Wiersze Tygodnia – Urszula M. Benka

0
203
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Dzika matka

Umarłaś i teraz jesteś dzika, uwolniona. Teraz wiesz wszystko
Na pustym polu węszysz  ścigasz się z psem
Kochasz się z krukiem tańczysz z trutniami.

Więc i o mnie teraz wszystko wiesz
Znasz moje kłamstwa i jak cię nienawidziłam.

Już nie boisz się mojego ojca
Dzika pani
Już nie boisz się swojej matki, swoich braci
Ani wojny


Eros i Psyche

Eros trwoży
Ma trwożyć
Taki jest
W świetle wydaje wrzask
Ucieka skacze z okna
Dziewczyna cóż
By odzyskać go musi w jedną letnią noc
Rozdzielić mak pszenicę grykę
Ziarenko od ziarenka
Nie ma czasu
Potrzebuje ptaków do pomocy
I potrzebuje piekła


*

Eros nie chce pytań, nawet samego znaku zapytania –
Pośród wykrzykników kropek
Jest pauzą
Nie odwdzięczy się
Łzom i pieszczotom
Ani przejażdżce motocyklem
Na tylnym kole

Tęskni wyje do Psyche w piekle
Która za dużo wie

Eros chce nocy doskonałej nocy
W ciszy i bezrozumie
Masz nie znać języka odejść od lampy
Panicznie boi się lamp
Jego bezcenne zwierzęta są milczeniami
Dzikimi nieujarzmionymi milczeniami


*

Mam teraz biały cień
i on płynie, potrafi falować, drgać,
potrafi stawać dęba.
I wtedy przyświecam sobie cieniem,
dosiadam cienia, kąpię się ze świata i Boga.
Bardzo dbam,
aby go nie uświnić żadnym sacrum,
nie ogłupić żadną granicą
szaleństwa czy rozpaczy.


*

W naszym domu nie ma niczego z materii każdy przedmiot jest naszą myślą
Ewa Sonnenberg


Ursula wie:
Czterdzieści lat skowytu wśród codziennych radości
Dwóch drogich przyjaciółek dwojga dzieci średnio kochanych
Tortów i pikantnych mucharelli na tarasie
Doskonałej Alta Rica
Oczywiście pachnącej pościeli w innym skrzydle domu
Gdzie świerk rzuca cień i mieszka sowa
I gdzie nie wpuszcza się kochanka
Ursula spaceruje obrzeżem dzielnicy Retiro tylko obrzeżem
Pokonuje ocean samolotem w business class
Ma wypielęgnowane stopy często zakłada ciemne okulary
Tęskniłaby do lektury Cervantesa gdyby Jorge nie nazwał bibliotek (wszelkich bibliotek)
Miejscami wiecznego spoczynku
Tęskniłaby, ale tu kojarzy się baśń: zmarłych można obudzić pocałunkiem
Nawet najsubtelniejszym
Bez drgnienia ust jakże czytać… Ale jeśli Cervantes śmiałym rześkim ruchem wstałby z mar
Chwycił broń przywołał Sancheza i do Tobosso?
Ursula omija Tobosso jak Retiro
Ta rozgrzana słońcem wysrebrzona oliwnymi sadami wioska krzyczy o prostytucji
Ubogich dziewczynek i chłopców krzyczy o kardynale bywającym tam, kiedy dzieci nucą słodko
Cultivo una rosa blanca para un amigo sincero

To byłoby nie do wytrzymania monety by parzyły
Dulcynea zaśmiałaby się wulgarnie: yo canto de la sierra y yo canto del amor!
Ursula jak w twarz uderzona odtąd więc omija
Także i biblioteki dziwnie drży
Kiedy mąż gładzi ją wieczorem po nagim napiętym ramieniu
Drży jeszcze silniej kiedy przyjaciel domu patrzy na nią chmurnie
Jeszcze silniej drży kiedy przystępuje do komunii
Ale lubi pęd samochodem
Nocą z muzyką za nic tango koniecznie rock na cały regulator


*

Bratu Rogerowi z Taizé

Kiedy ziemia leci przez kosmosy
Dźwiga swoje niebiosy

Dźwiga morza i oceany
I te też lecą kosmosami

A z nimi wszystko
Muchy ptaki i bydło

I pszczoły i dęby i sosny
Lecą z nią przez kosmosy

I grzyby i wulkany
I mgły nad łąkami

I kościoły i święci
I idioci i szaleńcy


Tak nagle

Śmierć ma biały cień
Jak Bóg

Niecierpliwa staruszka
Wypatruje a to poety
A to muzyka

Lekkim smyczkiem
Mięciutkim piórem
Muska przy rozporku

Lecz babę w kolejce u rzeźnika
Gryzie w kark


Rumuńskie Karpaty

Jarkowi i Tomkowi

Cerkiewka i eksplozja zimowej bieli
Zamarznięta fontanna śniegowe kiście
Na gałązkach
Dokoła góry garbate bukowe
Między nimi jak w babim kroczu
Wciśnięty
Wesoły Cmentarz


Brudna baba

Żyje żyje bierze lekarstwa klnie rząd
Je kiełbasę pisze wiersze do apteki do sklepu do śmietnika
Kartoflanka do łóżka brudny chłop do hospicjum
Bo ojciec ciągle żyje
Pomaluśku


Woda podziemna

Jest pod górą jerozolimską studnia dusz
Skąd nurt poniesie do Miejsca
Gdzie za kilkoma pustyniami
Wynurzają się dusze ze źródła
Dosiadają dusz końskich
W wieńcach z tamaryszku
Okrążają drzewo

Ilekroć próbowano tam dokopać się do dna
Tryskał ogień
Sparzył rzymskich zbyt ciekawskich i z czerwonymi rękami
Uciekali krzycząc
A inni tą studnią zstępowali podczas oblężenia
Wynurzali się w Masadzie albo dalej w kamiennych
Dostojnie pustych komnatach
Pod Morzem Martwym

Przez podziemne labirynty sensu i nonsensu
Przezroczyste łodzie
Jedne z Raju inne do raju
Jedne z Gehenny drugie do gehenny
Pchane falami czasu podmuchami dziejów
Nawigują wśród mielizn i wirów
Nanoszonych na świętą mapę


Betszabe w kąpieli

Basen na tarasie pałacu prawie jak Lane Morze świątyni
Betszabe myje się z piasku z małżeńskiej pieszczoty Hetyty
Myje się z prawdy i wszelkich granic
Tańczy na białokamiennym obrzeżu posypanym narcyzami
Turkusowa woda jak lustro
Odbija miłosną pustkę


Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko