Jacek Bocheński – Dwuznaczność

0
140

Jacek Bocheński
 

DWUZNACZNOŚĆ

bochenskiMoja mowa w psychoanalizie musi być “tak” – “nie” ze względu na pacjentkę. Nie wolno mi przysparzać kłopotu jej psychice dwuznacznością mojego języka. Ja mam rozjaśniać mroki analizowanej psyche, nie dorzucać tam jeszcze dodatkowych zaciemnień. Natomiast pacjentka może gmatwać wszystko. Na kozetce wypowiada się spontanicznie, bez narzucania sobie jakiejkolwiek kontroli. Wcale mnie musi wiedzieć, że jakieś jej wyrażenie da się rozumieć dwuznacznie.

Już z kozetki Justyna zapytała:

– Czuje się pan jak książkowy psychoanalityk?

“Książkowy”, może znaczyć dwie rzeczy. Taki, jakiego opisują w książkach, na przykład w podręcznikach psychoanalizy, albo taki, który w badaniu sekretów indywidualnej duszy człowieka ogranicza się do tego, co zdołał ogólnie wczytać z książek.

Nie czuję się ani pierwszym typem, ani drugim. I nie chcę być żadnym z nich. Jestem amatorem, nie profesjonalistą. Zdarza się, że amator osiąga na jakimś polu znakomite wyniki, ale zawsze pod jednym warunkiem: taki amator umie nie naśladować profesjonalisty, bo jeśli naśladuje, będzie tylko gorszy.

Ale jak się ustrzec w praktyce naturalnego odruchu naśladowczego?

To, co w tej chwili robię, jest jednym z ćwiczeń przed właściwą robotą, do której powołała mnie Justyna. Powtarzam sobie raz za razem: Nie próbuj być książkowy. Nawet w wypadku, gdy absolutnie już nie będziesz wiedział, co począć, nie ratuj się naśladowaniem wzoru domniemanych działań profesjonalnych, jaki ukształtował ci się w głowie na podstawie przypadkowej lektury.

W pewnej chwili jednak popełnię bezwiednie ten błąd. Nie łudzę się, że nie. Za trudno będzie go uniknąć, bo potęga stereotypów tkwiących w każdej, również mojej głowie jest ogromna.

21.08.2015

METAFORY

W psychoanalizie muszę się obejść bez metafor. Były dobre, gdy pisałem Trylogię Rzymską językiem ezopowym, jak wszyscy uważali, choć ten język ezopowy, to tylko częściowo prawda (co mogłaby ewentualnie wziąć pod uwagę doktorantka Justyna). Ale w psychoanalizie metafor być nie może, oczywiście w moich wywodach psychoanalitycznych nie może, bo w wyznaniach Justyny na odwrót . Psychoanalityk nie miałby co robić, gdyby nie używała metafor. Jego zadaniem jest wykryć ich znaczenie, a zwłaszcza te motywy ich użycia przez pacjentkę, których pacjentka nie musi być świadoma. Jednak takie obnażanie podświadomości nie może stać się celem samym w sobie, jak zazwyczaj bywa w literaturze. Tu będzie dopuszczalne tylko o tyle, o ile uwolni pacjentkę od jakiegoś psychicznego kłopotu.

Psychoanalityk, jeśli przypadkowo jest pisarzem, winien wyćwiczyć się w tych różnych ograniczeniach wolności literackiej, począwszy od zakazu metafor, bo język nie ma być ezopowy, lecz “tak” – “nie”. Otóż mimo starań zapewne nie będzie. Jakieś wykroczenia przeciw zasadzie zostaną niechybnie popełnione choćby dlatego, że język w ogóle bez metafor nie istnieje. On się z nich składa. Nawet poszczególne słowa są metaforami. Na przykład powtarzane tu słowo język, pierwotnie mięsień, który mam w jamie ustnej, ale przecież nie o mięśniu myślę, gdy mówię o języku w psychoanalizie i literaturze.

Metafor na podstawowym poziomie językowym uniknąć się nie da. Chodzi jednak o to, żebym komunikując się z pacjentką jako psychoanalityk, amator nie budował przez nieśmiałość i nieobycie konstrukcji metaforycznych wyższego stopnia w rodzaju parabol, alegorii czy jakichkolwiek figur aluzyjnych. Niestety granice między stopniami metaforyczności są płynne. Łatwo je przekroczyć i ten błąd z pewnością mi grozi.

Justyna, zanim położyła się na kozetce, oznajmiła z góry, że będzie właśnie tworzyć metafory, bo “jakim byłaby psychologiem”, gdyby tego nie robiła . Ale przeznaczała początkowo te metafory nie dla mnie, lecz “do szkoleń i konsultacji”. Justyna tak jakoś pracuje, o czym jeszcze miałem się dowiedzieć.

23.08.2015

JUŻ

Leży na tej kozetce i nie może się doczekać, a ja marudzę i psychoanalizy wciąż nawet nie zacząłem. Na usprawiedliwienie mam tylko zapowiedź, jaką ogłosiłem na samym wstępie, że psychoanalizy nie wykonam naprędce. Tymczasem Justyna przesłała mi dwa dodatkowe materiały spoza kozetki.

Pierwszy mówi, jeśli dobrze rozumiem, o zajęciu zarobkowym Justyny, które polega na pisaniu. Temat jest jej zadawany. Pisanie odbywa się nie w redakcji, jak można by sobie wyobrażać, i nie na uczelni ani w domu, lecz – znów, jeśli się nie mylę – w biurze. Wiem, że da się tam z domu zajść spacerkiem.

Zajęcie zarobkowe to nie to samo, co zawodowe. Gdyby Justyna musiała w ogóle pisać o chorobach, wolałaby o tych, które ją interesują jako psychologa, o depresji lub o schizofrenii. Ma natomiast pisać o rzeczach ważnych z punktu widzenia zleceniodawcy, wygląda na to, że o chorobach tak zwanych społecznych.

Ale siedzi obowiązkowo w tym biurze-nie-biurze. Ma miejsce! Ma tam siedzieć. W tym właśnie miejscu, nie na księżycu (to w domyśle). Trafił się akurat mniej przykry temat niż inne. Teraz ma pisać o polineuropatiach.

Polineuropatie. Cóż to takiego? Nie wiem. Nie znam tego słowa. Oczywiście, dobieram się do niego po swojemu. Jest greckie. Widzę, że składa się z trzech wyraźnych członów. Każdy coś znaczy. “Poli” kojarzy się z wielością , “neuro” z nerwami, “patie” z cierpieniami. Chodzi więc niewątpliwie o jakieś wielozakresowe schorzenia nerwowe. Dobrze. Jak na mnie, wystarczy. Raczej nie problem polineuropatii wyobrażała sobie Justyna jako zadanie do rozwiązania dla psychoanalityka.

O mnie pomyślała wykonując nieco wcześniej tego samego dnia inne zlecenie. Pisała coś o rzeżączce. I przeleciało jej przez głowę pytanie, co ja bym powiedział na to, że moja “Druga” pisze o chorobach wenerycznych. A to wcale nie był jej najgorszy temat. Bywały jeszcze wstydliwsze. Tych jednak, najwidoczniej ze wstydu, nie wymieniła. Poprzestała na relacji z konkretnego miejsca, gdzie jest, żebym wiedział, że je ma (to w domyśle), i z chwili, która upływa, o czym świadczą zmiany kolorów na obserwowanym przez okno drzewie. To wszystko przesłała mejlem, a ja załączyłem to do wypowiedzi z kozetki jako aneks i materiał pomocniczy dla psychoanalityka.

Dostałem następnie drugi mejl o całkiem innej treści, który tak samo jako materiał pomocniczy oddałem do dyspozycji sobie-psychoanalitykowi. W tym drugim mejlu jest mowa o wypadku samochodowym, tak ciężkim, że samochód nadał się tylko do kasacji, mimo to jadącym wewnątrz ludziom nic się nie stało. A mieli w świeżej pamięci inny wypadek samochodowy, w którym dopiero co zginęła bliska im osoba, jechali więc, jakby ona tej ich katastrofalnej jeździe towarzyszyła. “Czuwała nad nimi!” – powiedziała potem do Justyny jedna z kobiet zaangażowanych w sprawę.

“Jak Pan myśli – pisze do mnie Justyna – możliwe, że tak nad nami czuwają? – (zmarli, ma się rozumieć) – A może to podświadomość dawała o sobie znać “.

Znać o sobie dała tu znów inna Justyna, nie ta pisząca o rzeżączce, tylko ta trochę magiczna, szukająca objawów rzeczywistości pozaprzyrodniczej i niepewna ich istnienia. Być może ja sam należę do tych czysto duchowych bytów i jestem w świadomości Justyny przedmiotem pożądania oraz ciągłą wątpliwością. Ale zdaje się, że wkroczyliśmy niepostrzeżenie w sferę psychoanalizy dzięki tym dodatkom, które Justyna przesłała mejlem. A podpisuje się wciąż “Druga”, mimo że w Drugim Blogu występuje od pewnego czasu pod imieniem Justyna. Dlaczego to robi? Ten podpis, to też coś do psychoanalizy. Tym bardziej trzeba uznać, że psychoanaliza się zaczęła.

25.08.2015

Źródło: Blog II http://blogii.blox.pl/2015/08/JUZ.htm

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko