Krzysztof Bencal – wiersze najnowsze

0
411
Janusz Hankowski

I

Wynieś, przynieś, pozamiataj

zamiatam gwoździe pod całun

Tańczę na lodzie, bo w piekle za słabo palą.
Za jakiś czas zostanę wezwany przed Pańskie oblicze. Pamiętam dzień.
Przypomnij mi godzinę, w której harcerz pokaże, że umie jeść pokrzywy,
a Jezus Chrystus ugotuje spaghetti z cierniowych koron.
(Dobrzy Rzymianie, katując go, uważali na jego twarz). Pamiętam miesiąc.
Przypomnij mi dzień, w którym na oknie, ruchomym zdjęciu Ziemi,
Bóg blizny gałęzi zamaskuje listowiem jak zieloną maścią. Pamiętam rok.
Przypomnij mi miesiąc, w którym zwalę się na łóżko i westchnę ciężko,
by północ – owe cztery zera, czyli jądra lub rany –
przestała być już pedalskim i męczeńskim symbolem. Pamiętam śmierć.
Przypomnij mi rok, w którym przestanie działać na mnie melisa
i stracę ostatecznie płynność finansową. Pamiętam życie.
Przypomnij mi śmierć, w której wyniosą mnie na tron,
przyniosą dary i cały świat będzie miał pozamiatane. Pamiętam cię.
Przypomnij mi życie, w którym nie będzie kolesiostwa ani naśladownictwa.
Podnoszę pokrywki i sprawdzam zawartość garnków. W każdym pusto.
„Zmutowany ptaku, w twoje szpony oddaję swoje ciało”.
Proszę skreślić mnie z listy osób zarejestrowanych.

II


Kałuża obramowana liśćmi

Kiedy będzie mnie już stać na tanie mieszkanie
 w jakiejś schludnej, prywatnej kamienicy w Łodzi,
  pieniądze oddam komuś, kto się nie dorobił
   niczego i zrywa z mężczyzn łachy ostatnie.
Ażeby fatamorgana się pojawiła
 zimą, uzupełniam płyny i trę wciąż dłonie,
  a wasz Pan Bóg nie płakał długo, tak że mogę
   uczynić znowu pustynię z jego policzka.
Wszystkie noce i dni, przespane wśród bezdomnych,
 powinny być też dowodem na to, że nie chcę
  wiedzieć, co o mnie myślą, i że mam nadzieję,
   iż nie jestem kimś, przez kogo można by zwątpić.
Kocham noworoczną pracę. Była demolka –
nie wiosenna, letnia, jesienna, lecz styczniowa.

Bezdomna dogadała się z Ukraińcami

Niechciany już nawet wewnątrz samego siebie,
 usypiam i się budzę, pytając wciąż Boga:
  „A Pan do kogo?”. „Mam znów mniej czasu od ciebie”,
   mówi, gdy patrzy na sprzedawcę, konduktora.
Nigdy, nigdy nie znajdę tu własnego miejsca.
 I jestem jednym z wielu. „Zamilknij, zamilknij”.
  Wszyscy chcą, bym ich nie poznawał na ulicy.
   Dzwoń do mnie tak długo, aż przestanę odbierać.
W sklepach będą mi płacić za to, co w nich wezmę.
 Pociąg będzie zwiększał opóźnienie bez końca.
  Bezdomny włączy głośno Losing My Religion
   w telefonie, usiądzie obok mnie i pierdnie.
W tej samej chwili niesymetrycznie dwa słońca
zaświecą, jeżeli zrobisz zeza, Maryjo.

Ktoś miał służbę i odczuwał tytoniowy głód
(sonet antyinteligencki)

A tymczasem pan Paweł, malarz i poeta,
 wieszcza Krzysia Bencala z Oławy opiewał
  lub wyśmiewał w natchnionych, szczerych limerykach,
   które już niebawem cały parnas przeczyta,
o których usłyszą wszyscy zjadacze chleba.
 „Czy znasz, drogi Pawle, jakiegoś sutenera?”,
  chciał spytać Krzyś, w Internecie przeczytawszy, że
   ów Paweł D. tworzy li tylko dla kobitek.
W dniu, w którym otrzymam literacką nagrodę
 Nike, na oczach całej Polski zaśpiewam tak:
  „Sto tysięcy mam. I jest ktoś, komu ten szmal dam.
   To mistrz Paweł”. Gadają, iż w czwartek wieczorem
malował co chwila portrety pamięciowe
swych zaginionych muz. U siebie je przyjąłem.

Lubieżny pocałunek

Wiatr w płucach, które są dlań jak zabytek, brudzi,
 śmieci. Mój równy oddech jest jego dalekim
  przodkiem. Drzewa ptaszki z gałęzi do gałęzi
   przerzucają i próbują listowie zrzucić
na ziemię. Urodziwszy się, spierdoliłem ci,
 Boże, wieczność. Twój syn, umierając codziennie
  za jednego robala, do niziutkiej renty
   dorabia sobie. Jeśli pójdę za kimś, wiele
zrozumiem. Aby być, musiałbym kochać. (Twoja
 ślina. Moja ślina. I będzie ślimak). Serce
  przechowywałem w zimnie, ale popsuło się.
   Pani, obok której leżę, całun przeciąga
na swoją stronę i wszystkim zmarłym jest cieplej.
Wierzę, że jeszcze za życia w tobie odpocznę.

Niewinny pocałunek

Leżałem w pozycji nieboszczyka (czyli – na wznak,
 ze splecionymi dłońmi, złączonymi nogami),
  łapiąc znów doła. Gdyby ktoś mnie wówczas zobaczył,
   przeżegnałby się albo rzekł, że tak nie wypada.
Mam brzydkie ciało i szpetną duszę, ale takich,
 powiadają święci, potrzeba nam. Struga moczu,
  gdy go oddaję, jest czystsza od wszystkich rzek globu
   ziemskiego razem wziętych. Bóg, widząc grzechy, tańczy
podobno. Pozdrawiam słuchaczy radia przyroda!
 Nie pęka oblodzone błoto, po którym stąpam.
  Jeśli zmartwychwstanę, Maryja mnie pocałuje
   i każdemu kościotrupowi posprząta w trumnie.
Jakże smakuje mi post? Otóż nigdy nie poszczę.
Prosektor przeciąga się na widok własnych portek.

Nie wiem, skąd dzwonię

Mój pokoik to piekło, w którym nie ma szatana,
 a reszta świata jest niebem, gdzie zbyt wielu bogów,
  którzy wlokąc się w tyle, stają czasem na palcach,
   by oglądać swoje twarze na tłumu początku.
Tegorocznych świąt jednak nie spędzę znów w szpitalu,
 lecz postaram się dużo czytać na temat śpiączki,
  w której z głową w chmurach, w ptactwie, w samolotach chodzisz,
   bo jesteś tak słodki, że mędrcy skąpią wciąż darów.
Noc, mróz. Ktoś, przykryty łachmanami, śpi na ławce,
 śniąc koszmar o dzieciach z koktajlami Mołotowa
  i szepcąc: „Nie wiem, skąd dzwonię. Marię bolą dziąsła.
   A ty przebywasz dziś w stajence czy w lupanarze?”.
W kościele dzwonią dzwony. Nie przykładam słuchawki
prymitywnej kielicha do ust. „Czy są tam ściany?”.

Człowiek, który oddawał za darmo świat Anglikom

Kiedy choinkowe bombki taczam w brudzie dłoni
 i wieszam gdziekolwiek, czekasz na Jasia Fasolę
  lub, na bieżąco orientując się w swej chorobie,
   eskulapów, znachorów i cudotwórców gnoisz.
Mieszkasz, starcze, sam, garbaty, ze skrzywioną psychiką
 i na dobitek otarty w krocza okolicach.
  Nawet żyjąc wśród VIP-ów, utrzymywałbyś dystans,
   bezdomni nie będą więc twoją drugą rodziną.
Twarz, którą wciąż głaszczesz, jest chropawa od pryszczy,
 a twoje depresyjne credo nie brzmi: bierz kąpiel
  jak najczęściej, jeśli nie chcesz stracić towarzyszy,
   którzy mówią coś o przyjaźni służbistym głosem.
Niepodobna zastanawiać się nad tym na trzeźwo.
Czy Kurt Cobain naśladował Davida Bowiego?

III
(pierwszy wiersz napisany
po nieudanej próbie samobójczej)


Na pustyni wytrzymałbym dłużej niż Jezus

18 marca – dzień moich urodzin, dzień urodzin
Piotra Łuszcza, dzień śmierci Tomasza Chady


Zaczęło się od tego, że dowiedziałem się,
 iż rodzina usunęła grób mojej babci,
  a skończyło na tym, że wyplułem jedzenie,
   umiem bowiem jeść sam i nie trzeba mnie karmić.
Nie wciągnęło mnie piekło, nie zjadły owady,
 nie oplotły krzaki, nie rozszarpały dziki.
  O, być kuszonym, błądząc po jakiejś stolicy
   i żeby wszystkie stacje to transmitowały!
Połowa marca – czas związany z boskim planem.
 Pytasz: „Patrzysz na papieża czy nie?”. Nie żartuj.
  Zmienią nazwę ulicy, przy której mieszkałem,
   gdy umrę. Chciałem polecieć do Watykanu.
Szedłem na cmentarz Leopolda znicz zapalić
na mogile. W tył zwrot. I dzwony bić przestały…


czerwiec 2019, Katowice

IV
(ostatni wiersz napisany
przed nieudaną próbą samobójczą)


Oświadczyny

Na widok ludzi, którzy cierpią, tłumię śmiech, skurwysyn,
 i to jest dowód na to, iż te myśli nie są twoje.
  Każdy, zanim zmądrzeje, wyraża przy mnie emocje,
   chociaż dławię łzy, gdy na ulicach mijam szczęśliwych.
Wciąż powtarzają: „Nie słychać cię”, lecz słyszą mnie dobrze.
 Nie było tak, jak było. Było tak, jak Krzyś B. gada.
  A jeżeli wyznam, że logika jest mi już znana,
   nawet to, w co jestem ubrany, przestanie być moje.
Coraz częściej rozumiem znaki, które w krąg mi dają,
 toteż wkrótce przestanę salwować się niepamięcią,
  obłędem, nędzą czy udawaniem kogoś innego
   i podam wszystkim adres Boga, by mu zrobić na złość.
Bukiet kwiatów, ów błazeński pomnik wybuchu bomby,
powąchasz, aby później rodzić w boleściach potwory.

V
(z wierszy wolnych przerobionych na sonety
albo
poetycki eksperyment)


I. Z „siekierą światła” biegnę za tą, której nie ma

Przed Mojżeszem, uśmiechniętym i pobudzonym,
 gorejący krzew. A spokojny, smutny Krzysztof
  krzaczastych brwi poety opisuje widok
   jak emigrant. „To trawka czy dym tytoniowy?”,
pyta ktoś, kto obudził się li raz, na chwilę,
 aby później być świadomym, że śni, i cierpieć.
  Zjem dla niego trzy jabłka, ciachając kozikiem
   po kawałku lub gryząc je ostatnim zębem,
i we mnie, mimo lata, stanie rajski bałwan.
 Gdybym śladem Jezusa powędrował wzrokiem
  w stronę młodej kobiety, która mnie mijała
   na dróżce nieznacznie ku górze się wznoszącej,
słońce, nim pomyli kroki demonów i muz,
otworzyłoby dla nas drzwi wszystkich odwyków.

II. (Nie)szczere pozdrowienia dla SŻP

Każdy dźwięk, który słyszę, muszę naśladować,
 odkąd nie potrafię opisać go słowami.
  Zbyt grubej dziewczynce pozwolono na bungee
   skoczyć, jakby pociekła ślina z ust Angola
z wadą wymowy… Wojna! Rzucę trzy granaty
 w stronę wroga, by zrobić bałwana ze śmierci.
  Śmiech, którym wybuchnę, będzie głośny i szczery
   (Bóg usłyszy w nim wspomnienie o sobie samym).
Płomień świecy, próbującej dobiec ogarka,
 ciągle płonie ukosem, lecz nie jest garbata
  żadna z męczennic. Za rok, gdy ksiądz będzie pełzał
   po kolędzie, zapali ją znowu menelka,
pojąwszy, iż sonety układam w ciemności,
mam bowiem kompleks niedopracowanej formy.

III. Czy księgę odnalazłem po to, by ją spalić?

Gdy morderca mył zakrwawione dłonie w jeziorze,
myślałem, że sens istnienia wszystkich kobiet pojmę.


Na kartce z kalendarza (tej wyrwanej w Wigilię)
 nie było wyjątkowo cytatu ni dowcipu.
  To, co będzie po śmierci, którą zaćmiewa życie,
   obserwuję, gdy oddajesz mocz w kosmos, księżycu,
po popiciu wodą z kałuży swego odbicia
 niczym lekarstwa. Oko matki – owa ulotka
  dołączana przez Boga każdego dnia do słońca –
   jest zaczerwienione, ale nie z braku królika
doświadczalnego zakrapiam je trzy razy dziennie.
 Rzucanie spojrzeń przećwiczyłem w Charles’a B. szkole,
  toteż widząc w lustrze swoją twarz, zakochuję się.
   Mając wciąż przed sobą drogę i nigdy nie cierpiąc,
znienacka otworzę oczy, by własnym wyrokiem
skazać się na sekundę w zawieszeniu na wieczność.

IV. Frymarczenie śmiercią

Nogawki ubrudzone błotem, rozwalony but,
 do mieszkania daleko. A ludzie na mnie patrzą.
  Nienapompowany, wielki, różnobarwny balon
   to rzygi Boga, które powrócą do jego ust.
W południowo-zachodniej Polsce, w centrum Oławy,
 u stóp kościelnej wieży, będą mój zewłok włóczyć,
  albowiem zdradzam, iż w ich dzieciństwie rosły słupki
   w termometrach, którymi o dłonie pocierali.
W tę godzinę, gdy niektórzy pojmą swą naturę,
 nikt nie wprowadzi na cmentarzach i pod ściółkami
  zakazu stawiania w sobie życiowych bagaży,
   ustępowania miejsc młodszym. (To byłoby sztuczne).
Już się nie modlę. Niekiedy wywołuję imię
własne, choć lepiej milczeć w przerażeniu, w zachwycie.

V. Ostatnie dni grudnia w szpitalu

Znowu coraz głośniejszy szmer w płucach, które są bunkrem
 jesieni dobrze przygotowanej na nalot liści
  oraz kurzu. Jedyna droga, jaką znam, o bliźni,
   to droga na cmentarz, toteż bezustannie częstuję
papierosami mężczyzn (którzy dawno już nie chcą żyć),
 choć o to nie proszą. Dookoła za dużo świętych
  obrazków. „Wielka szkoda, że nie ma tu z kim poseksić”,
   myślę głośno, kończąc każdą modlitwę. Natomiast ci,
którzy wyrobili sobie zdanie na jakikolwiek
 temat, są w błędzie. Nie mam żadnych problemów, lecz proszę,
  by ksiądz czy jakiś fałszywy apostoł mi położył
   chociaż dwie hostie na języku, bo w przyszłą niedzielę
nie będzie mnie na mszy ani w sobie. A wszyscy łotrzy,
niosąc krzyż, trzymają zapasowy czwarty gwóźdź w gębie.

VI. Ostatnie dni grudnia w szpitalu 2

Spójrz, fajerwerki rozpryskują się znowu z hukiem,
 bo niedojrzały syn Boga dotyka je palcem
  (tak jednocześnie ćwiczy refleks i ma zabawę).
    Nade mną popsute jarzeniówki jak rząd trumien
światła, które ożyje, spadnie i się rozbije
 o podłogę. (W czasie deszczu parasol zgubiłem).
  Słońce od początku nie umie niczego zrobić
   wokół siebie, ale egzystuje blasku pełnią.
Wszyscy zawiedli. Wciąż jeszcze czekam na telefon
 od Gaby, która do innych mężczyzn ponoć dzwoni.
  Nie badałem się prawie 20 lat, a teraz
   wykrywają tu u mnie chorobę za chorobą.
Szukam kogoś, kto mnie ochrzci (nie nauczyciela)
kroplą z fal, które poprzedzą cienie. Jak czas cofnąć?

VII. Kochacie,

a serce Jezusa to wasze
miejsce zbiórki do ewakuacji


Jestem gotów na wszystko. Czy sucho, czy mokro, idę.
 Nie dziwi mnie to, że widzę, jak mieszają się ślady
  butów, kół i gąsienic. Aniołowie oraz diabły,
   istoty przyzwyczajone do milczenia, gdzie indziej
patrzą, nie na was. To, co mówię, nie jest dobre ni złe.
 Nie jest mądre ani głupie to, o czym zawsze myślę.
  Kimże ja jestem, żeby opisywać to com przeżył?
   (Na godzinkę przed końcem pracy czyszczę różne sprzęty).
Jeśli ten, który był przede mną, będzie również po mnie,
 to chyba najłatwiej wstępować w pustkę z próżnią w głowie.
  Ów księżyc, który teraz świeci nade mną, wczorajszej
   nocy tu nie świecił. Jedna z dziur w mym nosie to nora
duszy. (W drugiej norze straszy, więc stoi pusta). Kwiatek
głodzę, aby złożyła go słońcu w ofierze wojna.

grudzień 2018-maj 2019

VI

Puzzle

Nim z kielnią świetlnej strzałki, która nie wskazuje dróg,
przyjdzie czas-naśladowca rozprowadzić wokół tłum,

co dwa dni – kiedy jadę autobusem linii K
od dworca Głównego, gdzie pomieszkują kloszardzi –
kupuję cuda li z racji urody ich twarzy
lub kształtności pup, wiedząc, iż Maria mnie nie wyda
jak reszty,

                  reszty, dla której uszu niesłyszalna
pozostaje orbita Ziemi, to roztańczonych
koło, w którym moja dusza, nie uszedłszy z ciała,
przepadła, bym mógł zmienić kierunek na powrotny
przed końcem pielgrzymki czy marszu przyszłych wisielców,

zaś z jednakich liści – układanki elementów –
Bóg, niewłaściwie łącząc je ze sobą, wciąż tworzy
obraz lata, którego nikt jeszcze nie podrobił…

Zapraszam cię do siebie, bliźni
albo
Zasłonięte okna


Siedzimy obrażeni przy oknie i wszystko
co żywe nas wkurwia

G. Wróblewski

Wolno spacerujesz. I kochasz wszystko, co widzisz.
 Opłatek oparty o figurkę Matki Boskiej
  przywodzi na myśl żagle, wycieraczki i koce
   wytrzepane przez marynarza, który je myli.
A mnie poślą przodem, bo niczego nie potrafię,
 nawet podzwaniać jądrami, snując się po domu,
  w którym chrześcijanie nie gaszą za sobą świateł,
   by zapomnieć, iż są na wygnaniu bez powrotu.
Wzdychania kulawego ojca, który wciąż pije
 (to dlatego w pobliskim rynsztoku dziczeje nurt),
  mlaski matki ssącej czekoladę – jak gdyby bruk
   Bóg rozbierał w uszytej z sutanny rękawiczce –
i bluźnierstwa brata przy głośnej, ciężkiej muzyce
wznoszą latarnię widmo dla spóźnionych wrażych kurw.

Będę brał Ciebie w kościele

Nie odliczaj już, kobieto, czasu do końca,
 bo gdzie indziej, powiadam, nie byłoby lepiej.
  Obecnie mam przytulny dom, gdziekolwiek leżę,
   i trwa wciąż we mnie chwila łatwo uchwycona.
Ale najpierw poleciało kilka kamieni
 w moją stronę, a gnój krzyknął: „Ty skurwysynu!”,
  jak gdyby skądś razem z krzyżem Pan Jezus Chrystus
   został wyniesiony, gdyż wyznał, iż też grzeszył.
Dymem z komina, smugami po samolocie
 do firmamentu psychiatra Bóg mnie przywiąże,
  lecz inni, mali, widząc bezruch, słysząc ciszę,
   przeszkodzą nam, choć to nie lot na wieś. Z zachwytem,
pustelnik, zrobię ci dziecko, zanim odejdę.
Im dalej się rozpycha, tym jest wyraźniejsze.

Będę brał Ciebie w kościele 2

ja nie wiem,
kto te dzieci robił,
i w jakiej pokorze.

Karol Maliszewski

Zrobili mnie wieśniacy Zbigniew i Grażyna.
 Nie w pokorze. Nie w uniesieniu. Jak więc nazwać
  ów akt? Ażebym mógł dzisiaj równo oddychać,
   śmierć, za którą idę, przyspiesza albo zwalnia.
Przed Aniołem Pańskim w tv sygnału znów brak.
 To, rzekła koleżanka, przeszkodził ci diabeł.
  Najlżejsze z ziemskich cierpień, li mężczyznom znane,
   jest gorsze od piekła, jeśli w nieskończoność trwa.
Zarówno w lusterku, jak i na firmamencie
 widzę tę samą twarz. Czy komuś bywa obca?
  Kiedy zamknę oczy, znajdę na niej o jeden
   szczegół więcej niż ksiądz, a ciemność w mig mnie pozna
i opisze dokładnie całą paletę barw.
Malując miasta, wstydzę się swego imienia.

Numa numa srej

Nie będziesz miał, koleś, Bułgarek na boku!
Bułgarek na boku, Rumunek na wznaku –


Słownik Polny

Niemożebny smród z wnętrza ogromnego buta
 porównaj do nieświeżości mego oddechu
  i dopiero na tej podstawie, przyjacielu,
   będziesz mógł stwierdzić, czy w istocie brak Kopciuszka.
Krzyś B., patrząc na lśniący cyferblat zegarka,
 w wywiadzie o początku oraz końcu świata
  zadał raz zaskakujące pytanie słońcu,
   które rozleciało się na gwiazdki przez podmuch
wietrzyku, podczas gdy dmuchawce najwątlejsze
 ostały się przy dróżce. Znam zakaz konania
  pod kościołem, a Pan Bóg nie wie, jaki kanał
   wybrać, i przełącza między świtem a zmierzchem.
Nieumytą stopą będę masował łona
Rumunek, których nawet Dan nie oczarował.

A jeśli Maryja piła alkohol w ciąży?

Gdy do mnie mówisz, Panie, zdejmij ręce z krzyża!
 I, bardzo proszę, nie garb się, kiedy go niesiesz…
  Śmiertelnie rannych stworzeń nigdy nie dobijam.
   Do kogoś, kto płonie, z karabinu nie strzelę.
Na początku paliłem jednego za drugim,
 a później wybierałem z pełnej popielniczki
  najdłuższe pety i, gardząc tymi krótkimi,
   byłem niczym śmierć dla zdrowo żyjących ludzi.
Jesteś dużym dzieckiem bez prawdziwej rodziny,
 trzeba więc cię opierdalać, byś nie zapomniał
  milczeć, widząc monetę na rojnej ulicy,
   i zastępować wyrazem „cud” inne słowa,
jeżeli ktoś każe ci dokładnie opisać
dzień, w którym umarłem przy swoich narodzinach.

Artysta naśladujący publiczność

Firmament to obraz skończony, lecz wciąż zmienny.
 A miotła w mojej dłoni przypomina pędzel,
  bo, usuwając brud, pozostawiam niezmienne
   cienie, światła. Choć nigdy nie byłem w galerii,
upolowałem swe serce, kłusownik. Teraz
 mówię o śmierci bez emocji. Głos lektora
  w przyrodniczym filmie jest ci znany? Tłum śpiewa
   miast lidera, by gwiazdy sobie miłość słońca
zaskarbiły. Na krzyżu, nad głową Jezusa
 tabliczka z napisem „miejsce do wynajęcia”,
  jak gdyby Pan Bóg nie potrzebował już reklam.
   W razie niebezpieczeństwa wybij mi ząb w ustach.
Myślę, że w pierwszych sekundach po końcu świata
zaczniesz słuchać własnego sumienia jak radia.

Przystojny perkusista ma rozchylone usta

Spomiędzy kostek brukowych wyrasta tu trawa.
Liście również są zielone jak uliczne światła,
ale to jeszcze nic nie znaczy.
                                               Spójrz na lewą dłoń
ukrzyżowanego Chrystusa, później – na prawą
i znowu na lewą i właśnie wtedy dopiero
zamień się w pomnik i jednocześnie przejdź na tamtą
stronę.
           Śmierć czasem opowiada Bogu dowcipy
cięte o samobójczyniach, on zaś, rozumiejąc
niewiele, zaśmiewa się na życie (żywot wszystkich).
Wylatująca Magda M. w przestrzeń międzygwiezdną
trzyma się tonącego (w sobie?), podczas gdy brzytwa,
którą wciąż ostrzę dzięki kamieniom przywiązanym
do jego nóg – w zieleni miejskiej służyć do pracy
(w systemie trzy dni na kiedy bądź) chyba powinna.

Krzysztof Kolumb odpływa z Ameryki

Jadę znów pociągiem. I nie wiem zgoła nic. Gdzie patrzeć?
 Jeżeli spojrzę przez okno, zobaczę tylko zieleń drzew.
  Jeżeli wbiję wzrok w podłogę, zarzucę Bogu zdradę
   tym samym. Nie stanie mi, jeżeli zerknę na kobietę,
która zwala od wszystkich jak ja i również nic nie wie.
 Gdybym umierał w swym domu, trzymałaby mnie za rękę…
  Wolałbym zejść w szpitalu, w narkozie, podczas operacji
   lub – w hospicjum we śnie, po wypaleniu ostatniej fajki.
Światło jest wszędzie. A ja wciąż muszę prosić o iskrę,
 płomień. Tymczasem ni błysku. Zapomniałem raz jeden
  i odtąd zapominam już bezustannie. Na szczęście
   udźwig sumienia wynosi tyle, ile w pielgrzymce
kosztuje pierwszy krok. Po mieście, które jest mi obce,
oprowadzi mnie ktoś, kto li w sobie czuje się dobrze.

Solówka

Bum, bum! Mając w nosie wielkich synów polskiej ziemi,
 na dwójkę z plusem odnawiam sonetu oblicze
  i cieszę się, że dotrwałem do świtu bez drzemki,
   w której czasem strzelam sobie w pierś, płotem kołyszę.
Nad swym nieszczęściem przejdę do porządku nocnego,
 bo po wybuchu słońca (które świeci dlatego,
  że wierzy, iż inna gwiazda wzejdzie na zachodzie
   i dojdzie do spotkania) stypy będą chybione.
W kurewstwie, które widzę dokoła od kolebki,
 odnajdę się wkrótce w mieście rodzinnym a obcym,
  jak ktoś, kto nie umie mówić pomimo czterdziestki
   lub jak ekskluzywny kloszard ciągle dochodzący
do celu, chociaż nazwy ulic są mu nieznane.
I nikt mi nie da w mordę, tylko wpadnę na bramę.


Rumun to niekoniecznie Cygan

Miast odgarnąć swą grzywkę, dmuchnęła w nią wprawnie.
 W pociągu, z którego wyszła owa blondyna,
  wąż gaśnicy później zwisał i się kołysał
   jak fiut impotenta czy kogoś po orgazmie.
Ja zaś, podróżnik znający stacje na pamięć,
 czekam, aż spojrzy mi na krocze zakonnica
  lub przeminie całkiem moda na farbowanie
   siwo-czarnych włosów oraz łon całych w gnidach.
Przystojny perkusista ma otwarte usta
 (ty też zrozum, że nie masz własnego języka),
  Krzysztof K. odpływa od brzegów Ameryki
   (wieszczowie naśladują tłum; będzie solówka),
a Maria i jej przyjaciółki wódkę piły
w ciąży, toteż śpiewam: „Numa numa srej, numa…”.

Ty też zrozum, że nie masz własnego języka

Namydloną dłoń wkładam w krocze, siedząc w wannie
 i wielodniowy brud usuwając znów z siebie,
  a Bóg, któremu podpadłem, czeka, aż zgrzeszę,
   by mógł mnie wreszcie utopić, na przykład w szambie.
Ściany w łazience, pomalowane na biało,
 patrzą na mnie okiem zimy, z zachwytem, ufnie,
  lecz to, że wysmarowałem je ciepłym gównem,
   mając dwa czy trzy latka – dobrze pamiętają.
Raz, czysty, ciekaw świata nad warstwami podłóg,
 zaprosiłem na piwo dwie laleczki ze wsi.
  Choć miast kwiatka nie dałem im pokrzywy, ostu,
   stwierdziły, iż mam więcej dziur w mózgu niż sery,
one i ów spadochron, z którym nie skoczywszy,
ląduję to w szpitalu, to w domu rodzinnym.
 
19 maja 2019

Krzysztof Bencal

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko