Andrzej Walter – Wywiad z Ernestem Bryllem

0
60

Wywiad z Ernestem Bryllem
 

– polskim poetą, pisarzem, autorem tekstów piosenek, dziennikarzem, tłumaczem i krytykiem filmowym, a także dyplomatą.

 

rozmawia – Andrzej Walter

 

bryll wywiad   Właściwie pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest Pan dziś najbardziej publicznie rozpoznawalnym polskim poetą. Dotyczy to zapewne mojego pokolenia, czyli roczników urodzonych pomiędzy 1960 – 1970. Przyczyną tego stanu rzeczy są zapewne piosenki, które Pan napisał, a które wykonali legendarni już muzycy. Inną z przyczyn są pańskie wiersze w naszych ówczesnych programach szkolnych tudzież Pana sława wśród polonistów wtedy uczących. Lata 70te i 80te należą już jednak do przeszłości. System edukacji zasiliły kolejne pokolenia. Słowem – wszystko się zmieniło. Po roku 1989 aż do dziś – 25 lat wolnej Polski. Ćwierć wieku. I tu –dochodzę do pytania, które mnie nurtuje od kiedy sam zacząłem pisać „na poważnie”. Pytania, rzecz jasna, właśnie do Pana:

 

A.W. – Co Pan sądzi o współczesnej poezji polskiej po roku 1989? Jak Pan ją ocenia? Oczywiście mam na myśli młodych, nowych poetów, mało znane, niewiele Panu mówiące nazwiska i tym podobne, współczesne nagrody, wyróżnienia i nowe kreacje. Doprecyzuję i zaczepię Pana o Świetlickiego, Dąbrowskiego, Sosnowskiego, Honeta – lansowanych salonowo? Kim na tym tle jest ktoś taki jak Tadeusz Różewicz czy Adam Zagajewski? (albo też kim na tle Różewicza czy Zagajewskiego są wcześniej wymienieni? A może podążam „złym tokiem zaczepiania” wielkiego Ernesta Brylla? Przytoczę  –

 

„wrocławski krytyk Karol Maliszewski w cyklu artykułów poświęconych młodej poezji ironicznie pisał, że liczba tomików młodych poetów przypadająca na jednego Polaka powinna być umieszczona w Księdze rekordów Guinnessa.”

 

E.B. – Młodzi poeci … Nie chcę ustawiać tu jakiejś listy ważniejszych i bardziej przeze mnie cenionych. Oczywiście dalej bawią się tym saloniki i salony literackie. Ale dziś już nie jest tak jak kiedyś. Dziś można wydawać swoje wiersze, albo rozpowszechniać je w internecie.  Dziś łatwo i dość niedrogo można napisać tekst, ułożyć do niego melodię, spróbować to rozpowszechnić przez różne nośniki…

 

Poetów jest zawsze mnóstwo. I dobrze. Bo moim zdaniem poezja to bardziej próba zobaczenia siebie i świata niż literatura taka sama w sobie. Czy zdarza się dziś, tak jak było ze sposobem opisania świata przez Różewicza, kiedy dokonała się rewolucja w postrzeganiu i opisaniu, taka jak w chwili, kiedy ukazały się „Ballady i romanse”?… Czy dziś poezjujący musi się wobec jakiegoś sposobu pisania określić, czy zanegować go, jak Różewicz?… Mam wrażenie, że mniejsze zinstytucjonalizowanie życia literackiego, mnogość możliwości przekazania swoich utworów powoduje taką wieloznaczność, iż trudno coś zanegować.

 

   Co ja na to? Czytam młodych poetów. Nie przejmuję się jeszcze istniejącymi ośrodkami, które uzurpują sobie prawa do ustawiania ich wedle jakichś punktacji. Coś mnie porusza, coś niby – nie, ale dręczy po cichu, coś wraca nagle i staje się ważne. Tyle tego jak mowy w wielu językach. Coś zostanie. Nawet spodziewam się co, ale byłbym głupi gdybym wymieniał nazwiska …

 

 

A.W. – Jak Pan się odnajduje we współczesnej, zdecydowanie komercyjnej rzeczywistości, w której dzieło literackie spycha się do rangi towaru i uruchamia (od strony wydawcy) całą machinę promocyjno-medialną? Czy zgada się Pan z takim podejściem?  Z takimi czasami? Z tym materializmem, który usiłuje podporządkować ducha? To pozornie odległe pytania…

 

E.B. – Czy to ważne jak ja się czuję? Ważniejsze jak się przemykam starając się zachować to w co – może bezsensownie – ale wierzę. Bo to jest istotą potrzeby pisania. Trzeba mieć jakąś wagę, aby zostawić ślad. A zawsze, albo próbowano nas obciążyć jakimś fałszem, albo dać nam fałszywy sposób na lekkość. Dzisiejsze sposoby (nazwijmy to komercyjne) są tylko innym chwytem. Zawsze szło o wmówienie fałszu. Tylko, że w dawniejszych czasach robiono to jak „rękodzieło fałszowania”. Dziś to masówka. Ale to tylko kwestia czy – jak mówi przysłowie – kropla po kropli wciskają nam fałsz, który mamy przyjąć jako swój, zalewają nawałnicą wodospadu lub kapuśniaczkiem sączących się kłamstw …

 

– Co Pan sądzi w ogóle – szerzej – o całej polskiej literaturze współczesnej? A może rozejrzeć się jeszcze bardziej, może spytać w ogóle o polską kulturę – o film, teatr, sztuki wizualne? Ja stoję na stanowisku, że pomimo podłych czasów – właśnie pod kątem filozofii utylitarnych – nasza kultura, zabiedzona i żebrząca – ma się wyśmienicie. Zwłaszcza jeśli chodzi o poziom. Zachód nie ma dziś: Myśliwskiego, Zagajewskiego, Lipskiej, Różewicza, Kieślowskiego oraz kilku mniej znanych reżyserów teatralnych, świetnych aktorów, znakomitych, głębokich filmów … Zachód mentalnie się kurczy. W sztuce również. Jest bogaty, ale miałki. Jak Pan to ocenia?

 

E.B. – Co sądzę o literaturze współczesnej …? Chyba tylko polskiej, bo myślę, że ona próbuje nas osądzić. To, co zawsze. Jest i żyje. A to nie jest łatwe w języku, który ociera się o nieistnienie. A przecież tylu, sprzeciwiających się mitom polskim, mówiło, że ojczyzną ich jest polska mowa. Nawet gdy Polski za ojczyznę uznać nie chcieli. Czyli jakaś dzika pewność istnienia. A więc żyje przez tę pewność i oczywiste prawo do eksperymentu z polszczyzną. Ale znam ojczyzny co tracą swą mowę i giną. A jeszcze ciekawsze – odradzają się w innych mowach, czasem mowach tych, co je zniszczyli, ot, choćby poezja irlandzka co odrodziła się i rozsadza po swojemu obszar języka angielskiego. Albo i w mowach wskrzeszanych niejako z martwych, jak ożywiona i coraz bujniej żyjąca literatura w języku hebrajskim (współczesnym). Czujemy się w polszczyźnie mocni jakby to były czasy Kochanowskiego, albo zabijani, ale się wskrzeszający – jakby to były czasy Mickiewicza, Słowackiego, Norwida… No, no – sam się czasem dziwię jak jesteśmy w tym zadufani …

 

– W wywiadzie z Andrzejem Dębkowskim (w świetnej książce „Kiedy umiera poeta, umiera świat”, Zelów 2004) powiedział Pan: „ja nie jestem w gruncie rzeczy poetą” … ??? Jeżeli Pan nie jest poetą – to kto nim jest? Mamy w Polsce całe zastępy „poetów”, całe enklawy, legiony, grupy – przy jednoczesnym braku tego, co było dawniej, kwalifikacji do nurtu czy jakiejś jednej symboliki … a Pan, którego jednak „się czyta” – deklaruje : nie jestem poetą! Dlaczego? To szokujące.

 

E.B. – Nie czuję się poetą w tym znaczeniu, że nim jestem w mojej osobowości, stylu życia, banalnej przynależności do świata piszących, oceniających poezję. Nie. Ja zawsze szukałem normalnej pracy. Po to, aby nie być wobec ludzi jako ten, co widzi i opisuje. Bo wtedy już się żyje jako ktoś, co kreuje siebie na coś szczególnego.

 

   Nie ma co czekać na przyjście poezji, wywoływać ją, czy wierzyć, że stąpamy niosąc ją w sobie. To choroba, która dopada znienacka. Jak z pewną „odrębnością codziennego zdrowia” i trzeba się z tym pogodzić. A jeśli to, co wymyka się poza nas służy ludziom i coś w nich buduje, to zgadzam się, ale z lekkim przerażeniem.  Gdybym miał tyle siły aby poezję, kiedy dopada, zatrzymać w tajemnicy – ale niestety przypadłością w tej chorobie jest konieczność opowiadania o tym, co mnie napadło …

 

– W pięknej rozmowie z Marcinem Styczniem opublikowanej jako „Duchy poetów” dwa lata temu wspomina Pan Władysława Broniewskiego. Ujmuje Pan to tak – „Broniewski był dla nas, młodych, bogiem” … Dziś poeci odżegnują się od „posiadania mistrza”. Udają? Czy to świadoma emancypacja zgodna z duchem czasów i defraudacją wszelkich autorytetów? A przecież tylko ciągłe nasiąkanie sztuką może powodować jej, coraz ciekawszą, erupcję ze strony autora. To w zasadzie pytanie o współczesność. Dokąd nas doprowadzi „brak mistrza”?

 

E.B. – Teraz może jest moda aby nie mieć autorytetów. Niczym nie „nasiąkać”. W tej książce, proszę zauważyć, wspominam tylko tych, co mi się przyśnili. Po ich śmierci. A o tych, co odeszli – tylko dobrze. Szczególnie o duchach poetów, bo im dana jest siła sądzenia, tam, poza życiem. No i oryginalniej, i miło. Dobrze pamiętać … zamiast źle mówić, co dziś jest tak banalnie modne. Starać się zrozumieć zamiast się kłócić, lecz  kłótnia … jest bardziej „interesująca”… Może, ale tylko w zamęcie jarmarku …

 

 

– No i na koniec zapytam z paskudnej ciekawości jaka jest Pana ulubiona książka z dzieciństwa? Co Pan kształtowało w szczenięctwie? Chodzi o taką książkę, którą wtedy zabrałby Pan na bezludną wyspę … posiada Pan takie wspomnienie, … rozczulenie, sentymentalność …? Taką chęć powrotu i podzielenia się z nami przeszłością?

 

E.B. – Tak. Oczywiście. Książka dzieciństwa – „O czym szumią wierzby” Kennetha Grahame’a. Czemu? Nie wiem, ale i dziś przygody panów: Szczurka, Kreta, Borsuka, Ropucha są mi drogie. A opis kolędowania myszek nad kawałkiem sera w norze Szczurka wprowadza mnie w nastrój szczególnego ukojenia …


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko