Irena Furnal – Appendix Srebrna szkatułka

0
155

Irena Furnal

 

Appendix

Srebrna szkatułka

 

Bruno SchulzWidok z balkonu pierwszego mieszkania rodziców. W zasięgu wzroku mieści się cała ulica Kolejowa – europejska, pachnąca banknotami spod prasy i wapnem z placów budowy, błyszcząca szybami wystawowymi, kolorowa od reklam, wprawdzie niedokończona, tu i tam straszą jeszcze podmiejskie opłotki, ale jest gotowa na zmiany, budzi wiarę w bezpieczną i zasobną przyszłość. Jeśli spojrzeć w kierunku dworca kolejowego, rzuca się w oczy  secesyjny gmach Towarzystwa Wzajemnego Kredytu, jeden z piękniejszych w mieście. Dalej, na rogu Kolejowej i Czystej (późniejszych Sienkiewicza i Focha), salon z butami Bata w kamienicy adwokata Niesiołowskiego. Dzisiejszy adres: Sienkiewicza 49. Z powodu tego numeru niektórzy chcą widzieć tam dom Gustawa, bo taki numer widnieje w dokumentach szkolnych. Ale to nieporozumienie. Na początku lat trzydziestych XX w. uległa zmianie numeracja posesji przy Sienkiewicza, zresztą przy innych ulicach także. Wszelkie wątpliwości rozwiewa zapis mecenasa, który w połowie lat dwudziestych sprzedał nieruchomość  pod warunkiem, „że plac ten nie może być pod żadnym pozorem, czy to przez nabywców, czy też ich następców zbywany osobom wyznań niechrześcijańskich”. Dalej ciągną się pola. Na razie. Perspektywę ulicy zamyka plac dworcowy, na którym w lecie staje cyrk braci Staniewskich. Potem inne trupy, na przykład „Światowid”, „Empire” czy cyrk „Francesco”, będą rozbijać namioty na rogu Kolejowej i Czystej obok dworca autobusowego. Wówczas tryumfalne marsze towarzyszące wejściu akrobatów i komików poniosą się nad Silnicę.

Na lewo widać monumentalny na tle dalszej zabudowy (prawdę mówiąc, pustkowia) stylowy budynek hotelu Versal, własność zasiedziałej w Kielcach rodziny Królów. Jej losy podczas okupacji i po wojnie w dziwny i nieprzyjemny sposób splotą się z berezowską posiadłością Jakuba Herlinga. Pośrednio także z jej właścicielami. Jeden z młodych Królów ożenił się z piękną Ewą Formanowicz, najmłodszą córką wysiedlonego z Wielkopolski bankowca, podczas okupacji komisarycznego zarządcy (tu są niejasności) czy też nowego właściciela „bezpańskiego” tartaku Herlingów. Poznał ją w Suchedniowie, gdzie bywał z polecenia podziemnej organizacji. Ewa i jej siostry budziły gorące emocje u młodzieży suchedniowskiej, gdy w niedzielę ojciec wiózł je bryczką do kościoła. Wyglądały jak księżniczki, dumne i nieprzystępne, podobały się także stacjonującej niedaleko młyna żandarmerii niemieckiej. Podczas okupacji cukiernia Królów słynęła z tego, że spotykają się w niej bezpiecznie konspiratorzy różnych maści i beztroscy emeryci głośno komentujący sytuację na froncie. Tymczasem Maurycy Herling po wojnie oskarżył ojca Ewy o to, że był volksdeutschem. Konkretnych zarzutów nikt już nie pamięta, może chodziło także o okoliczności przejęcia majątku pana Jakuba, albo o wprowadzone zmiany. Formanowicz znalazł się w więzieniu we Wronkach, po jakimś czasie go zrehabilitowano. Od tej pory w rodzinie Królów nazwisko Herling wymawiane jest z poczuciem krzywdy. Innego Świata z premedytacją nie czytano,  sądząc, że to autor książki był sprawcą rodzinnych kłopotów.

Między „Versalem” a Silnicą znajduje się kino „Czwartak”. Z balkonu i z okien widać afisze reklamujące nowe filmy. Na bliższym brzegu rzeczki, na wprost kamienicy Estery Kestenberg pobudował się Ignacy Prauss. Na parterze odnajmował pomieszczenia na warsztat stolarsko-tapicerski i salon meblowy rzemieślnik starej daty Wincenty Wojdan, mistrz w swoim zawodzie i pewien anachronizm na ulicy Krokodyli. Przez dużą szybę widać masywne biurka, przepastne pluszowe fotele, delikatne sekretarzyki z szufladkami, solidne komody i duże jesionowe szafy z lustrem pomiędzy skrzydłami drzwi. Od strony Silnicy znajduje się wejście do studia fotograficznego „Rembrandt” (konkurencja z „Foto-Moderne”).  Na piętrze przez kilka lat mieściła się pensja dla dziewcząt Emilii Znojkiewiczowej. Podczas zaborów potajemnie uczono w niej języka polskiego. Z balkonu drugiego mieszkania rodziców, tego od podwórza, widać inne jeszcze szkoły. Od zaplecza, od strony znajdującego się na tyłach budynku boiska sportowego Seminarium Nauczycielskie, szkołę ćwiczeń i gimnazjum im. bł. Kingi, które ukończyła Genia Herling i jej przyjaciółka Alinka Czajkowska. Do „Kingi” chodziła też Lala Bieniecka. Główne wejście znajduje się przy Leśnej, ale z szatni tylnymi drzwiami można wyjść na boisko, a stamtąd na ulicę Planty i nad Silnicę, potem przez drewniany mostek do ogródka za królestwem Fajgli Gringrasowej.

 Ignacy Prauss miał dwóch synów bliźniaków: Stanisława i Ryszarda. Obaj zostali malarzami. Stanisław uchodzi za bardziej zdolnego i wszechstronnego, ale nas interesuje Ryszard.  Malował sceny historyczne i rodzajowe, pejzaże i zabytkową architekturę różnych miast, lecz rzadko przedstawiał ją realistycznie, zazwyczaj były to fantazje architektoniczne. Tym też sposobem usiłował zrekompensować niedostatki urody rodzinnego miasta, dokonując fantastycznych rekonstrukcji zniszczonych obiektów i ozdabiając istniejące budowle stylowymi detalami architektonicznymi, które dodawały patyny i szlachetnego piękna skromnym i nie tak wiekowym zabytkom.  Pod ołówkiem i pędzlem artysty Kielce stawały się miastem na wskroś renesansowym. Nie tylko kielecka katedra z kaplicą Ogrójcową przypominała katedrę na Wawelu z kaplicą Zygmuntowską, ale mieszczańskie kamieniczki przy Rynku otrzymały finezyjne szczyty i attyki, a nijaka stylowo szkoła Gustawa – wygięte w łuk schody z ozdobną balustradą (to akurat kiedyś istniało). Z kolei nokturny Ryszarda, trochę młodopolskie, z granatowym niebem i bladą poświatą księżyca, wydobywały tajemniczą aurę miasta. Jeden z obrazów, niestety zaginiony, przedstawiał widok z ulicy Solnej na pałac biskupów krakowskich według wzoru znanego pejzażu Stanisława Wyspiańskiego noszącego tytuł Widok  na Wawel (na pierwszym planie aleja kasztanów, w tle siedziba królów). Wbrew prawdzie historycznej w baśniowej wizji Ryszarda Kielce przeobrażały się z podrzędnego miasta biskupiego w królewskie, dumne i bogate, a spoza mieszczańskiego dreptania w papuciach i ciułania groszy wysnuwała się cienką nicią legenda rycerska. Gustaw o Praussach nic chyba nie wiedział, mimo że sąsiedzi, że z Morkiem chodzili do tej samej szkoły i że aktywnie uczestniczyli w życiu artystycznym Kielc, a Ryszard uczył rysunków w wielu szkołach, m.in. w gimnazjum żydowskim, do którego przyszły autor esejów o malarzach europejskich przecież dwa lata uczęszczał. Zresztą capriccia Ryszarda w większości powstawały podczas okupacji, jakby w proteście przeciwko barbarzyństwu tych lat, i nie doczekały się specjalnego uznania kielczan.

 Zaklinanie demonów nie na wiele się zdało. W pierwszych dniach  września 1939 r. nad miastem pojawiły się niemieckie samoloty.  Został zbombardowany dworzec kolejowy, na którym utknęły pociągi  przepełnione uciekinierami ze Śląska i z Poznańskiego. Byli zabici i ranni. Ktoś ułożył pod pomnikiem Niepodległości ciała dzieci, nad nimi klęczały rozpaczające matki. Samoloty krążyły po bezchmurnym niebie cały dzień. Jedna z bomb zburzyła budynek szkoły dla ubogich uczniów żydowskich w podwórzu kamienicy Estery Kestenberg. Druga rozłupała na pół klatkę schodową domu Ignacego Praussa. Od tej pory trzeba było używać schodów dla służby jeszcze przez wiele lat po wojnie.

  Na początku kwietnia 1941 r., prawdopodobnie dziesiątego dnia miesiąca, to był Wielki Czwartek u katolików, wyludnił się dom przy ulicy Sienkiewicza 52. Mała Danusia Kumor nie zauważyła przeprowadzki sąsiadów do getta, kwiecień był zimny i nie wypuszczano jej na podwórko. Okna bez kwiatów, firanek i wieczornych świateł dłuższy czas straszyły głuchą pustką wnętrz i niewiadomym losem dawnych mieszkańców pozostałe na miejscu trzy polskie rodziny. Po podwórzu włóczyły się bezpańskie koty. Potem pojawili się nowi lokatorzy. Wtedy wszystko było już wiadome.

 Półtora roku później, pod koniec upalnego sierpnia 1942 r. za ogrodami, ulicą Piotrkowską płynęła ludzka rzeka, wzburzona i jękliwa, w stronę rampy na bocznicy kolejowej przy ulicy Młynarskiej. Żeby nie wystąpiła z brzegów, pilnowali jej żandarmi z psami i żydowscy policjanci. Szło całe getto. Ulice Kozia, Orla, Silniczna, Starozagnańska, Stolarska, Jasna, Starowarszawskie Przedmieście, Okrzei, Nowy Świat, Dąbrowska, Targowa, Piotrkowska, Pocieszka, Bodzentyńska, plac Św. Wojciecha. 21 tysięcy, według innych źródeł 25 tysięcy ludzi. Przeważali tutejsi, ale znajdowali się wśród nich uciekinierzy z okolicznych miasteczek oraz Żydzi z Kraju Warty, Łodzi, Krakowa,  nawet z Wiednia, Pragi, Berlina. Transporty odprawiano co drugi dzień od 20 do 24 sierpnia. Długie składy zaplombowanych wagonów bydlęcych odjeżdżały w kierunku Skarżyska, jak potem się okazało, do Treblinki. Od strony skarpy nad Silnicą przez dwa dni słychać było serie z karabinów maszynowych. W sobotę 22 sierpnia uzbrojeni po zęby Niemcy rozstrzeliwali dzieci z sierocińca przy Silnicznej. W niedzielę pensjonariuszy domu starców i pacjentów szpitala żydowskiego.

Losy tych, którzy nie przeżyli, są trudne do odtworzenia. Jedna z relacji mówi, że artystę fotografika zastrzelili Niemcy w jego własnym zakładzie. Bardziej jednak prawdopodobne, że wywieziono go do Treblinki. Kopel Gringras najpierw uciekł z synami i ich rodzinami na wschód, do Sowietów, ale za namową zięcia Icka Obrzańskiego wrócił, żeby pilnować fotograficznego interesu. Icek uważał, że z Niemcami można się dogadać. Za pomyłkę zapłacił straszliwą cenę. W getcie za kradzież chleba dla rodziny „przywiązano [go] liną do samochodu i ciągnięto po wertepach tak długo, aż z człowieka zostały krwawe strzępy”. Ale wcześniej Kopel zrobił zdjęcie z wesela w getcie. Uwiecznieni na fotografii są radośni i uśmiechnięci, niczego nie przeczuwają. Fajgla Kopel, która nosiła krochmalone białe kołnierzyki i białe fartuszki na wzór szwajcarskich gospodyń i za pomocą szwajcarskich nasion pielęgnowała zamykany na klucz rajski ogród, również trafiła do Treblinki. Z Holocaustu ocalała tylko jedna z córek i piękne „muzyczne” zdjęcie Estery, Beli, Maury i tej czwartej, której imię nie jest znane. W kieleckim getcie znalazła się prawdopodobnie ciotka Bryczkowska, Adasiem zajął się Maurycy. Maks Ellencweig, właściciel dwu kin, i jego syn Emanuel, były uczeń „śniadka”, wówczas już inżynier lotnictwa, zginęli w Treblince. Młodszy syn Maksa tuż przed wojną zmarł na suchoty, mimo że ojciec nie szczędził pieniędzy na szwajcarskie sanatoria, i wtedy była to tragedia. Ellencweig na znak żałoby odwołał kilka seansów. Kino „Palace”, w którym roniła łzy matka Gustawa, przejęli Niemcy i nazwali je „Hamburg”. Doktor Jerzy Fleszler brał udział w kampanii wrześniowej i został przez NKWD zamordowany w Katyniu jako oficer wojska polskiego. Zmarła i zginęła w getcie kieleckim oraz w Auschwitz niemal cała rodzina milionerów Zagajskich, którzy wyglądali jak drobna szlachta sandomierska, taka o banalnej urodzie, z przymrużeniem oka opisywana przez Gombrowicza. „I tego wyglądu, ani tych ogromnych pieniędzy nie wykorzystali” – skomentowała ze zdziwieniem niezaradność tych, którzy potrafili dorobić się tak ogromnego  majątku, Jadwiga Maurer. Ale Zagajscy byli zaślepieni. W pierwszych dniach  września, po zbombardowaniu Kielc, w domu Zagajskich wywiązała się dyskusja na temat dalszych losów wojny. Pan Wilner, zięć nieżyjącego już Zagajskiego seniora, dowodził, że Polacy niebawem odeprą Niemców. Baruch Graubard, ojciec Jadwigi, był odmiennego zdania, uważał, że Niemcy zajmą całą Polskę i trzeba uciekać na wschód (o ciosie w plecy ze strony wschodniego sąsiada nikt nie pomyślał). Pan Wilner poczuł się dotknięty do żywego i powiedział: „Wypraszam to sobie, panie profesorze!” Ten Wilner był wielkim patriotą polskim. Jadwigę Maurer uratowały aryjskie papiery, pomoc „Żegoty” i zakonnice franciszkanki na Słowacji.

Wielu nauczycieli, kolegów i znajomych Gustawa zginęło w Katyniu, w świętokrzyskich lasach, w miejskim lesie na Stadionie, w egzekucjach ulicznych, w obozach koncentracyjnych. Między innymi budzący postrach uczniów dyrektor Kuc, w tamtych sielskich latach ofiara sztubackich żartów kolegów Gustawa. Także nauczyciel  łaciny profesor Tadeusz Marczewski, na którego lekcjach Gutek rozpaczliwie wertował bryk od Icka Chitlera,. szukając  tłumaczenia mowy Cycerona. Po wojnie nazwiska zamordowanych nauczycieli szkół kieleckich znalazły się na tablicy wmurowanej w fasadę gmachu gimnazjum im. Żeromskiego.

    Jeszcze raz splotły się interesy i ludzkie losy między ulicą Kolejową i Suchedniowem. Krótko przed zamordowaniem Kopla Gringrasa Niemcy odebrali mu zakład fotograficzny i ustanowili zarząd komisaryczny. Funkcji treuhändera z polecenia władz podziemnej Polski podjął się nauczyciel i fotografik z Suchedniowa Franciszek Gładysz, konspiracyjny pseudonim „Florek”. W podwórzu Gutkowej kamienicy wykonywał fotografie wklejane w fałszywe kenkarty i kopiował filmy powierzane mu do wywołania przez Niemców, poza tym sam robił zdjęcia różnych obiektów i zdarzeń podczas podróży służbowych, legitymując się dokumentami wystawionymi przez niemieckie urzędy. Cały ten materiał przekazywał później wysłannikowi kedywu. Dawne atelier „Moderne” stało się punktem kontaktowym akowców. Po wojnie Gładysz spisał i udokumentował zdjęciami kronikę rodzinnego Suchedniowa. Utrwalił też popadający w ruinę dom i młyn Herlingów oraz zarastający staw berezowski.

 Dawny świat Gustawa, który on sam wcześniej porzucił, przestał istnieć. Spośród żywych znikła jedna trzecia mieszkańców miasta. Gdyby tu był, chodziłby, jak bohaterowie jednego z jego opowiadań, po gruzach. Nie dosłownie, ale przecież nie o to chodzi. Choć nie było go w Kielcach i w Polsce, niemal natychmiast po zakończeniu wojny dowiedział się o zagładzie świata dzieciństwa w najdrobniejszych szczegółach. Po okupacyjnych, powstańczych, obozowych, więziennych, łagrowych i wojennych przejściach rodzeństwo w końcu się odnalazło. Żyli, ale Lusia straciła męża. Spotkał się z nią w 1946 r. w Paryżu i może od niej usłyszał o śmierci ojca, potem widywali się w Londynie, gdzie do 1949 r. pracowała jako maszynistka w Ambasadzie PRL. Opowiadała mu o Suchedniowie podczas okupacji i o walkach w powstańczej Warszawie, w których z Maurycym brała udział. Przeżyło też kilku mieszkańców kamienicy przy Kolejowej 49. Między innymi Szymon Fleszler i synowie Gringrasa z rodzinami. Podobno z jednym z braci Gringrasów korespondował. Wymieniał listy także z Władysławem Baszą, kielczaninem, „śniadecczykiem” i współwięźniem z Jercewa. Basza podobnie jak on do kraju nie wrócił, lecz otrzymywał wiadomości od rodziny w Kielcach. W Londynie wypił morze wódki (po wojnie pito na umór, odreagowując stres wojenny i zagłuszając stres pojałtański) z Henrykiem Pawelcem, krajanem ze Wzdołu, to zaledwie parę kilometrów od Berezowa, który w 1946 r. przedostał się z Polski na Zachód. Podczas okupacji Pawelec, ps. „Andrzej”, stał na czele zwiadu konnego w partyzanckim oddziale AK „Wybranieccy” dowodzonym przez  szkolnego kolegę Gustawa Mariana Sołtysiaka, ps. „Barabasz”, brał udział w akcji „Burza”, a w 1945 r. dowodził oddziałami zgrupowań „NIE” i „WiN”. Przez historię rzucony w centrum ważnych wydarzeń, przez naturę obdarzony bystrym umysłem, musiał być dla Gustawa nieocenioną żywą kroniką ich wspólnej małej ojczyzny. Dzięki tym wszystkim kontaktom, a były na pewno jeszcze inne, Herling wiedział dostatecznie dużo o tym, co działo się w jego stronach domowych, kiedy go tam nie było. Okupacyjne losy bliższej i dalszej rodziny, przyjaciół oraz znajomych musiały go prześladować w latach powojennych podobnie jak jego własne wspomnienia więzienne i łagrowe. Domagały się wyrazu. O łagrach potrafił napisać, o śmierci mieszkańców kamienic przy ulicy Kolejowej czy „innego świata” za uliczką Przejazd – nie. Może dlatego, że nie był naocznym świadkiem. A może miał poczucie winy, że świata tego w młodości się wyparł. Wreszcie,  może jest inny jeszcze powód.

Badaczy twórczości Gustawa Herlinga-Grudzińskiego nieraz zastanawiał fakt, że literackie wspomnienia autora Dziennika pisanego nocą są pozbawione sensualnych opisów świata dzieciństwa i anegdotycznych opowieści o ludziach i wydarzeniach z przeszłości. Pisarze emigracyjni, poczynając od romantycznych pielgrzymów, przyzwyczaili czytelników do tego, że oddalenie od ojczyzny owocowało w ich twórczości lirycznymi i bogatymi w szczegóły opisami krainy dzieciństwa. Wyjątkowej na tym tle ascezy prozy Herlinga nie da się wyjaśnić niewrażliwością pisarza na zmysłową urodę świata i pokrętne koleje ludzkich losów czy niedostatkami warsztatu artystycznego, bo przeczą temu zapisy diariuszowe, opowiadania włoskie i eseje poświęcone ulubionym prowincjom Italii oraz malarzom. Problem ten próbował rozwiązać Włodzimierz Bolecki. Jego zdaniem, Herlingowe wspomnienia domu kieleckiego i suchedniowskiego należą do obszerniejszego tematu twórczości pisarza – „tematu milczenia, tematu niewyrażalności, tematu obszaru wyłączonego spod panowania słów, choć równocześnie intensywnie istniejącego w świadomości autora”. Czyli takiej kategorii doświadczeń, które poraziły zdolność mówienia o nich z powodu zbyt dojmującego cierpienia, doznania uczucia grozy w obliczu rzeczy ostatecznych, czy niemożności przeniknięcia sensu okrutnego losu, na który nie ma zgody, lecz uciec przed nim przecież nie można. Bolecki podkreśla, że szczątkowy czy lapidarny sposób opowiadania o tych doświadczeniach wcale nie oznacza, że są nieważne, przeciwnie – „pamięć w prozie Herlinga nie jest kontemplacją czasu minionego czy utraconego, lecz rodzajem gorączki, a podróż w głąb osobistej przeszłości – rodzajem emocjonalnej choroby”. Niemotę, niedowład języka u swoich bohaterów Herling często nazywa metaforycznie „okamienieniem”. „Okamienienie” może dotknąć także samego autora. I tak jest w odniesieniu do świata żydowskiego dzieciństwa. Ale tylko w aspekcie osobistym. Bo śmierć kilku milionów narodu, z którego wyszedł, nie dawała mu spokoju i wręcz obsesyjnie krążył po obrzeżach „obszaru wyłączonego”. Pisał recenzje książek mówiących o zagładzie Żydów polskich, o dniu codziennym w getcie, o bierności skazanych na śmierć i o zachowaniu elit żydowskich itp., ze szczególną uwagą pochylał się nad opowiadaniami Adolfa Rudnickiego, nad książką Hannah Arendt Eichmann in Jerusalem (jeszcze zanim została przełożona na język polski) czy Johna Hersey’a The Wall. Nikt, kto sam nie zetknął się ze światem żydowskim, z jego kulturą, religią, mentalnością i obyczajowością, nie potrafiłby tak wnikliwie i szczerze nawiązać do przedstawionych przez autorów tych książek problemów i sytuacji, a i tak brat mu zarzucał, że patrzy na Zagładę oczyma kogoś z zewnątrz. W swojej prozie nie podejmował tematów z czasu ostatniej wojny, ale napisał wiele opowiadań mówiących o prześladowaniu Żydów w Europie w minionych wiekach. Historyczne motywy pojawiają się także w esejach o włoskich miastach, dziełach sztuki i malarzach oraz w diariuszu, tu już wspólnie ze współczesnymi, które jednak nie mają charakteru osobistych zwierzeń. Sama częstotliwość występowania tych tematów  wskazuje na ogromne ich znaczenie dla autora, nie tylko intelektualne, ale przede wszystkim emocjonalne. Mimo tego pozostawał oniemiały w obliczu zagłady świata dzieciństwa i młodości.

 Był jeszcze jeden powód porażenia mowy, chyba najważniejszy. To pogrom, do którego doszło w Kielcach 4 lipca 1946 r. Jego ofiarami stali się Żydzi powracający ze wschodu, z kryjówek, z lasu, z obozów koncentracyjnych i z łagrów. Krwawe wydarzenia rozgrywały się na ulicy Planty, gdzie w domu pod numerem 7 zatrzymali się repatrianci. Wśród mieszkańców kamienicy niewielu było kielczan, większość stanowili obcy nie planujący osiedlenia się na stałe w mieście. Z dostępnych dokumentów wyłania się niejednoznaczny obraz samych wypadków i ich przyczyn. Podczas okupacji i po wojnie Kielce były matecznikiem AK-owców (sukces międzywojennych szkół). Wojewoda Wiślicz-Iwańczyk ubolewał, że w ciągu  pięciu wojennych lat nie udało się założyć w mieście ani jednej komórki partii. Nie zgłosił się też ani jeden partyzant do AL. Dlatego wszystkie organa ludowej władzy na szczeblu kierowniczym musiały być importowane. Panowała powszechna opinia, że większość wyższych stanowisk w aparacie bezpieczeństwa i partii jest obsadzona przez komunistów pochodzenia żydowskiego, a komunistów, naturalnie, tu nie kochano. Innych Żydów nie kochano dlatego, że powracając, upominali się o swoje domy, mieszkania, warsztaty, sklepy, place, które już podczas okupacji przeszły w ręce nowych właścicieli, niepiśmiennego najczęściej drobnomieszczaństwa i wiejskiej biedoty. Z bezrolnych i małorolnych chłopów rekrutowało się też wielu żołnierzy, członków partii, milicjantów i funkcjonariuszy UB. Drogę ich awansu ujmowała maksyma: „Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”. Gwarancją wierności neofitów miały być mieszkania z przydziału w lepszych kamienicach plutokracji żydowskiej przy ulicach Focha, Żytniej, Wspólnej, Równej, Złotej. Wreszcie lokatorów domu przy ulicy Planty 7 ich sąsiedzi nie kochali dlatego, że ostentacyjnie obnosili się ze swoimi drogimi ubraniami, złotymi obrączkami i dewizkami, czekoladami itp. – tym wszystkim, co przysyłały im różne organizacje, pewnie Żydów amerykańskich, którzy w ten sposób zagłuszali wyrzuty sumienia z powodu bierności w czasie Holocaustu. Ocalali z gett, z komór gazowych, z obozów przymusowej pracy, skrytek i zesłań, zapiekli w rozpamiętywaniu swojego i bliskich tragicznego losu, przekonani o wyjątkowości swojego doświadczenia, nie chcieli widzieć obok siebie cudzej nędzy, takiej z dziada pradziada i wojennej.

Wszystkie te punkty zapalne stały się nowym zapłonem starego antysemityzmu ludowego. Pretekstu do rozruchów dostarczyła pogłoska z mroków średniowiecza o porwaniu polskiego dziecka „na macę”. Urodziła się z głupoty czy w szatańskim umyśle? Tak czy inaczej, porwała tłum. Wśród  napastników znajdowali się wojskowi, funkcjonariusze UB, milicjanci i cywile. Ilu ich było? Kim byli naprawdę? Działali spontanicznie, czy ktoś pociągał za sznurki? Do dziś tożsamość uczestników zajść, przebieg rozruchów, ich skala oraz  bezpośredni i zakulisowi sprawcy pogromu budzą spory wśród historyków i żyjących świadków. Mówi się o prowokacji UB i NKWD. Jedno jest pewne: na ulicy Planty od kul, kamieni i kijów zginęło 37 Żydów i 3 Polaków, 35 osób zostało rannych.  Rozruchy przeniosły się w inne części miasta. W kondukcie na kirkut niesiono już 42 trumny.

Mieszkańcy kamienicy przy Sienkiewicza 52 musieli być niemymi świadkami wydarzeń, które od rana do popołudnia rozgrywały się na drugim brzegu rzeczki płynącej za komórkami na węgiel. Okna lokali od podwórza wychodziły wprost na Planty w odległości stu metrów od domu zajmowanego przez kolonię żydowską. Teraz widok ten zasłania nowa zabudowa wzdłuż nabrzeża. Świadkiem byłby też Gustaw Herling-Grudziński, gdyby znalazł się w domu, w którym spędził dzieciństwo. Kłębiący się tłum na pewno był dobrze widoczny z balkonu drugiego mieszkania państwa Herlingów, musiały tu też dobiegać krzyki napastników i ofiar. Może dało się rozróżnić pojedyncze sceny, jak wyrzucanie ludzi przez okna na piętrze. Podczas pierwszej wizyty w Kielcach w 1991 r. o ten właśnie szczegół dopytywał się Herling przyjaciela z lat szkolnych, adwokata Franciszka Zygułę. Jak uważa, czy z okien jego, Gustawa, dawnego mieszkania widać ulicę Planty. Zwłaszcza z narożnego saloniku z balkonem. Zyguła potwierdził,  ale nie zrozumiał intencji pytającego. Myślał, że chodzi o jakieś wspomnienia związane z placem ćwiczeń przy Seminarium Nauczycielskim i gimnazjum bł. Kingi lub z przejrzystą wodą w Silnicy…  Albo nie chciał zrozumieć.

Wątpliwości, w jakim celu naprawdę zostało zadane pytanie, rozprasza sprawozdanie Herlinga-Grudzińskiego z pobytu w rodzinnym mieście w Dzienniku pisanym nocą, kończące się wzmianką o odwiedzinach domu, w którym się urodził i dorastał. Zaraz potem pojawia się jeremiada w stylu Żeromskiego – jako „rozdrapywanie ran”: opłakiwanie ofiar i potępienie pogromu, jego tajnych inspiratorów i tej grupki kielczan, która dała się uwieść hasłom antysemickim. Słowa te padają w wyraziście zarysowanej sytuacji: oto autor stoi na mostku na Silnicy, obok swego dawnego domu, i choć minęły dziesiątki lat od tamtej tragedii, wyraźnie widzi znany mu z różnych dokumentów przebieg wydarzeń, które nadal dzieją się tu i teraz. W jego wyobraźni i sercu fakty przeistaczają się w wizję artystyczną: w płytkiej wodzie rzeczki stoi młody Żyd, którego kamienuje tłum, powtarzają się kolejne stacje Golgoty w odwecie za śmierć Nazarejczyka sprzed prawie dwu tysięcy lat. Tak to przedstawił. Wizję zamykają słowa: „Nawet najszczersze pokutnicze łkania, nawet krzyk krwawiącego serca nie zmyją z ciebie całkowicie, Łżawcu-Klerykowie, tej plamy”. (Dziennik pisany nocą, Podróż do Polski, 8-31 maja 1991). Nie wykluczone, że były inne jeszcze przyczyny niechęci do Kielc, ale pogrom 1946 r. musiał być przeżyciem decydującym, które przewartościowało stosunek Herlinga do miasta rodzinnego na wiele lat.[i]

Nie tylko on tak zareagował. Większość ocalałych żydowskich mieszkańców Kielc po pogromie opuściła miasto. Między innymi synowie Kopla Gringrasa, którzy z rodzinami powrócili do Kielc z łagru na Syberii i z zesłania w Uzbekistanie. W Samarkandzie syn Maurycego, Henryk, przeżył niezwykłą przygodę, która mogła odmienić jego życie. Dzięki szkolnej bibliotekarce dostały się  w jego ręce „cuda – polskie książki. Białe kruki, XVIII-XIX wiek. Zarekwirowane polskim zesłańcom […]. W tym samarkandzkim składzie wykrystalizowała się moja polskość i moja polszczyzna” – napisał we wspomnieniach. Po opuszczeniu Kielc Gringrasowie zamieszkali we Wrocławiu, w 1950 r. nękani przez UB jako wroga prywatna inicjatywa wyjechali do Izraela. Nikt z nich nie znał ani jidysz, ani hebrajskiego. Na ziemi przodków wielbiciel staropolszczyzny odwrócił się od przeszłości i został  doktorem fizyki atomowej.

Dla Herlinga-Grudzińskiego pamięć o pogromie była jak srebrna szkatułka z opowiadania pod tym tytułem (Srebrna szkatułka, 1991), która ukrytym w niej złem zarażała wszystko, z czym miała kontakt. Podobnie nie dająca się usunąć ze świadomości pamięć o zbrodni nad Silnicą zatruła jadem szaleństwa i nienawiści wspomnienia lat chłopięcych spędzonych z matką w dostatnim domu na drugim brzegu wątłej rzeczki. Bo w tym rozumowaniu można posunąć się dalej: wydarzenia z 1946 r. musiały uświadomić Herlingowi-Grudzińskiemu, że wrogość tłumu, kim by nie były ofiary i sprawcy i jakie by nie były okoliczności mordu, kierowała się także w jego stronę. Dziecinne poczucie swojskości i bezpieczeństwa w tej okolicy okazało się iluzją.

Równocześnie okazało się, że obszary milczenia można odczarować. Lamentacją nad zbrodnią sprzed półwiecza przełamał Herling-Grudziński po raz pierwszy tabu mówienia o swoich najtajniejszych osobistych sprawach. Kolejne zbliżenia do bolesnej przeszłości następowały powoli, choć nigdy nie otworzył się w pełni, może zabrakło na to czasu. Ale i bez tego droga aluzji, cząstkowych odsłon i przejrzystej fikcji literackiej (Biała noc miłości) była skutecznym lekarstwem na leczenie zaskorupiałych ran. Jak wyrzucenie srebrnej szkatułki przez bohatera opowiadania. Po odprawieniu egzorcyzmów nad Silnicą i w Dzienniku złe emocje opadły na tyle, że podczas drugiej wizyty w rodzinnym mieście w 1997 r. stary pisarz ze wzruszeniem i z satysfakcją chodził śladami swojego dzieciństwa i młodości. „Jak archeolog, który prowadzi wykopaliska na historycznym terenie, gdzie widnieją jeszcze ślady niegdysiejszej kultury, którą już przysypał pył czasu”.



 [i]  Należy to widzieć we właściwych proporcjach. Oskarżano Herlinga, że był zapiekły w swoich uprzedzeniach i często niesprawiedliwy. Jednak w opinii o polskim antysemityzmie nigdy nie przekroczył granicy rozsądku i rzeczywistości. Potwierdza to następujący przykład. Wymuszoną przez  J. Szczęsną i A.. Bikont rozmowę o jego żydowskich korzeniach skomentował następująco: „Pytanie, dlaczego, zważywszy na moje pochodzenie, w moich utworach nie poruszam tematyki żydowskiej, jest niewłaściwe, a nawet trochę nietaktowne. Ale chcę wyznać, że przez kilka lat krążyłem wokół tematu żydowskiego. Chodziło mi o zajęcie się bezczelną i bezwstydną większością Żydów amerykańskich, którzy Holocaust uważają niemal za dzieło Polaków”.  (Tak, taki jestem. Z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim rozmawiają Anna Bikont i Joanna Szczęsna, „Gazeta Wyborcza”, 29 kwietnia – 1 maja 2000, s. 13).

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko