Zbigniew – Ikona Kresowaty rozmawiał z prof. Marianem Makarskim

0
259
Portret profesora Mariana Makarskiego z pupilem, wykonał Zbigniew Kresowaty

KONSTANTY  ILDEFONS  POZOSTAŁ WE MNIE

rozmowa artystyczna z twórcą, wybitnym malarzem i architektem, prof. Marianem Makarskim – podążając  „Zaczarowaną Dorożką…”.

Zbigniew Kresowaty: Panie profesorze,mija 10 lat, kiedyrozmawialiśmyo pana rodowodzie, który powiódł pana z woj. kieleckiego do Krakowa, a po studiach z Krakowa do Lublina. Mówiliśmy o pana twórczości, jej zasadności, która jakby osadzona jest, lub ma swój rodowód właśnie w Krakowie, ale mało! – To okres szczególny w pana życiu. Pana wspomnienia jak wiem, bo czasem rozmawiamy, są zawsze podszyte bohemą krakowską z lat 50 – 60 i dalej, kiedy to Kraków był ośrodkiem kultury polskiej, ważnym miejscem, które kształtowało życie twórcze i promieniowało na Polskę. Oczywiście Warszawa także skupiała i brała z różnych środowisk i klas, dużo wzięło się z tego nowego „budzenia się”. Oczywiście nie braliśmy udziału w kulturze środkowo europejskiej, ale czuliśmy ten żywioł Awangardy. To poezja, malarstwo, wszystko wówczas było zagrożone socrealizmem. Konstanty Ildefons Gałczyński świeżo wyrzucony z ZLP w 1951 r, działający w Krakowie, piszący w „Przekroju” robił swoje.  Wreszcie mógł pisać niezależnie… Stał się przyjacielem wielu innych niezależnych twórców, których i pan znał np. Mieczysława Kotlarczyka dyrektora Teatru Rapsodycznego, który werbował pana na deski Teatru, ale o tym za chwilę w dalszej części rozmowy – Dziś ma pan 90 lat, a więc warto wspominać, bo w tym jest wiedza, we wspomnieniach jest więcej czasu… Natomiastzawsze powtarzam, że wspomnienia to nasz słodki pokarm… każą zapomnieć zło, bawią, tłumią, często przestraszają… – Na pewno z tego pozostaje esencja – to „Coś”, co bywa w nas najcenniejsze. Zatem przepraszam za ten obszerny wstęp, ale chciałbym zapytać o rzeczy „kluczowe” z pana życia, bo jest pan tym „świadkiem naocznym”, gdyż życie pana było i jest fascynujące, a pana okres tzw. „krakowski”, jak wiem, był szczególnie ważny bogaty i twórczy… Jak wiemy w Krakowie pan studiował na AGH. W Krakowie trwało zawsze dość bujne życie środowisk artystycznych, życie teatralne… Mam tutaj książkę (kupioną na bazarze?) autorstwa Jerzego Ronalda Bujańskiego, gdzie znajduję cenną, również i dla pana, wypowiedź autorską o Jego działaniach niezależnych twórczo toczącą się wokół  Teatru Rapsodycznego Mieczysława Kotlarczyka i kilku ważnych koryfeuszach życia kulturalnego Krakowa, między innymi, co ważne, że wówczas wątkami teatralnymi przepojone było nie tylko życie, ale pisarstwo autora „Męża doskonałego”. Są to: Jan Wiktor, Jerzy Zawiejski (aktor), Konstanty Ildefons Gałczyński – (niestety z tej książki pt. „Narodziny Zaczarowanej Dorożki” wyd. w KAW. w 1989 r.  wydarto szkic o Nim), Adam Polewka (który kochał i nienawidził) – W twórczości beletrystycznej autorstwa R.  Bujańskiego wielokrotnie dawało znać o sobie to co sceniczne. Na przykład w powieści „Konrad nie chce zejść ze sceny”, która cała nasycona była i jest teatrem, a w niektórych partiach narracji staje się traktatem teoretycznym, zagadnieniom sceny poświęconym… Pan żywo uczestniczył w życiu kulturalnym i wiele pamięta z tego, nazwałbym okresu, teatralnego, i tam zaczęła się pana twórczość artystyczna. Zaczął pan tu malować, bywać bardzo często w teatrze i na spotkaniach środowiska – no właśnie! – chciał pan nawet, namawiany na aktorstwo przez zainteresowanego, sam dyrektor Teatru Rapsodycznego (ul. Warszawska)  Mieczysław Kotlarczyk wciągał pana na scenę. A były to lata po 50 – te, obfity czas dla „Zaczarowanej Dorożki i Zaczarowanego Dorożkarza”. Jak wspomniałem wyrzucony Gałczyński ze Związku szukał swej drogi właśnie tutaj w Krakowie. To tutaj napisał dla swej Natalii  „Zaczarowaną Dorożkę i ….”- była ona wówczas lampą dla tej dorożki, natomiast opublikował utwór w „Przekroju” – Wiemy , że niejednokrotnie widywał pan Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego na spotkaniach autorskich… i nie tylko. Pytam, nagabuję… gdyż pragnąłbym wysnuć wątki na jakich oparta była pana  młodość, wena twórcza oraz jak było formowane dalej, po doświadczeniach i studiach krakowskich, pana życie. Chciałbym w naszym spotkaniu, którego treść spisuję i notuję, żebyśmy wrócili właśnie do tamtego czasu, bo już niedługo wymaże się ta pamięci, także innych pozostałych „świadków naocznych”. Wreszcie chciałbym, żebyśmy przeszli później do pana wszelakiej twórczości… A jest pan przecież  wykształconym architektem, autorem wspaniałych realizacji… Dziś mieszka pan od lat w Lublinie, i tutaj niektóre te pierwsze architektoniczne realizacje się znajdują i poza regionem. Mimo wszystko – wciąż pan maluje obrazy olejne. Jest pan czynnym artystą i pokupnym, że tak powiem, artystą wciąż obecnym w Galeriach. Natomiast wspomina pan zawsze ciekawie o Krakowie – Tutaj w Krakowie awangarda polska miała się dobrze, promieniowała…

Marian Makarski: – Przypomnę, w 1937 r. przeprowadziliśmy się z Proszowic (kieleckie) do Lublina. A w roku 1948 r.  ukończyłem naukę w prywatnej Szkole Budownictwa w Lublinie.  I w tym samym roku wyjechałem na studia architektoniczne do Krakowa. Interesowała mnie bardzo sztuka jako osobne działanie. Wiedziałem już wtedy o rozwijającej się bohemie, a później o powstającym ruchu niezależnych artystów idących ku tzw. „awangardzie”, (nie tworzącym w  duchu wówczas zakwitającego socrealizmu). Wtedy  myślałem sobie, że muszę do tego zjawiska się zbliżyć, a nawet w nim, jako nowym życiu intelektualnym, uczestniczyć i jednocześnie  studiować na Wydziale Architektury Akademii Górniczo – Hutniczej. Wydział ten za jakiś czas przemianowano na Politechnikę Krakowską. W Krakowie w wolnych chwilach pisałem – owszem pasjonowałem się teatrem, a nawet myślałem o zawodzie aktora. Wspomnę, że tutaj wtedy w Krakowie na ul. Warszawskiej mieścił się „Teatr Rapsodyczny” Mieczysława Kotlarczyka, on był założycielem i dyrektorem. Po jakimś czasie studiów byłem tam stałym widzem – Poznałem osobiście pana Mieczysława bliżej, zaproponował mi  w czasie udział w przedstawieniach. Mówił: „Pan ma aktorską twarz”, a ja oniemiałem ze strachu, bo grali tu znani wtedy aktorzy: Michałowska, August Kowalczyk (znany, były więzień Oświęcimia) , Mieczysław Voit, inni. A w repertuarze klasyka! – Majakowski, Słowacki… Było to dla mnie cenne wezwanie! – Zacząłem pisać pod wpływem granych tu sztuk, nie tylko u Kotlarczyka, ale i w Teatrze Starym. Ganiałem także notorycznie po Muzeach, wpatrując się w klasykę zarówno w malarstwo młodopolskie. Natomiast na dziedzińcu Uniwersytetu Collegium Maius Wszechnicy Jagiellońskiej odbywały się różne spotkania ze znanymi poetami i twórcami, gdzie oczywiście musiałem bywać – Jeszcze widzę na podium pośrodku dziedzińca, z czarną rozwichrzoną czupryną, recytującego Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego – Przypomnę, że wówczas recytowało się poezję, on robił to dobrze, a nawet wybitnie…Tego dziś nie ma, jedynie na Konkursach Recytatorskich w szkołach podstawowych. Takie przeżycia studenta, co zaledwie dotknąłem naocznie, robią w życiu młodego człowieka głęboki ślad. Natomiast na scenie Teatru Młodego Widza na Karmelickiej w Krakowie – pamiętam dobrze jak wówczas Władysław Broniewski, który wrócił z emigracji z Londynu, zwalisty jak widzę mężczyzna, wchodzi na scenę i za chwilę po przywitaniu deklamuje swoją poezję. Broniewski recytował miarowo, dumnie i zamaszyście, czasem z takim dreszczem głośniej pulsując słowami… Ale warto przytoczyć tu wiersz K.I. Gałczyńskiego z „Zaczarowanej dorożki i…”, bo wiele w nim z atencji tamtego czasu.

(…)
i przemawia mistrz Onoszko
Póki dorożka dorożką
koń koniem, dyszel dyszlem
póki  woda płynie w Wiśle
będzie zawsze choćby jedna
choćby nie wiem jaka biedna
zaczarowana dorożka,
zaczarowany dorożkarz,
zaczarowany koń.

Później z dyplomem inżyniera architekta powróciłem do Lublina, podejmując pracę, ale nadal uprawiałem twórczość literacką i malarstwo. Natomiast po tzw. “Październiku” wstąpiłem do “Koła Młodych”, (tak jak np. Grotowski, którego pan wspominał), przy Związku Literatów Polskich. Drukowałem felietony o sztuce, pod takim wspólnym tytułem “Spacery ze sobą”. Były one z okresu krakowskiego, a później lubelskiego… czyli po latach powróciłem do pisania felietonów, które drukowano. Natomiast w Krakowie życie Bohemy zawsze kwitło i stało się nawet takim „Centrum” w kraju. Później w latach rozkwitu wystawiał tu Tadeusz Kantor z Cricot II, przyjeżdżał Jerzy Grotowski z Laboratorium z Wrocławia ze sztukami awangardowymi, a także autorsko występował w Klubie „Pod Jaszczurami”, wystawiał, także w Teatrze Starym – wystawiłnp. „Krzesła” Eugene’a Ionesko i chyba sztukę „Kobieta jest diabłem” Prospera Meimee’go, czy chociażby „Bogów Deszczu” Krzysztonia. Na marginesie dodam, ze Jerzy Krzysztoń, był moim przyjacielem. Wówczas kwitło życie na ASP i pulsował Uniwersytet Jagielloński. Otwarta „Jama Michalika” przywoływała  na ul. Floriańskiej do siebie, poza tym nie było jeszcze Nowej Huty. Na dziedzińcu jagiellońskim, jak wspomniałem, odbywały się ciekawe spotkania, a więc pasjonująco i zarazem edukacyjnie było!

Z. K. : Właśnie po powrocie do Lublina po studiach jest pan wciąż pod wpływem okresu krakowskiego, przez który mkniemy, że tak nazwę ten miraż „Zaczarowaną Dorożką, mając z sobą chochlika, jako „zaczarowanego dorożkarza”  – Ten chochlik mi szepce, a ja panu wypowiadam dalej – Wtedy bierze pan udział w różnych konkursach architektonicznych SARP i ZPAP, wystawia pan obrazy w 1964 roku, później cyklicznie 1969, 1972, 1983, 1984, w BWA Lublin, a następnie, prawie co rok, poza Lublinem, nawet w „Kuncewiczówce” np. podczas wystawiania sztuk – widowiska „Słowo i Obraz”…Trwają wówczas pana wystawy indywidualne i zbiorowe (dużo tego, a nie mamy miejsca na wyliczanie) , wystawy i wystawy – prawie do roku 1986 – 90,  ale i żywo oraz prężnie zajmuje się pan projektowaniem architektury, wnętrz, malarstwem ściennym, rewaloryzacją obiektów zabytkowych, projektuje rewaloryzację kordegardy północnej i południowej w Zespole Pałacowym w Kozłówce, Pałac w Sitnie k. Zamościa, Dwór w Turce k. Lublina, etc. Jest pan autorem licznych obiektów sakralnych m. in. Kościoła o.o. Kapucynów w Lublinie, jak również projektantem innych obiektów publicznych takich jak Centrum Kultury w Ostrowcu Świętokrzyskim, czy Muszla Koncertowa w Ogrodzie Saskim w Lublinie. 

M. M. : Oczywiście – nie dość, że byłem pod wpływem powstającej awangardy krakowskiej, to dalej miałem kontakt środowiskowy z Krakowem, głównie z niektórymi artystami i to jeszcze długo. Wspomnę jak wcześniej poznałem młodego – jak i ja, Franciszka Starowieyskiego. Mieszkaliśmy wtedy we wspólnym pokoju w Domu ASP. na ul. Juliana Lea w Krakowie. Po latach spotkaliśmy się w Kazimierzu Dolnym. Od razu przeszliśmy na „Ty” – Wspominaliśmy „tamte” czasy – po czym w kawiarni pokazywał mi jak powstaje rysunek, a ja mu zabierałem te rysunki „na gorąco” i udawałem, żeby jeszcze czegoś nie rozumiem, a On dalej coś kreślił – polowałem i przejmowałem te rysunki! – Był już w Polsce znany, nazywali Go w środowisku „BYK”, bo twardo nacierał, oj twardo! – Pamiętam też przepiękne plenery plastyczne – wypady do Zwierzyńca, na spotkania w Kazimierzu Dolnym i Zamościu, oj! – wiele tego było, zatem i wiele znajomości w kręgu plastyków ze znanymi wówczas:  Władysławem Filipiakiem i Zenonem Kononowiczem, Nowosielskim… No i siłą rzeczy wiele z tego pozostało, i jakby usankcjonowało moje malarstwo. Natomiast w 1960 roku zostałem członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków. Tak! – owszem, jak pan pyta,  na plenerze malarskim w Zwierzyńcu poznałem Jerzego Nowosielskiego i Jacka Sienickiego, artystów, którzy w pewnym sensie wywarli na pewno duży wpływ na moje malarstwo, choć malowałem całkiem inaczej niż oni. – Ale skoro mówimy już o plenerach malarskich, to wspomnę jeszcze o Międzynarodowym Plenerze Malarskim na Węgrzech, w roku 1975. Oprócz nas z Polski (3 osoby) uczestnikami pleneru byli artyści z ówczesnej Czechosłowacji, Rosji, Litwy, Rumunii, Niemiec, Bułgarii i Jugosławii. Na wystawie poplenerowej przyznano 3 nagrody. Jedną z Nagród, medal im. Kaplara Miklosa, otrzymał mój obraz i powędrował do Muzeum w Debreczynie, a ja otrzymałem medal i kopertę, z pewną sumą forintów. A kiedy stałem na podeście, dziękując za udział w tym plenerze, zawiedzeni artyści poszli na wino, a ja zostałem sam, trzymając w ręce swoje trofeum. Zrozumiałem wtedy, że sukces ma coś z osamotnienia.

Z.K. Co jakiś czas zawracam „dorożką” do krakowskich stron z pana wspomnienia. Kiedyś wspomniał pan przecież konkretnie o „Zaczarowanej dorożce i…” – Ponoć natknął się pan na „dorożkarza” tego z wiersza Gałczyńskiego? – Gdzie i kiedy to było?

M.M. – Na dorożkarza, o którego pan pyta w Krakowie mówi się „Fiaker” – poznałem w pewnych okolicznościach, kiedy ten dorożkarz (nazywał się Jan Kaczara) wiózł kogoś elegancko ubranego  klepał takie częstochowskie rymowanki, którymi wprost zbawiał swoich podróżujących. Dodam, że to Jana Kaczarę uważa się za pierwowzór „Zaczarowanej Dorożki”. W dodatku krakowski dziennikarz red. Mazan sprawę Kaczary tak nagłośnił, że już nie ma wątpliwości, kto jest i pozostał pierwowzorem. Natomiast Ronard Bujański w swojej książce „Narodziny zaczarowanej dorożki” przedstawia to zgoła inaczej, pisze; kiedy z Arturem Maria Swinarskim wracali z nocnej libacji spotkali idącego ulicą Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w podobnym nastroju. A oto wiersz – cytat o tej sytuacji konkretnie zapisany w „Zaczarowanej Dorożce…” – K. I. Gałczyński dedykował utwór swej Nataliiktóra jest „latarnią zaczarowanej dorożki” (zapis z prawej strony wiersza).

                    II Allegro sostenuto (tyko ten jeden wiersz)

„Z ulicy Wenecja do Sukiennic
prowadzi mnie Artur i Ronald
a  to nie takie proste, gdy jest tyle kamienic
i gdy noc zielonoszalona
 bo trzeba, proszę państwa, przez cały nocny Kraków:”

                              III  Allegrato

(…)

                 VI  Allegro firioso alla polacca (wiersz końcowy)

Ale w knajpie dorożkarskiej,
róg Kpiarskiej i Kominiarskiej,
idzie walc „Zalany słoń”;
ogórki w słojach sie kiszą,
wąsy nad kuframi wiszą,
bo w tych kufrach miła woń.
I przemawia mistrz Onoszko:

(…)

zawsze będzie w każdym mieście,
zawsze będzie choćby jedna,
choćby nie wiem jaka biedna:
ZACZAROWANA DOROŻKA

 – Otóż ja uważam, że to Ronald Bujański dobrze przedstawia narodziny „Zaczarowanej Dorożki i…” pisze prawdziwie i wiarygodnie… Ale cóż! – legenda ma swoje prawa, jest silniejsza od jakiejś rzeczywistej prawdy. Co ciekawe, to ani poeta, ani R. Bujański w „Zaczarowanej Dorożce…” o samym dorożkarzu Janie Kaczerze nie wspominają ani słowem, chodzi tylko o dorożkarza – fiakra.

Z.K. – Po drugie, co do tych różnych znajomości i wspomnień  – spotkań oraz bywania w różnych zapleczach artystycznych, które były także pana pokarmem twórczym w Krakowie, wspomniał pan już Franciszka „Byka”– Starowieyskiego, pozwoli pan, że poczynię i ja wpierw małą dygresję co do Niego. Spotkałem Go kiedyś na Plenerze malarskim w Grudziądzu – podchodził i zaglądał… zawsze zza pleców – ale nie wypowiadał się, choć miał nawyki wykładowcy i czasem dotykał pędzlem czyjegoś obrazu, no – różne mieliśmy pogaduchy, ale od tego czasu nazywał mnie „Chłopak z Grudziądza”, a przecież nie byłem, i nawet jak spotkaliśmy się u Niego w domu na 11 piętrze w pracowni w 200 roku na „rozmowę artystyczną” do II cz. mej książki, coś chyba było u Niego ze zdrowiem, bo usnął przy stoliku w trakcie tej rozmowy, ale i po latach też mnie tak nazywał „chłopak z Grudziądza”.

Abstrahuję już panie profesorze, od tych moich dygresji! – a było tego więcej, chciałem tylko wspomnieć jaki artysta był ekscentryczny i oryginalny, pamiętliwy. Jak pan wie wybywał też na poszukiwania siebie poza granicę – głównie Francja, grał w filmach i nie przeszkadzało mu to, że miał brata księdza zwłaszcza jak na tamte czasy…  Zatem przejdźmy do dalszej pana twórczości – teraz zwłaszcza tej literackiej. Wspomnieliśmy – może pan zechce, o felietonach, ale wspomnijmy o dziele pana życia, powieści pt. „DOM MOJEGO OJCA” – Otóż praca nad tą książką jak wiemy to silny wątek biograficzny – Czytałem tę książkę, wydaje mi się, że w połączeniu, właśnie z materią malarską, stanowi o pana indywidualności i oryginalności, zwłaszcza okres dzieciństwa i przejściu wczesnym do młodzieńczości… To malarstwo bardzo kolorowe z obliczami miast, budowli kołyszących się… przy placach zabaw(?), z oknami, w których wyczekuje kobieta Kogoś ważnego(?)…, to zabliźnione place – pola… miejscami zwały ziemi… Malarstwo, które przedstawiłem w eseju – nazwałem, że są to „Miasta jako metafory” (tekst drukowany we wrocławskim „Formacie” nr 56 / 2001, wyd. przy ASP, pt. „Miasta jako metafory”- wraz z reprodukcjami w kolorze) – bo nader ważną rolę w twórczym życiu pana odgrywała rzecz architektoniczna, stąd patrzy pan na domy inaczej, przywołuje kształty, które coś niosą i oznaczają, widzimy różną pogodę na obrazach, patrzymy nawet na burzę, stoimy czasem sami, innym razem na placu miasta z Kimś ważnym dla siebie…a jeszcze innym razem widzimy „miasto z kwiatami” w oknach… Profesor namalował wiele miast jakby z wykopalisk, z napotkanych przypadkowo przez pamięć(?) – Tak jak powstało wiele obrazów z Don Kichote’m. Wędrowanie i nie to zmaganie z wiatrakami ale wprost z miastami. Wszystkie obrazy z miastami to metafory z dzieciństwa… Artysta patrzył na nie bardzo ostro, zauważał  różne niuanse, wysiadujące w oknach kobiety wyczekujące jak Dulcyme’e swych mężczyzn rycerzy „walczących” z ówczesnymi porządkami, zdobywającymi środki na byt. Być może to Julie, ale kobiety czekające…

M.M. Wydaje mi się, że trafił pan dobrze w moją metaforykęnietylko w malarstwie – dziękuję! – Ale cieszy mnie, że o książce pan mówi pochlebnie… Przecież pisze pan recenzje i eseje do czasopism i książek… To moje działanie bodajże jest tak jakbym przemieszczał się na co najmniej na dwóch skrzydłach, a nawet trzech: architektura, malarstwo i literatura. To samo do mnie przyszło, życie to uformowało w jedną wielką powieść…

Z.K. Od 1970 roku związał się pan z etatem na Politechnice Lubelskiej, jako wykładowca. Zajmowała pana dodatkowo dydaktyka i praca naukowa. Pisał pan rozprawę doktorską na temat “Rozwoju przestrzennego Kazimierza Dolnego nad Wisłą”. Wiemy, że promotorem pana był prof. Wiktor Zin. Z profesorem Zinem wziął pan udział w ogłoszonym Konkursie Architektonicznym na projekt Świątyni Pokoju na terenie obozu zagłady na Majdanku. Znów, proszę wybaczyć, dygresja: Ja jako uczeń szkoły podstawowej lubiłem programy prof. Wiktora Zina pt. „piórem i węglem”, wysiadywałem przed cz- białym ekranem, zgapiałem i rysowałem miękkim ołówkiem te Jego rysunki po swojemu. Nigdy nie uwierzyłbym, że po latach spotkam się z profesorem w Krakowie. Napisał mi kaligraficznie dwa piękne listy. Natomiast spotkaliśmy się na kawie w rynku krakowskim , bo wręczyłem mu książkę z moją „rozmową”, jako Koryfeuszowi Kultury obecnemu w tym wydaniu. Miło wracać mi wtedy było do dzieciństwa, było słodko! – siedzieliśmy obok siebie w loży, poznając się bliżej ok/ 3 godzin, w międzyczasie podchodzili inni fani po autografy profesora. To spotkanie mi też utkwiło w sercu słodko, za jakiś czas profesor zmarł.

M.M. – Może odpowiem od tyłu? – Profesor Wiktor Zin był  promotorem mojej pracydoktorskiej. Owszem, pracowaliśmy później także nad projektem zagospodarowania Kazimierza Dolnego z dużym skutkiem. Ale skoro pan pyta jeszcze o style, przypomnę dygresyjnie, co się tyczy samego malarstwa. Kiedyś artysta malarz Tadeusz Brzozowski mówił tak: „malująckładę kolor koło koloru. Wszystkie inne treści moich obrazów są tylko kwestią przypadku…”                              –  Natomiast te „metafory miast”, jak pan je nazwał, chyba celnie(?), bo to bardzo bliskie literatury. Wszystko to rodziło się w zaśpiewie moich widoków z dzieciństwa, lub bujnej wyobraźni młodości, a są to: wyczekiwanie na powrót ojca, place zabaw w różnych kolorach, tak jak i domy, senność, pogoda ducha i natury. Przy pamięci przypomnę jeszcze co pisał o moim malarstwie Zbigniew Strzałkowski w AKCENCIE (Nr 2924)1986):„Świat który stwarza Makarski, jest zadumą nad przemijaniem, zatem nic nie jest rzeczywiste do końca, proporcja zdarzeń i przeżyć mu podlegają. Ten świat trzeba oglądać poprzez zdumienie dziecka, wiarą w realność rzeczy, lecz punkt odniesienia znajduje się w głębi obrazu, a nie poza nim. Filozofia kolorów wyważonych, jakby ściszonych, znajduje swój sens w naszym utożsamianiu się z nastrojem tego malarstwa – Pozornie jest ono łatwe, bo ma fabułę, ale czy „Mały Książe” de Saint – Exupery’ego jest prostą i łatwą lekturą?”

Z.K. Zatem, mówiąc w tej kwestii o semantykach dzieciństwa, miastach i domach, wróćmy jeszcze raz o jednym najważniejszym z domów: „Dom Mojego Ojca”- Kiedyś powiedziałem, że jest to wspaniała opowieść biograficzna na podłożu antropologicznie osobistym, także jest tam o marzeniach na przyszłość o spełnieniu i rozterkach… o słodyczy i goryczy… Uważam zawsze, że nasza przyszłość też ma pamięć, która nas kierunkuje i inspiruje – Można intuicyjnie wyobraźnią żonglować do woli i z tego budować… U pana to nauka całej gamy kolorytu uczuć chłopca, który chłonie wyobraźnią.

Książka prof. Mariana Makarskiego pt. „Dom Mojego Ojca”, wyd. 2001 r. Norbertinum.

– To wiek dla jej kształtowania, chłopca kochającego i nieświadomie ma wielkie ambicje i nadzieje – Później bardzo obserwuje ojca.

M.M. – Otóż o książce życia „Dom Mojego Ojca” rozmawialiśmy nie raz, otóż ja mam tu, być może, ukryte niepokoje i lęki, o czym nie będę opowiadał, bo swego dzieła nie należy przecież tłumaczyć, ani nic sugerować, nie należy przecież wątpić w intuicje odbiorcy. Jak już wspominałem ojciec mój tu w miasteczku nad Szrenicą Proszowice, co wspominałem, chciał hodować róże, oto fragment książki, kiedy z ojcem weszliśmy do małej kawiarenki i usiedliśmy przy stoliku. Do obsługującego nas Żyda mój ojciec powiedział: – No jak idzie interes?

– Interes? – „to u pana będzie dopiero interes” – odpowiedział Żyd.

– Ano zobaczymy – ojciec – chciałbym tu hodować róże. – Róże? – zdziwił się Żyd – „komu dziś potrzebne różeRozumiem hodować warzywa, ale róże?” – dziwił się – a ojciec nic nie odpowiedział. Milczał jakby był zawstydzony. Drugim marzeniem ojca było zbudowanie własnego domu. „Bo jak jest dom, to jest skąd wyjechać i dokąd wrócić „– mówił ojciec – Te dwa marzenia wiodły ojca przez całe życie, oddalały się stając się mirażem, senną ułudą, nie doczekały się spełnienia. Otóż ja nie uskarżam się w swej książce – jest to raczej festiwal walorów i mocy domu w oczekiwaniu, mimo to moje dzieciństwo zostało jakby „zranione”, zwłaszcza przez tamten siermiężny powojenny czas… Ale skoro tak było prawdziwie – to należy się wypowiadać artystycznie, jakby dwójnasób (?) – i to robię cały czas. Każda twórczość to złożony proces, to odzwierciedlenie całego życia twórcy!

Z.K. – Artyści, których wrażliwość została bardzo pobudzona i bardzo doświadczona, zwłaszcza w dzieciństwie, moja też, wypowiadają swoje kwestie jako dorośli, w przeróżny sposób, trzeba tylko je odczytać intuicyjnie, choćby spojrzeć estetycznie…Wiem, żepan jako artysta wzbudzaduże zainteresowanie, nie tylko w Lublinie – wiele osób chce mieć pana obrazy z „miastami” i „różami”, jest pan obecny w różnych galeriach, wiele osób nabywa obrazy – Sam widziałem w Galerii na Krakowskim Przedmieściu zakup obrazu. Może przyzna się pan do czegoś  – co pan pisze? – na pewno coś kwitnie? – nowa powieść, wspomnienia… pamiętniki?

M.M.  Pozwoli pan, że nie będę zdradzał moich literackich działań, ale coś może się jeszcze spełni, nie zapeszać, coś się może i pisze we mnie obudzi(?). Ale co do malarstwa pozwoli pan, że wyręczę i zacytuję co takiego o moich „różach” napisał do katalogu wystaw prof. Lechosław Lameński z KUL.: „Kwiaty Mariana Makarskiego mają rzadko spotykaną siłę wyrazu, fascynują intensywnością barw, idealnym „słuchem” kolorystycznym ich autora… duże płatki róż mają siłę magnetyczną, działają niczym narkotyk, nie pozwalają odejść, minąć ich bez chwili refleksji… Ale róże Mariana Makarskiego to mimo  wszystko róże smutku, kwiaty będące wyrazem tęsknoty za rzadkimi chwilami radości i szczęścia, to nostalgiczne wspomnienia”  Tak! – Róża bardzo wiele oznajmia, głosi o rozwoju, np. czerwień to energia, róża jest czymś pysznym(?) – Powiedziałbym, że róża to metafora, jakaś tajemnica wyrażająca bardzo wiele. Róża to także ból, kolce niewidoczne zgoła – przypomnienie? – Moje róże maluję czasem w oknach miast na swoich obrazach, a mianowicie, np. pt. „Róże w oknie” , „Róże w mieście”, maluję dużo róż, być może to róże z marzenia mojego ojca? – Sam juz nie wiem! – Czasem są one z opadającymi płatkami, jakby dyżurne wszechobecne róże, zapewne widział pan u mnie róże niebieskie, nawet granatowo – czarne… Czyli ja też hoduję róże, które kwitną w domach…  

U pana Mariana w domu przy pracowni na „rozmowie artystycznej…

Z.K. Profesorze! – dziękuję bardzo za poświęcony czas, za to przemiłe, a nawet słodkie i twórcze spotkanie… Pragnąłem jak najwięcej o tym okresie krakowskim przytoczyć i pana skusić na dygresje, to bardzo ważny cykl życia, który nas interesuje, pan był „świadkiem naocznym” – jak powiedziałem wcześniej, to czas kiedy to mistrz Konstanty „grasował” po Krakowie i także w „Przekroju”, a pan jakby po Jego śladach artystycznie… Ponieważ kończymy naszą jazdę „Zaczarowaną Dorożką i…”, jeszcze raz powtórzę, że była to wspaniała podróż w czasie, a jeszcze raz dopowiem, że wspomnienia są naszym słodkim pokarmem, mogą cieszyć, tłumić zło, wzruszać, czasem nawet przestraszać… Przytoczę na koniec, małą dygresję dotyczącą innego spotkania, mieszczącego się w mej książce „Między mythos a sacrum”(II tom spotkań 2009 r. z Koryfeuszami Sztuki i Kultury Polskiej) – a mianowicie, to było dla mnie bardzo cenne spotkanie z wybitnym kompozytorem, na które jeszcze zdążyłem, z Henrykiem Mikołajem Góreckim w Zakopanem – powiedział On wówczas w rozmowie, czyniąc takie credo swego życia i całego „twórstwa”: Tak przebiegło moje malinowe życie… a toczyło się bliżej Boga, bo zamieszkałem dwa kilometry od  Zakopanego, we wsi Ząb – teraz wiem, że ja zobaczyłem dużo więcej…” – Ucałował wtedy przeze mnie wykonaną ikonę darowaną (ze szklana różą) „Matki Bożej Achtyrskiej” (jest to wyobrażenie ekumeniczne Matki Bożej, kopia ikony cudownej o ciemnoskórej twarzy, kolor na ciemnym tle) – Przyzna pan ,że to bardzo treściwa metafora o malinowym życiu, rodem z pańskich „Miast” i bardzoosobliwych „róż”, namalowanych przecież z autopsji, a także powiązana z literackim dziełem życia „Dom mojego ojca” – z eposu tych dzieł bije także wieka słodka metafora. Pana życie, mimo wszystko, ma aspekty i walory biograficzne, przejrzyste, czasem cierpkiego dramatu – Dlatego Życzę Dużo Zdrowia w tym Nowym Roku, ale i po wszechczasy…                                     

– spotkał się i rozmawiał Zbigniew – Ikona Kresowaty                           

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko