznym jest zasypywanie studentów gotowymi początkami. Początek opowieści wyzwalał ich z koszmaru białej kartki, prowokował do snucia dalszego ciągu – zdanie za zdaniem, linijka za linijką. Można było potem mieć materiał do rozmowy, do korygowania stylu pisania i logiki myślenia. A co najważniejsze, można było wciągniętych w tę grę młodych ludzi obudzić do rzeczywistości. Można było takiemu pisarzowi dalszego ciągu uświadomić, że nie tylko jest ktoś, kto jako czytelnik zaakceptuje lub odrzuci ich pracę, uświadomić też – że on sam, student, staje się nadawcą. Nadawca odsłania się i konstruuje, staje się  źródłem, a więc kimś, kto jest odpowiedzialny za napisane słowa.

   Dochodziło się dalej do rozmowy o pisarskiej świadomości, o potrzebie projektu świata, który miał się formować podczas spotkania autora i czytelnika. Taki projekt  musiał mieć w  sobie  trzy składowe: krytykę aktualnej rzeczywistości – utopię przyszłości i projekt spisku prowadzącego do próby realizacji utopii.

   Zauważyłem jako belfer, że bardzo mnie bawi pisanie początków, którymi mam zasypywać studentów. Cudowna lekkość – piszę bez troski o ciąg dalszy, bo inni, młodzi, wymyślać będą logikę i sens ciągu dalszego, zatroszczą się o losy fikcyjnych postaci, a może nawet  potrafią doprowadzić rzecz do mądrego pytania, które sobie zada czytelnik.

   Obecnie znów piszę różne początki. Uciekam od trudu profesjonalnej pracy nad już zaawansowaną prozą i zaczynam, zaczynam, coraz bardziej lekkomyślnie zaczynam.

 Zacząłem powieść o młodym komputerowcu, którego porwały zagrożone chemizacją upraw pszczoły – ma być ich niewolnikiem, ma jako haker zniszczyć systemy informatyczne wielkich koncernów chemicznych. Pracuje nad tym, ale nawiązuje romans z Królową Pszczół. Zamienia się w trutnia i frunie z ukochaną na lot godowy…

   Zacząłem powieść o tym, jak zatroskana ludzkość zadała sztucznej inteligencji pytanie o ten punkt w historii cywilizacji, w którym sprawy poszły w złym kierunku. Sztuczna inteligencja nie odpowiada, ale młoda dziennikarka śledcza odkrywa, że odpowiedzią sztucznej inteligencji jest spisek. Superkomputer gromadzi ludzi gotowych cofnąć świat do tych dróg rozstajnych, na których zmyliliśmy trop, na których zapchaliśmy się w ślepą uliczkę.

 Zacząłem powieść o tajnym Bractwie Stolarzy, o cechu, który powstał jeszcze podczas niemieckiej okupacji, skupiał mistrzów budowy skrytek w meblach, pod podłogami, pod parapetami, w belkowania strychów i na dnie piwnic. Ci ludzie nigdy nie wyszli z podziemia, pokolenie za pokoleniem, czeladnicy i mistrzowie, doskonalą swoje rzemiosło, w każdej chwili gotowi służyć dobrej sprawie, być przeciw opresyjnej władzy, ukryć przemyślnie, co powinno być ukryte…   

  Piszę wciąż nowe początki, myślę o początkach. Początek porządnego wykształcenia w średniowieczu zaczynał się od siedmiu  sztuk wyzwolonych. Najpierw było opanowujące język „trivium”: gramatyka, dialektyka, retoryka. Potem wprowadzano żaka w tajemnice miary, harmonii i struktury – służyło do tego „quadrivium” : muzyka, astronomia, geometria, arytmetyka. Dopiero tak uzdatniony umysł można było oddać na służbę naukom praktycznym i służebnym jak teologia, potem medycyna i prawo.

  Święcimy teraz rozmaite stulecia, bo rzeczywiście Polska zaczęła się sto lat temu, więc każda instytucja ma okazję do rocznicowej uroczystości. Wymarsz I Kadrowej z krakowskich Oleandrów był początkiem początku Polski Odrodzonej, obejrzałem o tym film „Legiony”, świetna inscenizacyjna robota. Szarży w Rokitnie mógłby zazdrościć Dariuszowi Gajewskiemu Hollywood. Ja wzruszałem się rodzinnie, bo kiedy w roku 1939 musieliśmy uciekać z Poznania, przyjęła nas ciocia Marysia w Lublinie. Jej mąż, Jaś Bocheński, był żołnierzem Pierwszej Brygady, Niemcy zabrali go wkrótce do Auschwitz, zginął tam, gdzie święty Maksymilian Kolbe, w tym samym bloku. Teraz zobaczyłem go w okopach, w marszach, w boju. Wujek, a bohater narodowego mitu.

  Ten sam początek Legionów i początek Odrodzonej mogłem zobaczyć pod innym kątem dzięki lekturze. Zobaczyć cudzym, ale przecież życzliwym okiem.  Swoje długie życie spisała Matylda z Windisch-Graetzów księżna Sapieżyna, wnuczka c.k. feldmarszałka, córka c.k. generała, komendanta wojsk Austro-Węgier w Galicji. Urodzona w rodzinie o austriackich i węgierskich korzeniach została żoną księcia Pawła Sapiehy, była więc szwagierką kardynała Sapiehy. Pisała pamiętniki, dzienniki, wspomnienia i listy głównie po polsku, tylko wiersze po francusku lub po niemiecku.  Wydawnictwo Literackie wydało w 2003 roku opasły tom jej spuścizny pod tytułem „My i nasze Siedliska”. Widziała dzieje z bliska – jej mąż był  podczas wojny prezesem Czerwonego Krzyża na Galicję i front wschodni, jej młodziutki syn zginął jako austriacki artylerzysta, a potem jej najmłodszy syn walczył i odnosił rany jako polski ułan.

 W czasie święcenia rocznic naszych początków dobrze jest posłuchać tej damy, tej dobrej i mądrej kobiety. Oto co pisała o Legionach w roku 1914: „…rozmowy kręcą się często wokół nieudanej ekspedycji Strzelców do Królestwa. Wprawdzie było naiwnością spodziewać się,  że Strzelcy zjawiając się bez zasobów pieniężnych, bez należytego uzbrojenia, będą od razu przyjęci z zapałem i wzniecą powstanie! Dziś ludzie nie są tak pochopni do zaczepiania władzy, do której przywykli… mimo to jest pewną ironią losu, że ci sami Polacy, bądź co bądź patrioci i ofiarni, którzy chcą walczyć o tę upragnioną niepodległość, są uważani za szkodniki przez poważną część społeczeństwa, i głównie przez tak patriotyczne stronnictwo narodowo-demokratyczne! Odcienie usposobień i polityki partyjnej w Polsce są ogromnie skomplikowane i zabarwione nastrojem i osobistymi względami”.

Notatka z sierpnia 1915 roku dotyczy polskiej arystokracji: „Polska arystokracja, bez niepodległej ojczyzny już od ponad stu lat i podzielona między trzy różne państwa, nie czuje się już związana przez prawo i wymagania uzurpatorów, co osłabia w nich poczucie obowiązku wobec zadań publicznych. Tak częste są wśród nich przykłady wielkiego bohaterstwa, ale rzadko występuje  chęć wypełniania zwykłych obowiązków codziennego życia, w zgodzie z regułami boskimi i ludzkimi. Być może dlatego ich heroiczne ofiary tak często były bezpłodne, a nawet w danym momencie szkodliwe!

 Charakterystyczne, że austriacka monarchistka już pół roku później identyfikuje się z polskością, co nie odbiera jej trzeźwego i krytycznego osądu spraw publicznych. W styczniu 1916 roku notuje: „Jesteśmy nieszczęśliwym narodem, zdolności Polaków są na poziomie kultury zachodniej, ale ich temperament, warunki geograficzne, wiekowe, historyczne, wpływ Wschodu i tyle innych czynników sprawiają, że brakuje równowagi, celowej i wytrwałej pracy, by ugruntować i rozpowszechnić kulturę wśród mieszkańców tych rozległych przestrzeni.”

  Nie sposób na zakończenie powstrzymać się od aktualnej uwagi. Oto  my, próbujący coś zrobić dla kultury „wśród mieszkańców tych rozległych przestrzeni”,  stoimy przed napisaniem kolejnego rozdziału naszej awanturniczej historii. Jak by nas oceniła wielka pani, Matylda Sapieżyna z Windisch-Graetzów?

 Nie możemy sobie pozwolić na byle jaki początek, bo to nie dydaktyczne gry, ale coś jak egzamin. W każdym razie to my będziemy musieli pisać dalszy ciąg. Sam siebie pytam o pozytywną utopię i możliwość spisku.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko