Stanisław Grabowski – Sierpniowe rekolekcje

0
58

STANISŁAW GRABOWSKI


SIERPNIOWE REKOLEKCJE


paper-11       W sierpniu mijają cztery lata od śmierci młodego poety i pisarza SF Jarosława Zielińskiego (1971–2012). Obszerny zbiór wierszy, który ukazał się już po jego odejściu pod tytułem Słowa i linie zasługuje, jak mówią wtajemniczeni, na miano kultowego. Ledwie przed miesiącem ukazał się  kolejny jego dodruk. Nie znamy czytelników tego tomu, tych, którzy go kupują, nikt nie robił takich badań, ale można sądzić, iż są to fanatycy słowa, ludzie na serio przejęci literaturą, jak i życiem; ludzie wrażliwi, dla których lektura poezji nie jest stratą czasu. Szukają  w niej poza przeżyciami estetycznymi, pewnie jakichś znaków, podpowiedzi jak żyć? Poeta jako istota bardziej wrażliwa od innych, w sposób szczególny reaguje na prawidłowości i nieprawidłowości świata. A że trudno nie docenić w tym tworzeniu autoterapii, staje się jakby sejsmografem na wielkich życiowych przestrzeniach, które mogą być głębią oceanu lub odwrotnie sięgać najwyższych górskich szczytów. Także drogowskazem, którego nie wolno pomijać na drodze życia.

       Moja znajoma twierdzi, że czytając  Słowa i linie – sięga do nich często –  za każdym razem odkrywa w poezji Zielińskiego coś nowego, co rusz pod powierzchnią słów ukazują się jej kolejne sensy, których nie można zanegować, to po prostu wyróżnik prawdziwej liryki. To jest jej siła fatalna.

       Przeczytałem niedawno wiersz Bohdana Wrocławskiego pt. But z Wołynia. Zaczyna się tak:

                       

W roku sześćdziesiątym trzecim profesor B. dał mi fragment buta

kawałek nieoczyszczonej skóry której geografia

wytrzeszczała się do świata oderwaną zelówką

 

ze znakiem tak tajemnym że nie mogły jej oświetlić

wszystkie dostępne wówczas podręczniki

 

       Czyli na początku mamy informację, pozornie dość błahą. Ale później czeka nas poetycka „uczta”, choć może nie jest to najszczęśliwsze określenie. Radzę, by Czytelnik poddał się jej sam, choć może zapomnieć, bo to będzie uderzenie jak w plexus solaris.

       Po lekturze wiersza But z Wołynia nie silę się na epitety, że  piękny, czy wspaniały. Zostawmy owe wytarte miedziaki pochwał na inne okazje. Chciałbym tylko podkreślić, że Wrocławski dla tego o czym pisze znalazł najwłaściwszą formę, że nie oparł się pokusie łatwizny, taniego hurrpatriotyzmu. Tylko takimi słowami, którymi napisano ów poemat, można próbować wyrazić rzeź wołyńską, tragedię naszych bliźnich. Nie wiem jak długo z tematem „chodził” poeta? Czy napisał go w natchnieniu, czy też żmudnie szlifował poszczególne wersy. To nie jest ważne. Ważny jest efekt, czyli zapis w inny niż dotychczas sposób wydarzenia, w które przecież zaangażowani są od lat publicyści, historycy politycy (patrz: uchwała Sejmu o ludobójstwie) i kto tam jeszcze. Powstały potężne księgi dokumentujące tragedię wołyńską, powstały o niej filmy dokumentalne i fabularne, powstały opowiadania i powieści. To jest ważne i godne pochwały.

       Ale oto poeta jednym zapisem tworzy całkowicie nowe spojrzenie na znany niby wszystkim temat, jakby dopowiada słowami obrazy, których dotąd brakowało, które okazują się jednak konieczne i bezwzględnie potrzebne. To po prostu efekt sumienia. Co się stało w umyśle poety? Przyszło olśnienie. I temat „sam się pisze”? Jakaż tu rola twórcy? Wystarczy być tylko posłańcem prawdy i piękna, tych dwóch cór, które bezwzględnie powinny być bliźniaczkami. Dużo to czy mało? Czytelnik musi sam rozstrzygnąć.

       Podobnie dzieje się z liryką Jarosława Zielińskiego. Ona także nie była przez nikogo inspirowana. Nikt nie był jej mecenasem czy też tzw. dobrym duchem. Po prostu poeta „wybierając” (nie znamy jednak przyczyn wyboru) taki czy inny temat utworu kierował się tylko jednym kryterium. To kryterium, jak wyżej napisałem, nazywa się sumienie. Tak jest. Dla prawdziwych poetów sumienie jest najważniejsze. Kiedy składają na papierze słowa muszą o tym pamiętać. Czy czynią to świadomie lub podświadomie? Tego też nie wiemy. Po prostu, kiedy ich liryka idzie w parze z sumieniem, możemy być pewni, że tworzą nowe wartości, przekazują nam światy wcześniej nieprzedstawione, i że mogą być spokojni o ocenę swojej twórczości.

       Lekturę tomu wierszy Słowa i linie, czytanego przeze mnie wielokrotnie, tym razem zacząłem nie od pierwszej strony, lecz od ostatniej. I zaskoczenie. Temperatura uczuciowa utworów poetyckich z tego tomu nie opada, wręcz przeciwnie – rośnie. Wiersze z końca tomu jakby nieco zaniedbane przez czytelnika (w tym wypadku przez autora tego tekstu) nagle olśniewają urodą, wiodą w krainę tajemniczości, oferują głębię aluzji, kulturowe odniesienia, czy też przekazują nam ważne prawdy. Dowodem, jednym z wielu w tomie Słowa i linie, jest utwór poetycki pt. To może być:

                       

                        to może być tylko dzień gorących wyznań

                        gdy za oknem śnieżna wichura

                        a w kręgu ciepła kominka

                        rozbite szkło trawi ogień

 

                        zanim skończy się nasz czas

                        to może być dzień prawdy

                        ale – rozmawiając o płatkach śniegu

                        oddalamy przyszłość

 

                        stawiamy białe ściany

                        dla ciepłych słów

                        w kręgu ognia i zimnych wiatrów

                        jutrzejszego dnia

 

       Wiersz krótki, nieledwie impresja. Trzy zwrotki, każda ma po cztery wersy Napisany we wrześniu 1987 roku. Autor ma wtedy, nie do wiary, szesnaście lat! Więc skąd ta dojrzałość, zarówno ludzka, jak i liryczna? Zastanówmy się: rozmawiając o płatkach śniegu / oddalamy przyszłość. To jest jedno z tych zdań, których nie buduje logika czy zimny rozsądek, chęć napisania czegoś, czegokolwiek. To jest zdanie, które poecie dyktuje to, co Miłosz nazywał dajmonionem. Zdanie skrzydlate, którego tajemnicy nigdy do końca nie rozszyfrujemy, choć zawsze pozostaniemy pod jego urokiem. Oto kropla liryki, czysta jak łza, która nam się trafiła, kiedy uparcie poszukujemy źródła poezji. Doceńmy ją.

       Kolejne wersy też nie są gorsze: stawiamy białe ściany / dla ciepłych słów/ w kręgu ognia i zimnych wiatrów/ jutrzejszego dnia.

       Autor przywołuje żywioły, które są symbolami życia i  śmierci. Bo cóż jest istotniejszego na tym najlepszym ze światów, jeśli nie poezja, życie i śmierć?

       W poemacie Bohdana Wrocławskiego, podobnie jak i w przytoczonym wierszu Jarosława Zielińskiego, jest to wyartykułowane dostatecznie wyraźnie. Kto przeczyta nie zabłądzi.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko