Adam Lizakowski – Śmierć i pogrzeb Czesława Miłosza (fragment większej całości)

0
178


Lipiec, rok 2004. Chicago

Wakacje, wakacje i wyjazd do ojczyzny, jaka to radość jechać do Polski na wakacje, tylko ten wie, co przez dziesiątki lat żyje poza nią. Wyjazd do ojczyzny to cały obrzęd, prawie liturgia i aby powiedzieć jadę do Polski na wakacje z radością w sercu potrzeba do tego dojrzeć. Ja dojrzewałem prawie 30 lat. Najpiękniejszy okres w swoim życiu oddałem Ameryce, w której powoli, bardzo powoli dojrzewałem do Polski, która jak jakiś owoc egzotyczny wymagała w moim sercu niesamowitych warunków cieplarnianych, aby dojrzeć.  Nim dojechałem do ojczyzny to w piątek 18 lipca o godzinie 17 otworzyłem wystawę moich zdjęć pana Czesława, tym razem w znanej w Chicago polskiej księgarni D&Z (u Zbyszka Kruczelaka) na ulicy Belmont Ave.  Przy okazji (wcześniej) kolega, poeta, redaktor Janusz Kopeć przeprowadził ze mną obszerny wywiad na temat mojej znajomości z panem Czesławem dla szanowanej, staruszki i cenionej gazety codziennej,  „Dziennik Związkowy”, który ukazał się w dniu otwarcia wystawy. Była to dla mnie bardzo miła chwila i niespodzianka, bo wywiad ukazał się w dniu otwarcia wystawy.  Zaplanowano ją na  jeden miesiąc od 18 lipca do 18 sierpnia.  Kilka dni później spakowałem walizki i poleciałem do Polski, do domu, do Dzierżoniowa a następnie do Krakowa.

Śmierć Poety

Od dwóch dni jestem w sławnym Krakowie, do którego przyznają się wszyscy mieszkańcy Małopolski w Chicago niezależnie od tego czy mieszkają w Tarnowie, czy pod Tarnowem, w Mielcu czy w Starym Sączu, w Chicago oni wszyscy są z Krakowa i kochają go ponad życie.  Zostało nawet ukute takie powiedzenie KRAKÓW 80, co w Chicago jest rozumiane, jako, „tak Krakus, ale spod Tarnowa”. Te 80 to są kilometry od Krakowa, większość „chicagowskich krakusów” jest właśnie z prowincji w zasięgu 80 kilometrów od Krakowa. W Polsce jest już sobota, piękny, upalny sierpniowy dzień, ślicznie i pogodnie, że aż się żyć chce. Z domu moich przyjaciół, (gdzie się zatrzymałem) po śniadaniu zjedzonym na tarasie wyszedłem na przystanek autobusowy  przed 11 rano, i po pół godzinie byłem „w mieście”. ((Byłem w gościach u swoich przyjaciół poznanych jeszcze w Ameryce, gdy mieszkali w Los Angeles a później przenieśli się za pracą do Las Vegas.  Po latach, po wielu latach  ciężej pracy typu przynieść, podaj, pozamiataj,  byli w stanie wrócić do ojczyzny. Byli wspaniali, byli wyjątkiem, z tysięcy napotkanych Polaków, mówiących o powrocie do ojczyzny, tylko nielicznym to się udaję, jednemu na dziesięć tysięcy. Moi znajomi byli  wybrańcami losu powrócili, bo mieli za co powrócić,  z czym powrócić. Większość Polaków wraca albo w trumnach albo w urnach. Moi znajomi kupili na Woli Justowskiej niewielki motel chyba, ze dwadzieścia pokoi, rozpoczęli działalność gospodarczą w ojczynie, która po nocach im się śniła, i nie trzeba tutaj dodawać żadnych patetycznych słów).
Po długich spacerach po krakowskich uliczkach, po Wawelu, księgarniach, zaglądaniu do sklepów z antykami i „Empiku” w „Galerii Krakowskiej” jestem w knajpce „Vis a Vis”. Muszę odpocząć, od prawie pięciu godzin bycia na nogach „spacerowego marszu” po „krakowskim bruku”, który jak żaden inny bruk na świecie ma swoją magię, piękno, wymowę jakiegoś symbolu wywodzącego się z przekonania, że Kraków to magiczne miasto. Nikogo ze znajomych na swojej drodze nie spotkałem, nikogo nie widziałem, marsz odbywałem w zupełnej samotności, łudząc się, że znajdę jakiś temat do następnych wierszy.  Może jakąś inspirację do napisania poematu pt. Kraków, bo kto może napisać taki poemat, jeśli nie emigrant zza oceanu, który nie zna Krakowa, ani Polski, który tysiące kilometrów do ojczyzny przeszedł przemianę świadomości, i dopiero tam nad Oceanem Spokojnym w San Francisco zrozumiał, co to znaczy być Polakiem, co to jest Polska. Słowa, nad którymi prawdopodobnie nigdy by się nie zastanawiał, gdy nie wyjechał na „drugi koniec świata”.

Po dotarciu do Rynku, poszedłem do małego baru na piwo, a tam znajomy barman pyta się mnie czy wiem, że zmarł poeta Czesław Miłosz? Odpowiadam, że nie wiem i na sztywnych nogach wychodzę na zewnątrz pod parasol, aby wreszcie usiąść i spokojnie wypić piwo. Przez moment zapadła w mojej głowie cisza, rozglądam się po ludziach, szukam na ich twarzach czegoś, co mógłbym nazwać cierpieniem z powodu śmierci geniusza. Ilu z nich ma jego książki – nie wiadomo, dlaczego pomyślałem? Ile jest osób w Krakowie, mających jego książki ? Nagle to pytanie stało się dla mnie bardzo ważne; ilu ludzi w Krakowie ma jego książki?  Książki pojawiły mi się, jako symbol artysty, jego słowa, a także, jako symbol metafizyczny wielkiego polskiego poety.  Czy Miłosz chorował, nie on umarł po prostu ze starości, z nudów, bo wszystko wokół niego stało się po śmierci żony Carol nudne, jakby stracił zainteresowanie życiem. Prawdą jest, że nuda zabija, popycha nas nie czynów niesamowitych i nieprzewidzialnych. Wiedziałem od przyjaciela poety Marka Skwarnickiego, że jest z nim źle, „wpadał” do niego od czasu do czasu, mało rozmawiali, po prostu jeden młodszy mężczyzna brał za rękę starszego mężczyznę i tak przez kilka długich chwil trzymał jego dłoń w swojej, czasem ją delikatnie głaskał, gładził skórę. Miłosz miał oczy zamknięte, Marek półprzymknięte. Usta do wyrażania aktualnych i różnorodnych, wieloznacznych i egzystencjonalnych problemów milczały. To Miłoszowi wystarczało, minimum słów, spokój, cisza, jemu to wystarczało, kilka chwil wcześniej, zaledwie kilka czy kilkanaście miesięcy potrafił zadać „milion pytań” i należał do tego „gatunki ludzi”, którzy „wszystkim” się interesowali. Wiedział, że za drzwiami sypialni śmierć ostrzyła już na niego kosę. Dlatego nie byłem zdziwiony jego odejściem, ale poczułem się bardzo zdziwiony, gdy usłyszałem z ust barmana słowa; „ Czesław Miłosz nie żyje”. Nagle zdałem sobie sprawę, EUREKA, dlatego jestem w Krakowie właśnie teraz, bo on tego chciał, (wmawiam to sobie) a to, że kilka tygodni wcześniej otwierałem wystawę zdjęć poety w księgarni chicagowskiej też nie było przypadkiem, że on to wszystko ukartował. Istne szaleństwo myślę – dodając w myślach, ale kosmici „tak już mają”, oni wszystko mogą zrobić, co normalnemu człowiekowi nawet nie przyjdzie do głowy, dla nich to pestka.  Za wszelką cenę próbuję przypomnieć sobie jeden z moich ulubionych wierszy pana Czesława Wyznanie, chcę go powiedzieć z pamięci. Komu powiedzieć – pyta jedna myśl drugą – gdzie i komu pyta trzecia myśl. A czwarta odpowiada; idź pod dom poety, tam pod jego oknem, drzwiami zrobisz to.  Sprawisz panu Czesławowi największą przyjemność, lepiej nie będzie trzeba zapamiętać ten dzień. Tak, to dobry pomysł – sam siebie chwalę. Wcześniej recytowałem jego wiersze w jego salonie w Berkeley, stojąc przed szklanymi drzwiami na taras, patrząc nie na poetę, ale na zachodzące słońce nad Zatoką San Francisco.  Prosty, potoczny język wiersza jakże inny od samego poety, który go napisał, poety, który pragnie być skromnym człowiekiem,  pozbawionym pychy i dumy, który się nie wywyższa.

Panie Boże, lubiłem dżem truskawkowy
I ciemną słodycz kobiecego ciała.
Jak też wódkę mrożoną, śledzie w oliwie,
Zapachy: cynamonu i goździków.
Jakiż więc ze mnie prorok? Skąd by duch
Miał nawiedzać takiego? Tylu innych
Słusznie było wybranych, wiarygodnych.
A mnie kto by uwierzył? Bo widzieli
Jak rzucam się na jadło, opróżniam szklanice,
I łakomie patrzę na szyję kelnerki.
Z defektem i świadomy tego. Pragnący wielkości,
Umiejący ją rozpoznać gdziekolwiek jest,
A jednak niezupełnie jasnego widzenia,
Wiedziałem, co zostanie dla mniejszych, jak ja:
Festyn krótkich nadziei, zgromadzenie pysznych,
Turniej garbusów, literatura.

(Czesław Miłosz: Kroniki. Kraków 1988, s. 14)

Umysł poety – w tym wierszu – jak wielki ogród  ziemskich rozkoszy,  to nie biblijny raj w którym nie ma grzechu, dlatego  tak bardzo mi się podoba. Żegnam się z nim tym wierszem w swoich myślach, doskonały sposób na pożegnanie poety jego wierszem, nie potrzebuje urządzać „wielkich wypraw” w głąb swojej pamięci, aby go zapamiętać właśnie takim, jakim był w tym króciutkim wierszu. Tak teraz rozpocznie się turniej garbusów, spokojnie dopijam piwo i bez pośpiechu, dzwonię do Marka Skwarnickiego.  Nabieram oddechu w płuca i mówię stało się pan Czesław nie żyje, jak dojść do jego domu, jestem w Rynku przy panu Mickiewiczu. Marek zajęty, nie chce długo rozmawiać, cierpliwie objaśnia i zaprasza do siebie, ale już po pogrzebie poety. Kończy naszą rozmowę słowami „teraz będzie się działo!?” Ale co będzie się działo, pytam? Nie otrzymuje odpowiedzi, rozłącza się.

Dom na ulicy Bogusławskiego

Bez pośpiechu, na luzie z poczuciem samotności i bezsilności, całkiem spokojnie wypijam następne piwo, mój organizm potrzebuje nawodnienia. Nie mam w zwyczaju nosić ze sobą butelki z wodą mineralną, a powinienem. Ciężkie „amerykańskie nogi” nie nawykłe do chodzenia dłużej niż pięć minut, czyli z auta do garażu i z garażu do domu cieszą się z odpoczynku. Moje „polskie nogi” muszą dużo chodzić, lubię chodzić, poza tym, tutaj nie mam samochodu, nawet bałbym się usiąść w kraju za kierownicę, tutaj jest „tysiące” znaków drogowych, gdy w Stanach tylko kilkanaście. Poruszam się na nogach, jest to jest tak dla mnie bezpieczniej i wygodniej i na pewno zdrowiej. Dopijam piwo, podnoszę się, na wszelki wypadek wyłączam komórkę, odszukuję kierunek, w którym mam iść i na ugiętych nogach przez „pół miasta” docieram pod dom poety, a tam pod bramą, na chodniku, po lewej stronie płoną znicze, leżą wiązanki i wieńce kwiatów. Jestem wzruszony, i bardzo ciekawy, czy czasem gdzieś w pobliżu nie ma śladu kosmitów, albo jakiś dowodów na to, że to oni tutaj na Bogusławskiego wylądowali w swych niewidzialnych statkach kosmicznych zabrali Miłosza do siebie, ale nie znajduję śladów kosmitów, ani nie udało mi się znaleźć ich statku kosmicznego. Dlaczego tak myślałem i myślę, bo do dzisiaj jestem przekonany o tym, że Miłosz był kosmitą, że większość napisanych przez niego książek musiała być mu dyktowana przez jakieś „siły wyższe”. (Gdy się czyta uważnie jego prace, można zauważyć, że poeta sam mówi w paru miejscach o tym, że ktoś mu dyktuje to, co ma pisać). Nie mogę uwierzyć, aby jeden człowiek posiadł tak ogromną wiedzę, mądrość i pamięć, aby sam z siebie mógł stworzyć taki przeogromny dorobek.  Stojąc pod drzwiami jego domu myślę o wielu rzeczach na raz. Nie jestem w stanie ogarnąć swoje myśli. Jestem zauroczony tym, co zobaczyłem pod domem Miłosza, muszę dłużej pod nim postać, poobserwować, co się dzieje, lub co będzie się dziać. Robi się późno jest już po 19, dzwonię do przyjaciół, że wrócę do domu bardzo późno, może ostatnim autobusem. 

Budowa sarkofagu

Miałem być w Krakowie tylko tydzień czasu, ale minął drugi tydzień od śmierci poety, a on nie został jeszcze pochowany czekając na jego pogrzeb stałem się już „Krakusem”. Co się wtedy nad trumną poety działo nie będę pisał, ani opisywał uliczki wąskiej prowadzącej na Skałkę, miejsca jego pochówku, jak się w końcu okazało? Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, gdy ustalono miejsce spoczynku pana Czesława w Krypcie a nie na Wawelu, byłem zaskoczony. Miałem pewność, że zostanie on pochowany na Wzgórzu, tylko nie wiedziałem, w którym miejscu, bo przy Mickiewiczu, Słowackim i Norwidzie nie było już miejsca. Poczułem w sercu, jakiś nieuzasadniony żal, że pomimo wielkiej dyplomacji i zaradności na polu literatury polskiej i światowej poeta za życia „nie załatwił sobie miejsca Wawelu”. Zdał się na ludzi, którzy mieli zadecydować za niego gdzie po śmierci spoczną jego kości. Miałem do niego o to żal – jak to logicznie wytłumaczyć – teraz tego nie potrafię. Wiem, że za życia potrafił wszystko tak „pokierować, „ aby było po jego myśli, czyżby świadomie zdał się na innych, tego nie wiem. Wiem, że pomógł mu po śmierci raz jeszcze wierny przyjacielem Marek Skwarnicki pisząc w tej sprawie do papieża.
Podczas gdy ciało poety czekało na pochówek ja chodziłem na Skałkę obserwować, podglądać pracę podczas budowania sarkofagu poety.  Drogę znałem dobrze od wielu lat, jest tam pochowany patron mojej pieszyckiej biblioteki Adam Asnyk. Zanim wszedłem do samej krypty, zawsze siadałem na ławeczce w sieni dając nogom wypocząć, młody Paulin, był jak zawsze zajęty czytaniem, z głośników sączyła się muzyka śpiewów gregoriańskich. Pomiędzy dźwiękami muzyki a odgłosem tępych metalowych narzędzi budowano sarkofag poecie. Przez kilka dni tam chodziłem i fotografowałem, rusztowania wokół miejsca spoczynku poety. Od robotników dowiedziałem się, że sarkofag nie będzie zbudowany z włoskiego marmuru – ktoś mi to powiedział – ale z granitu polskiego ze Strzegomia, czyli z Sudetów, czyli z mojej małej ojczyzny Gór Sowich, o której tyle opowiadałem panu Czesławowi. Po raz kolejny poczułem jak poeta puszcza do mnie oko, kolejne szczęśliwe zrządzenie losu.

Karta wstępu

Od przyjaciela profesora Wiesława Pawła Szymańskiego z UJ, poznanego na Konferencji Przybosiowskiej w Chicago lata wcześniej, wieloletniego Krakowianina dowiedziałem się o dacie pogrzebu i o spotkaniu poetyckim, które zostało zaplanowane po pogrzebie poety w kościele św. Katarzyny. Zaproszenia, czy karty wstępu – z tego, co zrozumiałem – miał mieć „Tygodnik Powszechny”, ale gdy do redakcji poszedłem, dowiedziałem się, że wszystkie zaproszenia dawno zostały rozdane.  Jedynie zdążyłem wpisać swoje kondolencje w księdze wystawionej w magistracie miasta Krakowa.  Gdy o braku zaproszeń powiedziałem Wiesławowi, ten bez chwili wahania oddał mi swoją kartę wstępu, mówiąc; dla ciebie to będzie wiele ciekawsze niż dla mnie.  Nie chciałem przyjąć jej, bo wiedziałem z licznych rozmów z Wiesławem, że poezja poety z Kalifornii była mu też bardzo bliska i z tego, co zrozumiałem, napisał on i obronił pierwszą pracę magisterską o twórczości autora „Traktatu poetyckiego” w Polsce jeszcze w latach 60, ubiegłego wieku, co według mnie był niesamowity wyczyń. Chciałem być na tym spotkaniu poetyckim, ale broniłem się tym, że nie wypada od niego brać jego zaproszenia, bo to w sumie jest to jego Kraków, będą jego znajomi a nie mój, ja jestem tylko przybyszem z planety Ameryka. Ale on nie chciał ustąpić, to, że nikt tutaj mnie nie zna, a dla niego będzie to okazja spotkać wielu znajomych, których może nawet nie widział od miesięcy czy od lat. Wtedy on z pamięci zarecytował fragment „Traktatu poetyckiego”;

Fiakry drzemały pod Mariacką Wieżą. 
Kraków malutki jak jajko w listowiu 
Wyjęte z rondla farby na Wielkanoc. 
I w pelerynach kroczyli poeci. 
Nazwisk ich dzisiaj już się nie pamięta. 
Ale ich ręce były rzeczywiste, 
Spinki, mankiety nad blatem stolika. 
Dziennik na kiju niósł Ober i kawę 
Aż minął, tak jak oni, bez imienia. 

Tym  fragmentem wiersza mój rozmówca mnie zaskoczył. Dalej już się nie wymawiałem, wziąłem od niego kartę wstępu z wielką radością. Byłem przekonany, że na własne oczy zobaczę wielu wspaniałych poetów recytujących wiele wspaniałej poezji.  Jednak nie było mi dane z niej skorzystać, bo akurat w tym samym dniu, gdy wróciłem do domu zastałem znajomych ze Lwowa. Gospodarze zaplanowali uroczysty obiad, na którym miałem być gościem honorowym w tych samych godzinach, co spotkanie poetów w kościele św. Katarzyny.

 27 sierpnia

Dzień pogrzebu. Na pogrzebie byłem, wyszedłem z domu zaraz po 10 rano, bo uroczystość została zaplanowana na 11.  Dla mnie to był najświętszy dzień, jaki mogłem sobie wyobrazić, ale w tym dniu Kraków, był taki sam jak dzień wcześniej czy miesiąc wcześniej. Bolało mnie to, spodziewałem się czegoś nadzwyczajnego, czegoś, co można doświadczyć tylko raz w życiu, a Kraków był taki sam. Setki turystów na Rynku, gołębie, sprzedawcy, konie i dorożki, codzienna krzątania a tam wewnątrz Bazyliki Mariackiej leży ciało człowieka-kosmity zasługiwał na coś więcej niż codzienna krzątanina. To mnie bolało i byłem rozczarowany Krakowem, bo nie wiem, dlaczego, ale wyobrażałem sobie, że w dniu pogrzebu, zostanie wstrzymany cały ruch w mieście, nawet zabroni się drzewom poruszać liśćmi a ptakom fruwania.  Ceremonię pogrzebową oglądałem jak wielu innych rodaków stojąc przed Bazyliką Mariacką. Przekaz na telebimach był bardzo czytelny, dlatego nawet w duchu się cieszyłem, że nie jestem w samym kościele, bo będąc na zewnątrz mogę więcej zobaczyć. Po ceremonii pogrzebowej wielotysięczny pochód, rozciągnął się jak wąż i powoli ruszył spod Bazyliki w stronę ulicy Grodzkiej do Ojców Paulinów na Skałkę.  Jakież było moje zdziwienie – gdy w tym tłumie wielotysięcznym – dostrzegłem idącą wraz z mężem „moją panią” dyrektor Dzierżoniowskiej Biblioteki Publicznej Marię Zarzycką – Chołody. Przywitanie było bardzo miłe i serdeczne, ale to jeszcze nie koniec niespodzianek. Na trawie Ojców Paulinów spotkałem dawno niewidzianego kolegę z San Francisco, krakowianina, tułacza, wędrowca, emigranta, poetę, artystę, hrabiego Jarka Potockiego z jego przyjaciółmi. Razem słuchaliśmy i oglądaliśmy wybitnych ludzi pióra zaproszonych na te uroczystość.  Przemawiał starszy syn poety po polsku, po francusku, Tony Miłosz, zauważyłem poetę Adama Zagajewskiego, poetkę Wisławę Szymborską. Byli poeci zagraniczni, czytano po polsku, angielsku, hebrajsku, francusku, litewsku. Całość można była oglądać na własne oczy lub na wielkich ekranach, tak dobrze jak przed Bazyliką Mariacką.

Pierwszy dzień po pogrzebie Poety

Zgodnie z planem udałem się do państwa Skwarnickich na umówione spotkanie z Markiem było to dla mnie bardzo ważne, Marek był dla mnie bardzo życzliwy, był wspaniałym przyjacielem, chociaż dużo ode mnie starszy, traktował mnie po koleżeńsku. Był on jedynym moim łącznikiem z panem Czesławem od mojego wyjazdy z San Francisco do Chicago a pana Czesława do Krakowa. Był promotorem mojej poezji w Polsce, robił to chętnie i zawsze bez mojej wiedzy czy zgody, nigdy o nic go nie prosiłem, on sam decydował, co może o mnie napisać, ale co może mojego, komu pokazać. Poza tym spotkania z nim były dla mnie ogromną radością, niesamowitą przyjemnością i rozkoszą intelektualna i duchową, i nie jestem w stanie tego nawet opisać.  Zawsze przy spotkaniach wymienialiśmy prezenty, były to książki, tym razem od przesympatycznego gospodarza otrzymałem super prezent, bo książkę wydawnictwa ZNAK pt. „Czesław Miłosz O podróżach w czasie”, z piękną dedykacją’ Drogiemu Adamowi na pamiątkę kolejnej wizyty, dzień po pogrzebie Pana Czesława. Kraków 28 VIII 2004. Marek Skwarnicki.  Widywaliśmy się raz na kilka lat, częściej dzwoniłem z Ameryki do niego przeważnie na święta z życzeniami świątecznymi. Gdy dane było mi przyjechać do Polski też do niego dzwoniłem, nie zawsze się z nim widziałem, bo nie zawsze byłem w Krakowie, nie zawsze on był w mieście, gdy ja byłem. 

I teraz wszystko się zgrało zły a może dobry los sprawił, że po kilku latach znowu twarzą w twarz się spotkamy i porozmawiamy.  Chociaż chwila była niewesoła rozmawiało nam się gładko i sympatycznie. Zosia, żona Marka, zawsze umiała wyczarować wspaniałą domową atmosferę. Obaj byliśmy zgodni, że wraz ze śmiercią pana Czesława zakończył się XX wiek polskiej poezji, a także to, że on, jako gospodarz przez pół wieku poezji będzie poddany próbie czasu, tzw. czyśćcowi. To, co się działo nad jego trumną nie napawało optymizmem. Czy będzie zrozumiały tak jak dla nas jego czytelników był/jest, czy klucz zrozumienia do jego twórczości, nie zostanie wrzucony do głębokiej wody rzeki Lete.  Na moje pytanie, dlaczego Miłosz nie został pochowany na Wawelu, Marek tajemniczo położył palec na ustach, szepcząc teraz nie pora o tym mówić. Gdy palec zdjął z ust powiedział; rozsądek nie pozwala teraz o tym mówić, a dzisiejsza sytuacja w Polsce jest zbyt skomplikowana, abym wyjaśnił ci to w pięć minut. Nie widziałem, co mam zrobić z tymi jego słowami, nie ma mnie w ojczyźnie od 25 lat i nie „łapię tego, co tutaj jest grane”, dlatego zmieniliśmy temat na to, kto zajmę się spuścizną poety. Czy powstaną do tego celu jakieś pisma, jak na przykład w Stanach są kwartalniki, pół roczniki czy roczniki poświęcone tylko i wyłącznie jednemu twórcy takie jak; The Walt Whitman Quarterly Review,  The James Joyce Quarterly, The Hemingway Review, czy The William Carlos Williams Review. Tutaj Marek przerwał mi mówiąc:
– Drogi Adamie nie musisz się przede mną popisywać.  W Polsce na to nie ma pieniędzy, porozmawiaj z ludźmi w Krakowie, to ci powiedzą o pismach literackich, czy poetyckich u nas. Prawie ich nie ma, a cóż dopiero mówić o piśmie dla „nóg owadzich”, czyli Miłoszu, kto to kupi, to da na to pieniądze.? 

– Wolałbym rozmawiać – jeśli chcesz mnie już w to mieszać – ale z ludźmi z Opola, Białegostoku, czy Szczecina o Miłoszu – powiedziałem przewrotnie. Tutaj w Krakowie za bardzo go kochają, noszą go na rękach i są do niego bardzo przywiązani i zazdrośni. Wiadomo, że Miłosz to kosmos, on sam jest dla mnie kosmitą, ale nie wiem, dlaczego tym się nie zajął za życia i nie stworzył pisma poświęconego swojemu dorobkowi zanim zamknął powieki. Przecież wiedział, że takie periodyki w Stanach są na porządku dziennym. Krakowscy przyjaciele poety nikomu go nie oddadzą – tak łatwo- to „dwór Jagiellonki” rządzi w Polsce.  Miłosz to kura znosząca złote jajka, z których tutaj wiele osób żyje. Oczywiście są potrzebni mecenasi dla takiego pisma, bez nich kultura nie ma większych szans na przeżycie.

– Adam jesteś fantastą, bezinteresownym fantastą – za to lubił cię Miłosz – ale pamiętaj Polska to nie Ameryka, a Kraków to nie Chicago czy San Francisco, tutaj Coca Cola, Shell, czy Fundacja Mobil, nie da pieniędzy, bo takich fundacji tutaj nie ma.  Polacy nie umiejąc prosić o pieniądze, ale nich zawsze to będzie kojarzyć się z żebraniem, rozumiesz mnie. Ich duma nie pozwala żebrać, nawet, gdy mieli umrzeć z głodu. Nie mamy też milionerów, nafciarzy, czy samochodziarzy, bankierów, bo prawie wszystkie banki nie są w polskich rękach, wszyscy są na dorobku przede wszystkim pierwsze pokolenie milionerów- dorobkowiczów, nie da na kulturę. Oznacza, że stoimy twarzą na przeciw surowego żarłocznego kapitalizmu. Nikt nie da na kulturę, nawet nasze przepisy prawne, takich rzeczy nie przewidują, to bardzo komplikują, nie zakładają takiej możliwości dawania na kulturę. A po drugie Polacy po prostu – jak wiesz- nie interesują się poezją, pisała o tym Szymborska i wszyscy to wiedzą. W Polsce też nie mamy prywatnych uczelni tak wielkich i bogatych, z setkami milionów dolarów jak amerykańskie, do których chodziłeś, to wiesz jak to funkcjonuje.  Nasze uczelnie nie zarabiają setek milionów dolarów, nasi profesorowie nie mają pojęcia o zarabianiu pieniędzy, obraziliby się na ciebie, gdybyś im zaproponował to, co robią profesorowie w twojej Ameryce.   Naszych profesorów nie nauczono zarabiać na nauce, kulturze, literaturze, poezji. U nas nie ma kierunków studiów jak zarządzać kulturą jak sprzedać wiersze i na tym jeszcze dobrze zarabiać. Pamiętasz wiersz, w którym Miłosz mówi otwarcie, nigdzie tak dobrze nie płacą za wiersze jak w Ameryce. Zanim skończył pisać tomik wierszy po polsku, już jego agencji literaccy sprzedawali go we Francji czy Anglii, już „armia” tłumaczy czekała na sygnał, aby rozpocząć pracę. Już byli wyznaczeni dziennikarze do napisania recenzji, zrobienia promocji, słowem pełne zawodowstwo.

 U nas państwo do wszystkiego dopłaca, a prywatne uczelnie, bo takie też u nas są – szukają jak najwięcej studentów, bo na nich się zarabia, nawet, jeśli poziom nauczania będzie niski, zresztą państwowe uczelnie też starają się coraz mniej wymagać od studenta.  Brakuje studentów, dlatego uczenie o nich walczą, bo dzisiaj student to korzyść dla uczelni.

Jaki wyobrażasz sobie nakład kwartalnika, pod tytułem „Miłosz”?  Niech będzie nawet to rocznik, bo co kwartał to za często, u nas profesorowie tak szybko nie pracują, bo to przecież oni będą redaktorami tego pisma.  Sto, dwieście, może pięćset egzemplarzy. Sama redakcja profesorka, redaktorzy, korektorzy, autorzy zabiorą połowę dochodu, a gdzie drukarnia, papier, promocja, o której tutaj właściwie nikt nie ma zielonego pojęcia i tak dalej. Poza tym, kto miałby takim pismem kierować, kadra profesorka? To są naukowcy, ludzie uczeni, oni nie ma pojęcia o marketingu, czy biznesie. U nas profesor to wciąż święta krowa, osoba nie do ruszenia, zadufana w sobie, przeświadczona o swojej wyższości nad innymi. To nie Ameryka, gdy to pierwszy profesor mówi studentowi dzień dobry, a dyrektor banku sprzątaczce pierwszy mówi do widzenia szanownej pani.

Po raz kolejny mówię ci, Polska to nie Ameryka. Nikt nie wpadł na pomysł, aby wydać kwartalnik poświęcony Mickiewiczowi, Słowackiemu czy nawet Norwidowi, a ty ze swoją głową amerykańską, chcesz wydawać pismo poświęcone Miłoszowi. Sam widziałeś, co się działo pod kościołem na Skałce. Polacy są gotowi obciąć nawet gałąź, na której siedzą sami i spaś na ziemię, połamać kości, aby inni na niej nie usiedli. Rozumiesz to. Marka rozwinął temat, lub jak mówią dzisiaj młodzi, rozkręcił się, jego argumenty łatwo mnie przekonały, trafiły prosto do serca, w szczególności podobało mi się spostrzeżenie, że na czele takiego pisma powinien być człowiek biznesu, który trzymałby wszystko w swoich rękach, a nie człowiek, który całe swoje życie spędził na czytaniu książek i pisaniu książek.

Po zamknięciu tematu pisma pt. Miłosz, zeszliśmy różne tematy, na temat pogody i lata, mojego wyjazdu do Lwowa, Marka rodziny w USA, syna, który mieszka tam od kilku lat. Nie chodziło nam o to, aby dojść do jakiś konkretnych wniosków i przy filiżance herbaty rozstrzygać, w jakim punkcie jest teraz poezja polska. Po godzinnej sympatycznej rozmowie o panu Czesławie i ogólnie, co teraz będzie się działo z i w polskiej poezji, udałem się do Krypty Zasłużonych klasztoru oo. Paulinów na Skałce.
Marek dobrze wiedział, o czym ja mówiłem i ja wiedziałem, o czym on mówił, tak naprawdę nie rozmawialiśmy o poezji, Nobliście, polskiej kulturze, ale o pieniądzach i relacjach ich pomiędzy kulturą a nową powstająca grupą społeczną, nowobogackich na barkach, której będzie spoczywać wartość naszej kultury. Miłosz przyszłość pośmiertna nie wyglądała za różowo, Tym niemniej byłem bardzo ciekawy jak się dalej potoczą losy jednego z największych poetów naszych czasów.

.Na Skałce

Wyszedłem z mieszkania Marka i Zosi – jego żony-, która zawsze nam przy rozmowach dyskretnie towarzyszyła – z uczuciem, że Miłosz zawsze zostanie po stronie pamięci. Nie herbata, ale lampka whiskey wypita u państwa Skwarnickich spowodowała, że po drodze kupiłem „małpkę Smirnoffa” i dwa znicze. Doszedłem do miejsca pochówku poety bez pośpiechu, bijąc się z myślami z tym, co Marek jeszcze przed chwilą mówił w swoim domu. Wszedłem do krypty i ujrzałem sarkofag tonący w kwiatach i w wieńcach kwiatów. Ale zanim wszedłem w głąb krypty usiadłem w przedsionku ma znanej mi dużej wygodnej ławie. Tak jak wcześniej Paulin obsługujący mały sklep z pamiątkami, zajęty był czytaniem, grała muzyka gregoriańska, paliły się świece na grobowcu poety. Od kwiatów było duszno.

Zbierałem w sobie siły, myśli i odwagę, aby wstać i podejść do sarkofagu – z granitu Gór Sowich – tak go sobie w myślach nazwałem. Zajęło mi to chwilę, zanim się przemogłem, „stanąłem twarzą do Niego”, chociaż nie wiedziałem gdzie mogą być nogi, a gdzie głowa. Z trudem znalazłem miejsce na umieszczenie moich zniczy wśród leżących na nim wieńców, kwiatów, palących się świec.  Zapaliłem swoje znicze, wyjąłem z torby wiersz pt. Miłosz, który lata wcześniej wysłałem do poety (był w tomiku pt. „Chicago miasto nadziei”), i rozpocząłem recytacją z pamięci zerkając na kartkę od czasu do czasu. W nakrętkę od butelki wlałem kilka kropel alkoholu, który jednym ruchem ręki rozlałem po kwiatach, szepcząc; to dla pana, panie Czesław, za Pańską duszę, aby tam gdzie przebywa teraz ugoszczono ją godnie, za Pańską pomyślność po śmierci, będzie ona potrzebna panu tak samo jak za życia.  (Po raz pierwszy to ja polałem alkohol, zawsze polewał pan Czesław, nigdy nie śmiałem przy stole wyciągać ręki po butelkę przy nim). Małymi łykami popijałem przeczytane słowa wiersza. Nie, nie płakałem, czułem się dziwnie, tak jak w Berkeley, byłem szczęśliwy, tak teraz tutaj w Krakowie w ciszy i spokoju w krypcie wielkich Polaków oddawałem mu hołd prasłowiański, na który w moich oczach w pełni sobie zasłużył, którego stałem się dłużnikiem w sobie tylko wiadomy sposób.

Tak fascynacja chwilą i miejscem i tym, co się wydarzyło zdumiała mnie samego. Wchodząc do tego miejsca nawet nie myślałem o tym, co się tutaj wydarzy, jakiś starodawny prasłowiański mit spotkał się z nowoczesnością bez mojej wiedzy. Zadziałałem bezwolnie, bo nic nie planowałem, nawet usłyszałem pomrukiwania spod płyty grobowca, takie same, gdy recytowałem mu jego wiersze z pamięci w Berkeley patrząc na światła miasta San Francisco. Dał mi znak, że jest zadowolony.  Ciało moje przeszył dreszcz, ten sam dreszcz, który zawsze odczuwałem pukając do drzwi jego domku na zboczu stromej góry, poczułem bryzę wiatru oceanu wiejącego wprost w moją twarz spod mostu Golden Gate.

Miłosz*

Mógłby być górskim wodospadem
nigdy pustynią czy ziemią jałową
wielkim jagiellońskim dębem w  cieniu którego
umęczony wędrowiec zawsze znajdzie wytchnienie
potrafił z powietrza wyłapać bąbelki życiodajnego tlenu
nasycić nim poezję, słowa jego są jak ziarna
które w czytelniku rosną,  rozwijają się, kwitną
kołyszą się łany czekając na rękę żniwiarza,
jest księżycem, który przyciąga fale morza
a piękne kobiety śpią niespokojnie,
jest aniołem z wielkimi krzaczastymi brwiami
w kształcie skrzydeł ptaka spłoszonego
w środku nocy z gniazda do którego nigdy już
nie powróci, ale wciąż pamięta zapach trawy
jabłek, biel pokoi, kształty domów, jeziora, rzeki
jest litewskim niedźwiedziem mieszkającym
w pięknym mieście Berkeley
w cudownej Kalifornii, na wzgórzu niedźwiedzi Grizzly
ale on nie pomrukuje, on śpiewa pieśń o tym
że nikomu nie warto zazdrościć, o kolibrach
kwiatach kapryfolium, dziewczęcych pośladkach
biednym chrześcijaninie patrzącym na płonące getto
o miastach do których nigdy nie wróci, tobie i mnie.
Kim jest Miłosz dla mnie tysiące razy pytałem siebie?
matką karmiącą jasną dorodną piersią
z cienkimi  niebieskimi żyłkami
której życiodajne mleko piję w upale chicagowskim.
Jakie jest znaczenie jego poezji w mym życiu?
czy to bilet w podróż do dalekich krajów,
do lasów tropikalnych w których wielobarwny
śpiewak skacze z gałązki na gałązkę
wyśpiewując pieśń starodawnych puszcz
rzek, piasek pustyń wygrzewa się w słońcu
a skały z lekkością  motyli uniosły się w przestrzeń
ku dalekim galaktykom, gdzie czas płynie pionowo.
Miłosz muza żyjąca w cieniu eukaliptusów z widokiem
nad Zatokę  San  Francisco, mieście wielkości mrówki,
którego światła odbijają się w wodzie, jak obłoki,
poeta wierny swoim ideałom młodości,
nadsłuchuje gry świerszczy, patrzy
w jasno-żarzące się ślepia aut, o czym myśli?

W 1990 roku zapytałem go o to przy wódce i śledziach,
słońce w Zatoce już się utopiło, a noc na atramentowo
pomalowała czubki złotego mostu:
Och!!! Panie Adamie –westchnął, gdyby tak się dało
dożyć do setki, a potem raz jeszcze licznik cofnąć do zera.

San Francisco, 1990r.
Źródła. Adam Lizakowski: Miłosz.  Chicago Miasto Nadziei. Wydawnictwo, The Unpaid  Rent Poetry Group.  Grupa Poetycka Niezapłacony Rent. Chicago, 1998 r., ss 65/66. USA.

Dzierżoniów 7/4/2019
Adam Lizakowski
 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko