Andrzej Walter – Świat bez pointy

0
195

Andrzej Walter

 

 

Świat bez pointy

 

 

poslubiona-korporacji   Pewnego dnia polski biznesmen spotkał wietnamskiego rybaka. Stał przy malutkiej łódeczce na brzegu morza. Biznesmen zapytał jak wiele czasu zajmuje mu złowienie tej skromnej ilości ryb, którą przy nim zobaczył.

 

– Niewiele, kilkanaście minut.

– Dlaczego więc, nie łowisz dłużej, aby mieć więcej ryb?

– Ta ilość mi wystarcza, aby nakarmić rodzinę.

 

Polak nie dał za wygraną.

 

– A co robisz cały dzień?

 

Rybak odpowiedział

– Śpię do południa, potem łowię, bawię się z dziećmi, robię sobie sjestę z żoną, a później jadę do wioski, gdzie z przyjaciółmi piję wino i gram na gitarze. Wiodę dość aktywne życie …

 

Rozbawiony Polak odparł

– Ukończyłem studia na Harvardzie, podpowiem Ci coś. Powinieneś spędzać więcej czasu na morzu i łowić więcej ryb, by móc je sprzedać, a za zarobione pieniądze kupić większą łódź, a potem może i całą flotę … W ten sposób dorobisz się własnej przetwórni, z czasem, będziesz kontrolował połowy, produkcję i dystrybucję. Zostaniesz szefem wielkiej korporacji i przeniesiesz się na Wall Street.

 

Rybaka zaciekawiło jak długo to potrwa. Biznesmen odparł, że od piętnastu do dwudziestu lat. Tym razem rybak nie odpuścił i dopytywał, co będzie potem. Polak z entuzjazmem stwierdził: „Wprowadzisz firmę na giełdę, sprzedasz akcje, staniesz się bogaty – zarobisz miliony.”

 

Zaciekawiony Wietnamczyk zapytał:

– Miliony … dobrze, ale co będzie potem?

– Wtedy będziesz mógł przeprowadzić się do małej wioski, spać do południa, potem krótko łowić, a potem bawić się z dziećmi, zrobić sobie sjestę z żoną, a wieczorem pójść do wioski, gdzie z przyjaciółmi napijesz się wina i zagrasz na gitarze…

 

   Każda opowieść powinna prowadzić do jakichś wniosków. Każda historia ma też ponoć swoje zakończenie. W każdej zawarty jest ładunek emocji, dramatu i pewnej prawdy. Co zrobić, kiedy w naszej plastikowej współczesności przydarzają się historie bez celu, bez ładu i składu i … bez sensu? Podobno dalej żyć. Prawdziwie żyć i nie mijać się z przeznaczeniem. Co zrobić, kiedy twoim przeznaczeniem staje się korporacja?

 

   W swojej skłonności do masochizmu i rozdzielania włosa na czworo sięgnąłem po książkę debiutującej Marty Rogali zatytułowaną „Poślubiona korporacji”. Sam nie wiem, czegóż to oczekiwałem od tematu, z którym powoli zdołaliśmy się wszyscy w Polsce oswoić, w którym smutny banał kołowrotu codzienności wkracza w swoje ewidentne przejaskrawienia i który w ogóle, wydaje się być faktem poza opisywalnością, na który nie każdy musi się przecież godzić, decydując się na wybór takiej a nie innej pracy. Autorka podjęła się chyba zadania ponad siły, albo też moje oczekiwania znalazły się w fazie zapotrzebowania na współczesną wersję „korpo-zbrodni z korpo-karą” podlaną sosem głębi psychicznych dylematów wraz z naręczem diagnoz badawczo-socjologicznych, czy też najzwyczajniej – po prostu wnikliwie ludzkich. Szukałem niemożliwego, choć nie ma podobno rzeczy niemożliwych i ktoś jeszcze opisze tę hydrę kapitalizmu bez ludzkiej twarzy od strony, że się tak wyrażę – trzewi.

 

   Zastanawiam się teraz, właściwie, czego się czepiam? Gdyż jest to książka, jeśli nie dobra, to przynajmniej potrzebna. Jest to książka warsztatowo bez zarzutu, a jednak z bagażem istotnego niedosytu. Na czym polega ów niedosyt? Zapewne na nudzie – na marazmie zastanej i opisanej rzeczywistości – na pustce, z której ulepieni są bohaterowie i ich historie. Lecz czy nie tak przypadkiem miało być? Czy nie tak wygląda brutalna rzeczywistość pracy w korporacji? Czy nie dotknęła Rogala przypadkiem ducha czasów? Odpowiedź na te pytania wcale nie jest taka jednoznaczna.

 

   Może Marta Rogala osiągnęła jednak jakiś nad-cel? Nad-efekt. Napisała książkę, której narrację można by określić mianem dyskretnie dozowanej literatury kobiecej, niestety, nie tylko dla kobiet. Opisała świat wysoce zdeformowany, jednak zdarzający się i w trakcie owego „zdarzania się” tak ohydny, że trudno w niego uwierzyć oraz wytłumaczyć sobie – dlaczego? …

 

   Trudno też zaakceptować samo „zdarzanie się”, kiedy jest ono efektem decyzji w pewnym stopniu bezwładnej, przytrafiającej się ludzkości z braku lepszego pomysłu na siebie i na życie oraz na ten – tak oto stworzony – pokręcony świat, w którym korporacje są na wyciągnięcie ręki – właściwie wszędzie. Korporację są (nawet) statystycznie większością alternatywy „zrealizowania się” dla całych rzesz kończących, te przecież najlepsze z możliwych, ekonomiczne i prawnicze studia młodych ludzi. Kuszą one całym swym jestestwem, zachęcają, uwodzą i roztaczają profesjonalnie wizje spełnień. Wciągają jakby siłą bezwładu właśnie, albo też siłą zawładnięcia młodych umysłów, koniecznością osiągania statusu bytowo-materialnego i prestiżowego: na enter, na „zaraz” – natychmiast i bezdyskusyjnie, po prostu na już.

 

   To nie tylko chciwość kieruje tam nasze (i ich) kroki. To nie tylko owczy pęd. Nie banalny, gruntownie opisany wyścig szczurów. Kieruje ich tam … może fascynacja? Zachwyt. Konstrukcja ze szkła i stali. Nakaz postępu i nowoczesności. Nakaz rozreklamowanej miejskiej odysei. Kraina Logo, kraina Sukcesu. Kraina przygody i nakaz … ducha czasów.

 

   Bezwład kariery, rozplanowanej na dni i godziny nie wydarzający się przypadkiem. W tygodniu nie ma przecież miejsca na życie, na świat, na pointę. W tygodniu jest się trybem w maszynie, jest się elementem pościgu, mikrobem planu, realizacją sprzedaży i zaspokajania potrzeb. W tygodniu jest się przeźroczystym jak ludzie – duchy, które zapełniają te drapacze chmur, wcale nie widząc chmur. Nie zważając na nie i nie kochając ich. I nie myśląc o niczym, a w tym niczym najmniej o Przyszłości.

 

   To ludzie bez związków, pozbawieni relacji i nieufni w przyjaźni. Ludzie Gogola – martwe dusze. Choć Gogol spotyka żywych, naznaczonych już przez piekło, a tożsamo – przez namiętności. Swej powieści przecież nie kończy.

 

   Bohaterowie z dziś – są, jakże, beznamiętni. I właściwie skończeni. Sformatowani przez czasy i zależności. Przez proces produkcji, w której proletariat wszedł w skórę z ekskluzywnego salonu, garnituru, laptopa, palmptopa, smartfonu i kompatybilnej permanentnej dyspozycyjności.

 

   Choć bywają różne mutacje przypadków, jak i całego procesu. Nie wszystkie są tak jaskrawe. Korporacje korporacjom nierówne. I zdarzają się takie, w których można, pozornie, normalnie żyć… Podobno. Ja sam znam osobiście taki przypadki. Tyle, że przypadki te – jakby, co do zasady – potwierdzają regułę. A czym jest owa reguła? Otóż reguła ta jest dekompozycją egzystencji. Na różnych etapach. I jest tudzież brakiem reguł z przeszłości. Przeszłość, bowiem, stała się złudzeniem. Nie czerpalnym wyschniętym źródłem i jej metody odeszły do lamusa.

 

   „Poślubiona korporacji” nie wprowadza nas w pełni w ten świat. W jego zdeformowaną strukturę braku sensu podjęcia jakiejkolwiek walki. Nie wprowadza nas w dynamikę wydarzeń. Snuje się jakby tylko z kobiecą delikatnością i kobiecym poddaniem prądowi konieczności. Przylega bezmiarem samotności, potęgą oddalenia, dystansu i przylgnięcia jakby mimowolnego, do delikatnie zarysowanych obrazów. Czy jest w tym metoda rozpoznania nałogu? Czy jest to sposób na przełykanie gorzkich pigułek, sposób na obłaskawienie tego strasznego kieratu, wreszcie sposób na przetrwanie w takim odhumanizowanym … obozie pracy?

 

   Nie wiem. Jest w tak przedstawionej wizji dopiero zalążek terapii, jedynie ślad człowieczeństwa, jego okruch, próba uchwycenia realiów, … choć i to wystarczy do odczucia najczystszej niechęci.

 

   Siłą tej książki jest katastrofa i katastrofizm. Doskonale zakamuflowany. Katastrofa wszelkich ludzkich relacji. Postępujący rozpad więzi, dotyków i akceptacji. Katastrofa percepcji wiodąca w egoizm. Dojmujący egoizm będący jakby jej – owej katastrofy – następstwem. Ten egoizm niszczy nawet to, co mogłoby się okazać szczyptą nadziei, zalążkiem życia. I wydaje się, że jest on w takim świecie bliski uzasadnienia, bliski wytłumaczenia, czy wręcz usprawiedliwienia. Egoizm jako efekt siły bezwładu, decyzji na sukces i karierę, na samorozwój. Egoizm jako wypadkowa wielu czynników tak ułożonego świata. Świata bez pointy.

 

   Prostota tak opisanego świata Mart Rogali jest bardzo daleka od skomplikowanych procesów fantastycznie zanalizowanych przez kanadyjską dziennikarkę Naomi Klein w „No Logo”, a później w „Doktrynie szoku”. Jesteśmy już jakby „po” tej „diagnozie”. Przyjęliśmy do wiadomości tezy, odkrycia i efekty zwycięstwa globalnego kapitalizmu, odmienionego oblicza (tego) świata i potęgi nowego modelu wolnego rynku. Jego niewidzialna ręka zasłoniła nam oczy i teraz staliśmy się (prawie) szczęśliwymi ślepcami. Prawie – robi jednak wielką różnicę.

 

   Niewiele to „prawie” ma wspólnego ze starodawnym pojęciem szczęścia. I w kontekście większość nas – ludzi spoza korporacji – jest na ten swój dziecinny sposób starodawnym wykwitem na chorej tkance zdiagnozowanego alterglobalizmu. Łączy się on w teorii Klein w logiczną całość.

 

   W „Poślubionej korporacji” nie tworzy za to żadnej całości. Stanowi rozproszenie myśli, słów i uczuć. Świat zewnętrzny jest jakby tylko dostosowany do szalonego wiru realności korporacji. Nie wydaje dźwięków, nie okazuje zaniepokojenia, a jeśli już, robi to słabo, niezdecydowanie, niemrawo. Jest tłem, którego losy nie splatają się z dopiero co zarysowaną teorią sukcesu. Fałszywą teorią – ale czy nie lansowaną dziś we wszelkich możliwych kręgach jako jedyną możliwość ludzkiej egzystencji?

 

   Przecież ta zaraza przerzuciła się nawet na sztukę i artystów. Tam też sukces (za wszelką cenę) kreuje wyznaczniki i standardy – postaw i zachowań. Zgoda – daleki jest świat sztuki od korporacyjności, szarości, jednostajności. Jednakowoż przestrzenie biznesu są wciąż w fazie dynamicznego samorozwoju. Może wchłoną i sztukę? Być może już wkrótce sztuka masowa całkowicie połknie wszelkie nisze. Choć wierzę, że tak się jednak nie stanie. Ale nie stanie się tylko w przypadku zdecydowanego sprzeciwu ludzi … pewnej trzeźwości i dobrej woli.

 

   Wola, wolą, lecz niezbędną jest zarazem wielka odwaga, czy brawura wręcz – „płynięcia pod prąd”.

 

   Zatem – czy warto zanurzyć się w lekturę „Poślubionej korporacji”? I tak, i nie. Przekonani, co do słuszności przemian świata, jego stałego postępu i dziejowych konieczności – nic tam nie znajdą. Kontestatorzy – i owszem – pokuszą się, być może moim śladem, o dozę refleksji. Generalnie sądzę, że ta książka jest potrzebna. I ważna – na swój sposób. Szkoda tylko, że ten świat – świat w niej przedstawiony – jest martwy. Jest światem jak w tytule – bez sensu, nadziei i bez pointy. Skaleczeni ludzie wyprodukują kolejne pokiereszowane ludzkie egzemplarze cywilizacji szoku, doktryny pieniądza i władzy, które podążą ich śladami. Kołowrót zdarzeń zatrzyma się na permanentnym poniedziałku, a jutro?… Jutro stanie się teraźniejszością gorszą od Piekła.

 

Piekła, którego przecież nie ma.

 

Andrzej Walter


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko