Katarzyna Wójcik – „Pesymizm jako zjawisko przejściowe”

0
57

Katarzyna Wójcik


 

Pesymizm jako zjawisko przejściowe”

 

dysforiaPosłużę się podręcznikowym hasłem autorstwa profesora Adama Kulawika: „repotraż jest relacją naocznego świadka z wydarzeń z jakiegoś powodu dla czytelnika ważnych. […] Do cech gatunkowych reportażu należy: dyscyplina i rzetelność, plastyczność i logika uszeregowania faktów. Naturalnie, reportaż ma bardzo zróżnicowaną tematykę, która może dotyczyć dosłownie wszelkich dziedzin i wydarzeń”. Literatura ma to do siebie, że przesuwa granice – zarówno czytelnicze, jak i własne. I choć trudno dzisiaj mówić o „czystości” jednego gatunku literackiego – tak bardzo one na siebie zachodzą – zdaje się, że od reportażu należałoby oczekiwać pewnego rodzaju obiektywności.

 

Dysforia. Przypadki mieszczan polskich” Marcina Kołodziejczyka to piętnaście tekstów w gatunku reportażu. W gatunku, bo wśród nich znajduje się choćby pseudowiersz o festiwalu poetyckim w Białej Podlaskiej czy zapis monologu przewodniczącego stronnictwa lewicy w małym mieście. Poza tym trudno w tych tekstach doszukać się obiektywizmu. Bohaterowie to mieszkańcy mniejszych i większych miast – głównie mężczyźni. Kobiet jest niewiele i funkcjonują jako dodatek do męskiego świata – dodatek raczej próżny, niezbyt mądry i mało inteligentny.

 

Na czwartej stronie okładki  czytam: „W piętnastu opowieściach autor opisuje to, czego się dowiedział we wnętrzach prywatnych, nazywanych ostatnio sferami i w miejscach publicznych, zwanych nowocześnie przestrzeniami. W korytarzach, na balkonach, w poczekalniach, gabinetach, w parkach i przy świątecznych stołach”. A czego się dowiedział? Że życie jest beznadziejne, bezsensowne, zmarnowane, szare, rozbite, bez perspektyw na lepsze. Że skupia się wokół pieniądza, który daje chwilowe poczucie szczęścia w postaci dóbr materialnych, używek, luksusowych wakacji i ekskluzywnego samochodu ze skórzana tapicerką. Nic w tym odkrywczego – ponad sto lat temu niemiecki socjolog i teoretyk kultury, Georg Simmel, pisał: „Pieniądz wdziera się między człowieka a człowieka, między człowieka a towar, jako instancja pośrednicząca, jako wspólny mianownik, do którego sprowadzić trzeba każdą wartość, by następnie móc ją przełożyć na inną wartość”. (Gorąco polecam świetne eseje Georga Simmela, zebrane w polskim wydaniu pod tytułem „Most i drzwi”, w których pisze on nie tylko o społeczeństwie, lecz także o sztuce).

Dalej, na tej samej stronie okładki „Dysforii”, o autorze: „Tworzy portrety mieszkańców miast: przyjezdnych i autochtonów, z pokolenia przedwojennego i tych najmłodszych – wyznawców obowiązkowych mód w sposobie bycia i myślenia, o których bohaterowie sądzą, że wymyślili je sami”. Te portrety to w rzeczywistości karykatury mieszkańców miast – mocno wykrzywione i przejaskrawione. Nieustające terapie i wizyty u psychologów, diety wegańskie, joga, medytacje, trenerzy personalni, mieszkanie na strzeżonym osiedlu, drogie ciuchy, wrogość wobec sąsiadów, współpracowników, a nawet własnej rodziny. Ale to także w czasach Reymonta opisał wspomniany już Georg Simmel: „Maksymalne pobudzenie systemu nerwowego jednostki jako efekt nagromadzenia ludzi i przedmiotów kulminuje w postawie zblazowanej. […] Duchową postawę mieszkańców miasta wobec siebie nawzajem można określić formalnie  jako rezerwę. […] Wewnętrzną stroną tej zewnętrznej rezerwy jest nie tylko obojętność, ale – częściej niż to sobie uświadamiamy –  lekkie uprzedzenie, wzajemna obcość i niechęć, która w momencie bliższego zetknięcia, niezależnie od jego przyczyn, może zmienić się w nienawiść i walkę”.

Starsze pokolenie mieszkańców miasta również nie zostało przez Kołodziejczyka oszczędzone: gromada zdziwaczałych staruszek, zajęta odgrzebywaniem w szwankującej pamięci przeżyć z czasów wojny i dawno minionej młodości, oraz obserwowaniem przez wizjer tego, co dzieje się na klatce schodowej przedwojennej kamienicy. Tu też brak jakiejkolwiek radości z życia – jedynie ponure oczekiwanie na jego koniec.

 

Do kogo odnosi się tytułowa dysforia? Do bohaterów – zewnętrznie mocnych i agresywnych, wewnętrznie rozdartych i zblazowanych? Może do czytelnika – po lekturze tej książki mieszkaniec miasta faktycznie może wpaść w skrajne rozżalenie i złość, że autor tak okrutnie rozprawił się z przestrzenią jego życia, dostrzegając same jej czarne strony. Albo wreszcie do samego autora – byłaby to zatem ostra autodiagnoza – skąd jednak tyle w nim niezadowolenia i negatywnych ocen życia w wielkim mieście, z jakiego zresztą sam pochodzi?

 

bardzo martwy sezonSkoro miasto zionie zepsuciem i zgnilizną to może lepiej uciec na wieś? Nic z tego – tam też nie dzieje się dobrze. Wieś została uwieczniona w kolejnej reportażowej książce Marcina Kołodziejczyka, „Bardzo martwy sezon. Reportaże naoczne”, na którą złożyły się teksty publikowane w „Polityce”. W tych reportażach ton niekiedy przybiera lekkie barwy optymizmu. Z jednej strony – zapyziałe zaułki, popegeerelowskie wioski, w których ludzie pogrążeni w beznadziei, bez perspektyw pracy, zatapiają swoje smutki w alkoholu. Z drugiej – chłopcy ze świętochłowickiego gimnazjum, kręcący w ponurej śląskiej scenerii film o koledze, który – podobnie jak jego ojciec – zbiera złom i węgiel; film zostanie wysłany na międzynarodowy konkurs filmowy, organizowany dla gimnzajalistów przez firmę Panasonic (kamerę wygrali w konkursie na scenariusz filmu). Albo beskidzka wieś Krzywa, w której warsztaty fotograficzne pozwalają odkryć miejscowej młodzieży lepszy świat – widziany przez obiektyw. Tych przebłysków optymizmu jest jednak za mało, żeby mogły przebić się przez przytłaczającą szarość, bijącą z pozostałych reportaży.

 

Obie książki – „Dysforia” i „Bardzo martwy sezon” – tworzą pewnego rodzaju dyptyk. Są jak kadry z długiego, smutnego filmu, którego widz cały czas, mimo wszystko, ma nadzieję na happy end. Happy endu jednak nie ma. Film kończy się tak samo szaro i pesymistycznie, jak się zaczyna. Polska widziana oczami Kołodziejczyka to kraj zdziwaczałych, znerwicowanych i zmanieryzowanych mieszczan oraz pijanych, nie potrafiących zorganizwoać sobie życia mieszkańców wsi. Wszystko bez żadnych szans na zmianę.

 

Język, jakim posługuje się autor, świadczy o jego biegłości w pisaniu, umiejętności dostosowania stylu do bohaterów opowieści i sytuacji, w jakich się oni znajdują (bardzo sprawnie napisany reportaż „Mańki megawypas”, o wiejskiej dyskotece  – choć zbędne objaśnienia niektórych słów; mało kto dziś nie wie co oznacza na przykład „kumać”). Jest plastyczny i swobodny. Jednak wielu z tych tekstów – zwłaszcza pomieszczonych w „Dysforii” – brakuje reportażowego obiektywizmu. Jest za to lawina pesymizmu, nihilizmu, defetyzmu i prześmiewczości, dalekiej od satyry (jak choćby w reportażu o reżyserze i aktorach filmów pornograficznych lub o raperach chrześcijańskich).

 

W eseju pod tytułem „Przyczynek do teorii pesymizmu. Pesymizm jako zjawisko przejściowe” Georg Simmel pisze: „Naturalna celowość zadbała, by ród ludzki w ogólności nastawiony był optymistycznie, czyli czuł i działał tak, jak gdyby rachunek bólu istnienia w stosunku do radości wykazywał nadwyżkę tej ostatniej; w przeciwnym razie zabrakłoby energii niezbędnej do zachowania i rozwoju życia. […] Tam zaś, gdzie szersze kręgi rzeczywiście ulegają poważnemu pesymizmowi […], nieuchronnie nastąpić musi paraliż wszelkich praktycznych sił i stopniowy upadek życia”. Mamy za mało czasu, żeby skupiać się na ciemnych stronach naszej egzystencji.

 

 

Marcin Kołodziejczyk, Dysforia. Przypadki mieszczan polskich, Wielka Litera, Warszawa 2015);  Bardzo martwy sezon. Reportaże naoczne, Wielka Litera, Warszawa 2016.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko