Jerzy Sosnowski – Ojciec odchodzi

0
246

Jerzy Sosnowski

 

Ojciec odchodzi

 

matecznik                Depuis longtemps mon coeur etait `a la retraite… – tak zaczynała się “Isabelle” Charlesa Aznavoura. Ktoś jeszcze pamięta tę piosenkę? Od dawna moje serce było na emeryturze… i sądziłem, że nie będzie mi więcej potrzebne (taki mniej więcej był sens tego początku).

                Jako czytelnik tomów wierszy miałem to samo. Ostatni raz poczułem te specjalne emocje (wzmianka o motylach w brzuchu nie przejdzie mi przez gardło, ta entomologiczna metafora zawsze wydawała mi się trochę wstrętna), kiedy natknąłem się na debiut Tomasza Różyckiego “Vaterland”, prawie dwadzieścia lat temu, a może niedługo później, gdy Czesław Miłosz opublikował “Traktat teologiczny”, w którym ośmieliłem się dostrzec moje własne niepokoje. Potem ostygłem i z melancholią uznałem, że tak musi być. Z wiekiem mamy coraz rozleglejsze pole porównań, człowiek wydatkuje energię skąpo, więc i zakochuje się z namysłem (tzn. po namyśle nie zakochuje się w ogóle). Nie to, żeby przez ten czas nie podobały mi się żadne nowe wiersze – niektóre bardzo, np. “Psalm do świętej Sabiny” Radka Wiśniewskiego albo “Co przed nami” Erwina Kruka. Ale mówię teraz o czym innym, o doznaniu, które należałoby nazwać coup de foudre – uderzenie pioruna – którym to określeniem Francuzi oznaczają zresztą “miłość od pierwszego wejrzenia”. Bierzesz niedawno wydaną książkę i ta nagle całowicie cię pochłania. Ktoś – bywa, że nieznany dotąd autor – stworzył kompletny świat, którego znajomość sprawia, że stajesz się inny, niż dotąd. Że owego autora będziesz odtąd śledził jak obsesjonat-wyznawca. Coś, co przeczuwałeś, zostało nazwane. Coś, czego nie przeczuwałeś, zostało pokazane. A może powołane do istnienia?

 

                Więc sądziłem, że po ośmiu takich spotkaniach, jakby ośmiu miłościach (“Dom spokojnej młodości” Ewy Lipskiej, tom, od którego zaczęła się moja edukacja liryczna, a potem: “Ogień” Jana Polkowskiego, “Widokówka z tego świata” Stanisława Barańczaka, “Niepodlegli nicości” Ryszarda Krynickiego, “Zimne kraje” Marcina Świetlickiego, “Arytmia” Jacka Podsiadły, “Druga przestrzeń” Miłosza i “Vaterland” Różyckiego), nie mam prawa oczekiwać dziewiątej. Tymczasem – jest.

                Tom ukazał się w ubiegłym roku i gdyby nie Poznańska Nagroda Literacka, pewnie bym go przeoczył (ach, ta dzisiejsza dystrybucja książek poetyckich!). Nosi tytuł “Matecznik”, a napisała go trzydziestodwuletnia Małgorzata Lebda. Dostałem go początkowo w pdf-ie, żebym wiedział, o czym mam w Poznaniu rozmawiać z autorką, nominowaną do Stypendium im. Stanisława Barańczaka (a ostatecznie laureatką tej nagrody). I od pierwszego wiersza przykleiłem się do ekranu komputera.  

Musisz nauczyć się pracować we krwi…

                “Matecznik” Lebdy to poezja przyjazna dla czytelnika. Niezaszyfrowana, uwodząco oszczędna. Prawie pozbawiona metafor, zupełnie pozbawiona rozbudowanych porównań. W pierwszej chwili ma się wrażenie, że czyta się realistyczną prozę, zapisaną z podziałem na wersy. Od dawna zerwane z uwięzi słowa wracają w ten sposób do swego domostwa, w którym podejmują porzucone niegdyś obowiązki: sumienne nazywanie rzeczy. “Wilgoć drąży modrzewiowe belki werandy”. “W dole wsi biją dzwony kościoła”. “Zwierzęta są niespokojne pszczoły obsiadają parapety”. Asceza, czyli ćwiczenie ludzkiej mowy: jeśli odrzuci się zbędne ozdobniki, pozostanie to, co konieczne, to, co jest naprawdę do powiedzenia.

                Przypomina mi się lekcja Różewicza (z wiersza “W środku życia”):

                “to jest stół mówiłem

                to jest stół

                na stole leży chleb nóż

                nóż służy do krajania chleba

                chlebem karmią się ludzie”

                Tamten głos poetycki odzywał się po doświadczeniu wojny. Był tym doświadczeniem zdławiony. Uczył się mówić od nowa, ostrożnie. W okolicznościach historycznych, których nie sposób sobie życzyć, Różewicz odnalazł ścieżkę, na której słowa odzyskały powagę, znaczenie. Zabliźniły się jak żywe organizmy, jak pokiereszowane ostrzałem drzewa. Dzięki temu znów pozwalają nazywać. Okazuje się, że równocześnie – co niekoniecznie było akurat celem autora “Czerwonej rękawiczki” – ożywa również symboliczny wymiar słów i rzeczy. Nie przez forsowne eksplorowanie snów, przewidzeń, uroczych majaczeń, jak chcieli poeci z przełomu wieków, ale dzięki uważnemu przyglądaniu się światu. Gdy w nim mieszkamy, gdy jesteśmy jego częścią, zjawiska zaczynają odsyłać do siebie nawzajem. Skoro ich nie zdradzamy z własną imaginacją, udaje się usłyszeć ich naturalną mowę, zapoznaną składnię rzeczywistości. Sens.  

                U Lebdy odbywa się to na wsi. Dlatego wspomniawszy Różewicza, a także Miłosza domagającego się, by pierwsze było pierwsze (“A tym jest pojęcie prawdy”), trzeba przywołać trzeciego mistrza, który patronuje “Matecznikowi”, a mianowicie Tadeusza Nowaka. Wieś u Małgorzaty Lebdy jest, tak jak u niego, uporządkowana magicznym porządkiem, wyższym niż ludzki, ale dalekim od sielskich wyobrażeń mieszczuchów. Życie pozostaje walką o byt. Można się wobec tego faktu buntować (jak buntował się Miłosz, widzący w tym program szatana, Księcia Tego Świata), albo przyjąć do wiadomości reguły istnienia, które nie myśmy  wyznaczyli. Tak: okrucieństwo istnieje. Ale nie ma w nim chaosu, a zatem i niesprawiedliwości. Cierpienie i śmierć są składnikami rzeczywistości, tak jak piękno i zachwyt. Kim jesteśmy, żeby przyjmując jeden dar, wzdragać się przed innym?

                “chłopcy spod lasu przynoszą sól w plastikowych pudełkach

                przyglądamy się jak pośród grządek wyszukują (węszą jak psy)

                ciemne i lepkie ciała ślimaków (są ciężkie i tłuste)

                (…)

                sól rozpuszcza ciała zwierząt za zarobione tak u naszego ojca

                pieniądze chłopcy kupują w sklepie galaretowaty salceson”

                Okropne, ale ślimaki są plagą, i jeśli się ich nie zniszczy, zniszczone zostaną rośliny, potrzebne ludziom. Żadnych sentymentów, choć też żadnego upojenia walką, przemocą (co prawda chłopcy mają ciała wyspecjalizowane “w zadawaniu głębokich ran w traceniu krwi” – traceniu, więc jakby na próżno). Tymczasem, teraz i tutaj, jest praca do wykonania. Są warunki do spełnienia, bez których nie da się żyć. Nie dyskutuje się z rzeczywistością. Ojciec, przewodnik po tym świecie, mówi do córki: “musisz nauczyć się pracować we krwi”. Musisz: wyjmując mu drzazgę, tamując krwotok siostry, idąc do ubojni, konstatując, że pod ostrza kosiarki dostała się sarna. Ale oczywiście chodzi także o słowa. To przede wszystkim one nie powinny być – bezkrwiste.

Lekcja utraty

                Książka nie wydaje się zrobiona, przemyślnie skonstruowana. Opowieść Małgorzaty Lebdy wylewa się, udziela. Zagarnia i pochłania. Jest jak wyciekająca ze zranionego pnia struga żywicy, płynąca niespiesznie, ale niepohamowanie. Ten uporządkowany, piękny i okrutny świat, o którym nam mówi, stanowi zaledwie wspomnienie, gorączkowo notowane. Matecznik, z którego bohaterka została wygnana.

                Literatura – nie galanteria literacka, skądinąd potrzebna i nieraz rzetelnie sporządzona, ale literatura – bierze się z nieobecności. Z utraty. Ludzie szczęśliwi nie piszą, w każdym razie nie piszą wierszy, a już na pewno nie piszą dobrych wierszy. To jedna z przykrych reguł, wobec których dorzeczną naszą reakcją może być jedynie skromne: Aha. Pewnie, że wolelibyśmy mieć wszystko naraz: powodzenie, wewnętrzny spokój, radosne poranki, wszystko, co kochamy i wszystkich, których kochamy, na wyciągnięcie ręki – i jeszcze do tego napisaną przez siebie książkę, z której możemy być dumni. Tylko że – tak nie ma. Życie jest sztuką wyboru; w tym zresztą przypadku wybór nie należy do nas. A czasem odebrane zostaje nam i jedno, i drugie.

                “Matecznik” to w gruncie rzeczy jeden wielki tren, choć jego żałobny charakter odsłania się niespiesznie. Wcześniej opowiada się w nim o wielkich wtajemniczeniach, w które wprowadzał ojciec. Był przewodnikiem, a gdyby inne słowa, które przychodzą mi do głowy, nie wywodziły się z tak zupełnie odmiennych rejestrów, powiedziałbym, że był magiem i demiurgiem. Hodował pszczoły. Tak właśnie rzeczy nabierają symbolicznych znaczeń bez nacisku ze strony autora, samoistnie, o czym pisałem wcześniej. Bo przecież hodowla pszczół, to wedle legendy (spisanej, o ile wiem, przez Marcina Bielskiego) zajęcie założyciela państwa, Piasta; a same pszczoły to emblematyczne zwierzęta śmierci, zmartwychwstania i nieśmiertelności, towarzyszki proroków i kapłanów, przez katolików wspominane w Wielką Sobotę (gdy w Exsultet śpiewa się o woskowej kolumnie, którą sporządziła pracowita pszczoła). A zarazem w wierszach Lebdy nie ma tych erudycyjnych przywołań, one mogą pojawić się tylko na skraju widzenia czytelnika, gdy ojciec z “Matecznika” jest pszczelarzem po prostu. Choć i nie całkiem po prostu, skoro zwraca się do córki (w wierszu “Maj: warroza”):

                “ukrywałem przed tobą

                chorobę pszczół

 

                nie mogłem inaczej

 

                to przecież na ich przykładzie

                miałem cię uczyć życia

                nie śmierci”

I decyduje, której z córek przekaże wszystko, co wie:

                “pomyślałem że tej z was która jako pierwsza

                zapyta o sprawy lasu pokażę wszystko

                dokładnie do samej krwi”

                Aż odszedł. Czy świat, w którym było miejsce na cierpienie i śmierć zwierząt i ludzi, i roślin, ten pojemny świat absolutnego porządku – rozpadnie się od tej szczególnej śmierci? Czy może nie jest to katastrofa, tylko ostatnia ojcowska lekcja, po której trzeba wyruszyć w drogę?

Ojcowie i córki

                Więc ten poemat – bo nie jest to zbiór wierszy, ale konsekwentna całość, w której poszczególne utwory prowadzą nas nieomylnie od pierwszej do ostatniej strony – stanowi tren dla ojca (tytuł “Matecznik” nie do ludzkiej matki odsyła, a tylko pośrednio do mickiewiczowskiego niedźwiedzia; mateczniki to specjalne, większe od innych komórki plastra, w których rosną przyszłe matki roju!). Poemat ów pozostaje równocześnie przejmującą pieśnią o urodzie przyrody, urodzie nieskłamanej, to znaczy również: okrutnej. A także – czułym pożegnaniem, takim pożegnaniem, które spowalnia, a może wręcz zawiesza moment rozstania. 

                “ukrywałem swoją słabość

                nie poprzez nią miałem być zapamiętany”

– mówi ojciec w wierszu “Ostatnie dni zimy: czucie”.

                Ojcowie i córki. Wszyscy żyjemy – w każdym razie wszyscy w obrębie cywilizacji miejskiej – mniej lub bardziej w cieniu Zygmunta Freuda. To on pokazał nam, że codzienność skrywa tajemnice, że pod pozorami zwykłości un petit bourgeois toczy życie, lub jest wleczony przez życie: mroczne, niewypowiedziane, nieświadome. Freud z pozostałymi mistrzami podejrzeń nauczył nas nieufności, uczynił z nas detektywów, ścigających imaginacyjne (co niekoniecznie znaczy: nieprawdziwe) zbrodnie. Główną ich sceną okazała się rodzina, ta forteca mieszczan przeciwko konkurentom, w której człowiek zdejmuje zbroję i przez to staje bezbronny wobec domowników. Więc przyglądamy się podejrzliwie toksycznym matkom, autorytarnym ojcom, odtwarzamy krzywdy, zadane dzieciom bezwiednie i bezlitośnie. Niekiedy, przyznajmy, mamy rację.

                Ale w rezultacie literaturę zapełniły skażone relacje, domowi tyrani, mierzące się z wypartymi traumami duże dzieci, szukające po latach ukojenia lub odwetu, nadopiekuńcze matki, oschli ojcowie. Jeśli ktoś opowiada o szczęśliwym dzieciństwie, widocznie mitologizuje przeszłość – uważamy –  wewnętrzny cenzor wykonał swoją niegodziwą pracę, a arkadia sprzed dekad jest na pewno kłamstwem. Jeszcze raz: nie chodzi mi o to, że tak nigdy się nie dzieje. Ale kiedy Małgorzata Lebda rozwija opowieść o wdzięczności wobec ojca, doświadczenie, które na równi z tamtymi też się czasem ludziom przydarza, robi wrażenie osobliwego przekroczenia. W rzeczywistości wzbierającej mrocznymi tajemnicami rozlega się prywatna Dobra Nowina.

                Dlaczego jej wierzę? Chyba właśnie dlatego, że nie brakuje w niej tego, co straszne, a dla wspomnianego bourgeois – gorszące. A to bracia zostawili na dachu kombajnu jakieś gazety z fotografiami nagich kobiet, a to trzeba zaprowadzić jałówkę do buhaja – to jak z zabijaniem, seksualność jest elementem świata i nie ma co z nią robić szczególnych ceregieli, z finałem w postaci kanapki u psychoanalityka. Z przeszłości docierają ślady jakichś dramatycznych wydarzeń, ale one są także składnikiem tego świata, któremu mówi się tutaj: TAK – mam na myśli przede wszystkim wstrząsający wiersz-scenę, gdy siostry odnajdują w starych papierach akt zgonu jakiejś dziewczyny, być może jeszcze jednej córki, a może pierwszej żony ojca, i ojciec, któremu pokazują dokument, oczekując wyjaśnień, odpowiada jedynie:

                “(…) to już zapomniane przemodlone

                choć niesprawiedliwe (…) nie mówić matce słyszymy”

                Wierzę w tę szlachetną relację między córką a ojcem także dlatego, że on sam jest herosem na ziemską miarę: pali klubowe, czasem pije wódkę, a trosce o dzieci towarzyszy coś, co każe mu wyznać nagle:

                “poza tym byłem ojcem surowym

                i niesprawiedliwym powiecie”

                A wreszcie wierzę poetce, bo – i to może formuła najbardziej ogólna, w której tamte spostrzeżenia dokładnie się mieszczą – ów matecznik, piękny i okrutny, jest światem podszytym nicością, kruchym i ostatecznie ambiwalentnym. W lesie szaleje wścieklizna, coś zagryzło owce, pszczoły żądlą, a potem padają. To nie raj z obrazków, jakie można zobaczyć w uroczych skądinąd publikacjach zielonoświątkowców. Podczas burz od pioruna zapaliła się niejedna stodoła, spłonął niejeden dom. Ale że nie nasz, więc widocznie ogień “był (…) po naszej stronie”. Ojciec dlatego jest opoką, że poza nim nic nie jest na pewno.

Jakiego słowa nie ma

                A mimo to i on znalazł się w szpitalu. I odszedł. Nagle, bez pożegnania. W “Mateczniku”, kiedy się go czyta powtórnie, można wszakże odkryć zapowiedzi, czym to się skończy.

                Już w pierwszym wierszu “nocą halny położył w ogrodzie stare grusze”. Dalej na polu ojciec po raz pierwszy “opowie nam o śmierci nałoży jej maskę lasu”. Potem “umarł stary przyjaciel ojca”. Kruszy się figura Matki Boskiej. Kiedy coś zagryzło owce, a psy, po sprawdzeniu łap, zostają uwolnione z podejrzeń, ojciec “w domu poleruje wiatrówkę możliwe że znowu przyszło / mówi do matki”. Dotknięte wścieklizną psy wygrzebują w sadzie głębokie dziury (znów to samowzbudzenie się mowy symbolicznej, bo chore psy tak się właśnie zachowują, ale czy nie kopią zarazem grobów, czy nie przygotowują “liturgii odejść”?).

                A jednak, choć na końcu dokonuje się “porządkowanie papierów przeglądanie lekarskich adnotacji (…) ostatnich numerów pszczelarstwa“, słowo “pogrzeb” nie pada:

                “(…) uspokaja mnie

                dopiero myśl o ulubionym scyzoryku ojca

                który włożyłam do trumny

                na chwilę przed”

Na tym “przed” kończy się ta opowieść. Ojciec zdematerializował się, zniknął (bramy raju uchyliły się, pora wyjść). W miejscu, gdzie przed chwilą jeszcze był, pojawiły się słowa, opowieść. Dla pogrążonej w żałobie córki to za mało. Ale dla nas to nieoceniony dar, bo Małgorzata Lebda ofiarowuje nam świat, po którym ojcowie oprowadzają dzieci. Nie okłamują ich, choć czasami odwracają ich uwagę od tego, co przedwczesne. Pokazują im – nam – rzeczywistość, w której ból i piękno związane są niezrozumiałymi, ale oczywistymi zaślubinami. A gdy to już zobaczymy, przyjdzie nam opuścić matecznik, rozpocząć własną drogę, odlecieć, jak matka nowego roju. Zdobyta mądrość pozwoli nam zrozumieć niejedno. Dalej mówić TAK, mimo wszystko.

                Tamto odejście ojca to rana. Ale już na samym początku “Matecznika” brzmi zapowiedź:

                “ranę zalewamy pszczelim kitem na alkoholu

                mamy od niego żółte cierpkie dłonie”

                Poetka, córka pszczelarza, zalewa ranę słowami swojej książki. Może dłonie ma zażółcone, a może opuszki palców uwalane atramentem (kiedyś by tak było). Piękno, jak kit pszczeli, też ma działanie terapeutyczne. Greckie słowo therapeuéin oznaczało między innymi: “oddawać cześć”.

———————————————————————————————————————

Małgorzata Lebda, Matecznik, wyd. Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2016

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko