Mirosław Śliwa – Zasada wzajemności

0
208

Mirosław Śliwa



Zasada wzajemności


Albrecht Dürer


Do ut des – daję, abyś dał. Świad­czę jakąś pomoc na twoją rzecz, więc zwią­zu­ję cię po­czu­ciem wdzięcz­no­ści, czyli, mó­wiąc bez ogró­dek, mo­ral­nym po­czu­ciem za­cią­gnię­te­go długu. Reguła stara jak świat, ma­ją­ca rów­nież za­sto­so­wa­nie w świe­cie zwie­rząt, może tam nie tyle mo­ral­na, co prak­tycz­na, cho­ciaż nie bądź­my mą­dra­la­mi, bo kto to wie, jak jest w isto­cie. Nie­mniej jed­nak, mnie, tutaj wcale nie o eko­no­mię na­tu­ry cho­dzi. Świat zwie­rząt jest w tym wzglę­dzie mniej wię­cej prze­wi­dy­wal­ny: iskasz, bo je­steś iska­ny, alar­mu­jesz o zbli­ża­ją­cym się nie­bez­pie­czeń­stwie, bo i ty zo­sta­niesz w razie czego za­alar­mo­wa­ny.

Jeśli na­to­miast idzie o za­cho­wa­nia ludz­kie w kon­tek­ście ty­tu­ło­wej za­sa­dy, to nagle wszyst­ko za­czy­na się strasz­nie kom­pli­ko­wać. Za­sa­da wza­jem­no­ści po­tra­fi nie­po­strze­że­nie prze­po­czwa­rzyć się za­sa­dę za­leż­no­ści. I tak oto mamy go­to­we nie­szczę­ście.

To było chyba ja­kieś 10 lat temu. Piąt­ko­we, let­nie po­po­łu­dnie; zdaje się, że li­piec lub sier­pień. Cze­ka­łem na ko­le­gę przed jego domem. Mia­łem do niego jakąś pilną spra­wę, ale mniej­sza o to. W każ­dym razie cze­ka­jąc usia­dłem na ławce usy­tu­owa­nej na wprost wej­ścia do jed­ne­go z hi­per­mar­ke­tów. Ko­le­ga się spóź­niał, więc z nudów za­czą­łem li­czyć wszyst­kie osoby, które wrzu­cą mo­ne­tę do na­czy­nia w ręku że­bra­ka klę­czą­ce­go w pro­szal­nej pozie mię­dzy wej­ściem do skle­pu, a sta­no­wi­skiem na wózki skle­po­we.

Zna­jo­my zja­wił się w domu po ja­kiejś go­dzi­nie, a ja w tym cza­sie na­li­czy­łem ponad 150 osób, które coś mu do tego jego ku­becz­ka wrzu­ci­ły. Le­d­wie za­war­tość na­czy­nia za­kry­wa­ła dno, a już ją chył­kiem prze­sy­py­wał do torby prze­wie­szo­nej przez ramię. Mo­ne­ty mogły być 1 lub 2 zło­to­we, bo tylko na takie dzia­ła­ły wózki. Do­tar­ło do mnie nawet, że pa­trzę na sy­tu­ację, jak na za­wo­dy spor­to­we. W pew­nym mo­men­cie za­czą­łem mu wręcz ki­bi­co­wać, a przede wszyst­kim uświa­do­mi­łem sobie, że ob­ser­wo­wa­ny prze­ze mnie że­brak w ciągu go­dzi­ny za­ro­bił po­kaź­ną kwotę, coś po­mię­dzy 150 a 300 zło­tych. Po­my­śla­łem, „nie­zła staw­ka go­dzi­no­wa, dar­mo­zja­dzie”. Po­my­śla­łem, „dar­mo­zja­dzie” i pra­wie na­tych­miast za­wsty­dzi­łem się tej myśli. Ejże, kom­bi­no­wa­łem dalej, prze­cież on swoim dar­czyń­com za te ich mo­net­ki pła­cił i to nie byle czym pła­cił. Prze­cież on pła­cił im swoją god­no­ścią!!!

I znowu, le­d­wie to sobie uprzy­tom­ni­łem, ja­kieś nie­po­go­dze­nie na ten pro­ce­der we mnie wy­kwi­tło. Broń Boże, nie po­my­śla­łem o żad­nych roz­wią­za­niach sys­te­mo­wych czy in­nych tego typu dyr­dy­ma­łach, któ­ry­mi kar­mią się po­li­ty­cy i biu­ro­kra­cja. Męż­czy­zna klę­czą­cy w kor­nej pozie przed ob­da­ro­wu­ją­cy­mi go ludź­mi był młody i zdro­wy. On wła­sno­wol­nie sprze­da­wał im naj­cen­niej­szą rzecz, jaką czło­wiek po­sia­da, sprze­da­wał im ludz­ką god­ność, a oni z obo­jęt­ną sa­tys­fak­cją, bez cie­nia wsty­du pła­ci­li mu za to złotówkę albo dwie. On zda­wał się każ­de­mu z nich mówić: „Je­stem pro­chem, a ty je­steś wiel­ki”, a każdy z nich niemo zda­wał się mu od­po­wia­dać: „Tak, ty je­steś pro­chem, a ja je­stem wiel­ki”. Pewno na końcu my­ślał sobie o nich: „Mam was w dupie, za­srań­cy”, ale im to z pew­no­ścią nie psuło do­bre­go sa­mo­po­czu­cia.

Wy­da­ło mi się to okrop­ne; gor­sze, niż pro­sty­tu­cja.

Tak a pro­pos pro­sty­tu­cji: po­zna­łem kie­dyś dziew­czy­nę, która upra­wia­ła ten naj­star­szy zawód na świe­cie i kiedy ja, obu­rzo­ny ide­ali­sta, za­rzu­ci­łem jej, że to, co robi, uwła­cza jej czci, czci ko­bie­ty, że jak tak można, re­zo­lut­ne dziew­czę ob­ja­śni­ło, że cóż z tego, że wła­snym cia­łem han­dlu­je, skoro są takie jej „za­cho­wa­nia” i „czary”, któ­ry­mi ob­da­ro­wu­je je­dy­nie ko­cha­nych przez nią męż­czyzn, a tych znowu tak zbyt wielu na tym łez pa­do­le nie eg­zy­stu­je, i że jej po­czu­cie god­no­ści nic a nic na tym nie traci.

Hi­po­kry­zja, co? No pewno, że hi­po­kry­zja, ale dziew­czy­na jakoś ra­to­wa­ła to swoje mocno nad­wą­tlo­ne su­mie­nie. Czy sama wie­rzy­ła w to, co mówi? To pewno wie tylko jeden Bóg na Nie­bie. W każ­dym razie wy­glą­da na to, że jakaś część ludzi ma wy­raź­nie wy­zna­czo­ne i mocno strze­żo­ne gra­ni­ce, któ­rych nigdy się nie prze­kra­cza, ale są i tacy, u któ­rych jakiś dia­bel­ski układ z Schen­gen obej­mu­je za­rów­no duszę jak i ciało w ca­ło­ści.

Teraz o współ­cze­snych dar­czyń­cach. Też z życia wzię­te.

Któ­re­goś dnia, mój ko­le­ga Marek, przed­się­bior­ca dzia­ła­ją­cy w bran­ży wę­glo­wej, za­pro­po­no­wał mi wspól­ny wy­jazd do Ka­to­wic. Tak sobie, na kilka go­dzin. On tam miał jakiś „deal” do zro­bie­nia, a ja aku­rat nie mia­łem nic in­ne­go do ro­bo­ty, więc przy­sta­łem na pro­po­zy­cję. Na miej­sce przy­by­li­śmy dosyć długo przed cza­sem i szwendaliśmy się po cen­trum mia­sta. Nagle, w po­bli­żu jed­ne­go z wiel­kich skle­pów Marek za­trzy­mał się, wyjął z kie­sze­ni nie­wiel­ki plik bank­no­tów 10 zło­to­wych, naj­wy­raź­niej wcze­śniej przy­go­to­wa­nych i rzekł do mnie: „A teraz głów­ny punkt pro­gra­mu”. Na całej dłu­go­ści łuku skle­pu, bo był on zlo­ka­li­zo­wa­ny na rogu ulicy, stało, sie­dzia­ło albo klę­cza­ło kil­ku­na­stu że­bra­ków.

Marek ko­lej­no pod­cho­dził do każ­de­go z nich i wrę­czał po jed­nym bank­no­cie. Było w tym coś z farsy. Dziw­na ce­le­bra prze­cho­dzą­ca w kabaret. Kiedy skoń­czył, jakoś tak bez prze­ko­na­nia bąk­ną­łem coś, że: „Szla­chet­nie z two­jej stro­ny”. Chyba nie wy­czuł wa­ha­nia w moim gło­sie, bo z wy­raź­nym za­do­wo­le­niem od­po­wie­dział: „Jakoś le­piej teraz się czuję. I wiesz, dla­te­go robię to za­wsze, ile­kroć tu je­stem”.

Ten świat taki już jest, że ani po­trze­bu­ją­cych, ani mo­gą­cych pomóc, nigdy na nim nie za­brak­nie, ale pa­mię­taj­my, że ludz­kiej god­no­ści nie można  sprze­dać, lubi kupić. Ten, który chce ją sprze­dać utra­ci jej po­czu­cie i ją samą na za­wsze, a w jego sercu za­go­ści nie­na­wiść do tego, który mu ją ode­brał, a ten który chce ją kupić, kupi sobie tylko za­pie­kłą wro­gość tego, któ­re­go chciał jej po­zba­wić.

Oboje mogli się uszla­chet­nić, a razem się upodli­li.

Jak w takim razie po­ma­gać lu­dziom na­praw­dę po­trze­bu­ją­cym?

Otóż po­ma­gać na­le­ży po cichu. Ci­chu­teń­ko. Naj­le­piej zu­peł­nie nie­zau­wa­żal­nie. Godne udzie­la­nie po­mo­cy, to wiel­ka sztu­ka, ale ko­rzy­sta­nie z niej bez utra­ty ho­no­ru jest jedną z naj­trud­niej­szych umie­jęt­no­ści na świe­cie; dając bar­dzo po­trze­bu­ją­ce­mu, na­ra­ża­my go na cięż­ką próbę z czło­wie­czeń­stwa. Chcesz pomóc, to po­ma­gaj, ale nie­zau­wa­żal­nie. W ta­kich sy­tu­acjach na­le­ży po­stę­po­wać z pełną de­li­kat­no­ścią, bo ope­ru­je się na żywej, ludz­kiej wraż­li­wo­ści.

Za­py­ta­cie: „Ale czemu tak? Prze­cież takie fajne są me­dial­ne, a więc gło­śne akcje do­bro­czyn­ne”.

A czy ktoś z was po­my­ślał, na czym tak na­praw­dę opie­ra się po­czu­cie wa­szej, wła­snej war­to­ści? Na jakim fun­da­men­cie stoi ta pi­ra­mi­da?  We­dług mnie jed­nym z waż­niej­szych skład­ni­ków w re­cep­tu­rze na po­czu­cie god­no­ści, jest zrów­no­wa­żo­ny bi­lans zy­sków i strat mo­ral­nych.

Naj­czę­ściej włą­cza­my w to – i słusz­nie – rów­nież pomoc ma­te­rial­ną, bo prze­cież ta od­czu­wa­na jest za­zwy­czaj jako dług ho­no­ro­wy, któ­re­go spła­ce­nie jest ko­niecz­no­ścią dla za­cho­wa­nia god­no­ści. Nie za­po­mi­naj­my więc, że zwią­zu­jąc po­trze­bu­ją­ce­go takim zo­bo­wią­za­niem, do­ty­ka­my sa­me­go sedna jego wraż­li­wo­ści.

Krót­ko; cho­dzi o to, że każdy czło­wiek co­dzien­nie staje przed takim oto bi­lan­sem: ile zo­bo­wią­zań mam ja wobec in­nych, a ile inni wobec mnie? W do­brym życiu to się rów­no­wa­ży, czyli, że za­sa­da wza­jem­no­ści dzia­ła. W in­nych na­to­miast wy­pad­kach brak moż­li­wo­ści spła­ce­nia za­cią­gnię­tych dłu­gów lub nie­moż­ność od­zy­ska­nia udzie­lo­nych po­ży­czek sprawiają, że szlag tra­fia wszyst­kie szla­chet­ne uczu­cia i mi­łość, przy­jaźń, za­ufa­nie, sza­cu­nek czy życz­li­wość, prze­ista­cza­ją się w głę­bo­ką nie­chęć i cho­ro­bli­wą po­dejrz­li­wość, a w skraj­nych przy­pad­kach w nie­na­wiść i po­gar­dę.

Jedną z naj­bar­dziej kre­tyń­skich lu­do­wych „mą­dro­ści” jest po­wie­dze­nie: „Nie czyń ni­ko­mu do­brze, a nie bę­dzie ci źle”. Na pewno nie o to cho­dzi. Po­zo­staw­my jed­nak te prze­mą­drza­łe głu­po­ty na boku ist­nie­je bo­wiem pe­wien, cie­ka­wy „bon mot” w for­mie py­ta­nia, a brzmi on: „Co ta­kie­go do­bre­go ci uczy­ni­łem, że mnie tak nie­na­wi­dzisz?”

I oto wła­śnie na­iw­ne py­ta­nie nie­de­li­kat­ne­go do­bro­czyń­cy. Czy­nić do­brze wcale nie jest łatwo, prze­cież jed­nak po­dob­no je­ste­śmy ludź­mi ro­zum­ny­mi, po­win­ni­śmy w takim razie umieć po­rząd­ko­wać ten świat w miarę sen­sow­nie.

Ale, w takim razie jak? Prze­cież cze­piam się, że gło­śno źle, że głasz­cząc wła­sny ego­izm źle, że obo­jęt­nie źle, że roz­wią­za­nia sys­te­mo­we – źle; no to jak?

Myślę, że aby to pojąć, na­le­ży przy­po­mnieć sobie, z ja­kiej to tra­dy­cji wy­ro­śli­śmy. Na ja­kich war­to­ściach się ona za­sa­dza, a osta­tecz­nie czym są te war­to­ści i jak się na­le­ży nimi w życiu kie­ro­wać.

War­to­ści, czyli dro­go­wska­zy mo­ral­ne, za któ­ry­mi po­win­ni­śmy po­dą­żać, aby do­brze żyć są zhie­rar­chi­zo­wa­ne. W tym tkwi wiel­ka mą­drość. Po­rzą­dek ak­sjo­lo­gicz­ny jest dosyć ści­śle okre­ślo­ny, tak, aby we wła­ści­wy spo­sób afir­mo­wać wszyst­kie aspek­ty na­szej, ludz­kiej na­tu­ry. Pójdź­my od góry; mamy więc sa­crum, war­to­ści du­cho­we, war­to­ści wi­tal­ne, a na samym dole – war­to­ści he­do­ni­stycz­ne.

Życie we­dług ta­kiej hie­rar­chii war­to­ści kieł­zna złe, nie­kon­struk­tyw­ne i ego­istycz­ne skłon­no­ści czło­wie­ka, ale nie na­ru­sza jego do­brze ro­zu­mia­nej mi­ło­ści wła­snej. Wy­wra­ca­nie tego po­rząd­ku rze­czy – z czym mamy dzi­siaj do czy­nie­nia – jest jedną z przy­czyn zła na świe­cie. Wła­ści­wa po­sta­wa ak­sjo­lo­gicz­na har­mo­nij­nie kształ­tu­je nie tylko nas sa­mych, ma ona w zu­peł­nie oczy­wi­sty spo­sób, bez­dy­sku­syj­nie po­zy­tyw­ny wpływ na nasz sto­su­nek do in­nych.

Za­wsze na po­cząt­ku każ­dej ludz­kiej de­cy­zji po­win­na być mą­drość po­par­ta wie­dzą i do­świad­cze­niem ży­cio­wym, któ­rym aku­rat dys­po­nu­je­my; w każ­dym mo­men­cie istnienia musi być jakaś roz­wa­ga.

Nie­ste­ty, czę­sto po­zy­cja uprzy­wi­le­jo­wa­nia eko­no­micz­ne­go, a zwłasz­cza uprzy­wi­le­jo­wa­nia bez wła­snej za­słu­gi, czyni nas próż­ny­mi. Bez­za­sad­nie na­peł­nia nas pychą, a prze­cież cho­dzi tylko o to żeby wła­ści­wie zro­zu­mieć sy­tu­ację i po­trze­by dru­gie­go czło­wie­ka.

Abym zo­stał właściwie zrozumiany, podam przy­kład.

Wy­bu­do­wa­nie stud­ni głę­bi­no­wej dla grupy no­ma­dów, któ­rzy ze wzglę­du na dłu­go­trwa­łą suszę cier­pią głód, wy­da­je się czło­wie­ko­wi Za­cho­du czymś ze wszech miar do­brym. Tym­cza­sem rze­czo­na stud­nia zwią­zu­je ludzi, dla któ­rych wę­dro­wa­nie jest isto­tą ich życia, z tym kon­kret­nym ka­wał­kiem ziemi, na któ­rym ją wy­wier­co­no. Woda ze stud­ni po­ma­ga lu­dziom i ich zwie­rzę­tom za­spo­ko­ić pra­gnie­nie, ale roz­le­głych pa­stwisk dla zwie­rząt nie uczy­ni zie­lo­ny­mi. Za­czy­na się nie­szczę­ście, bo ani im odejść od źró­dła, ani przy nim po­zo­stać. Z jed­nej stro­ny po­ku­sa ła­twiej­sze­go, ale nie­zna­ne­go, a w końcu nie­moż­li­we­go w ich poj­mo­wa­niu życia, a z dru­giej, na­tu­ral­ny in­stynkt i zbu­do­wa­na na nim re­li­gia, tra­dy­cja i kul­tu­ra, która każe im odejść.

Chcie­li­by mieć jedno i dru­gie, ale jak wia­do­mo, nie da się zjeść cia­stecz­ka i mieć go w dal­szym ciągu. Z re­gu­ły po­zo­sta­ją przy stud­ni i już z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie prze­kli­na­ją swo­je­go „do­bro­czyń­cę”, a ten, a tym bar­dziej jego po­tom­ko­wie nijak nie po­tra­fią pojąć, za co ich tak nie­na­wi­dzą.

Chcia­ło­by się po­wie­dzieć: nie­istot­ne czy mo­żesz pomóc, ważne czy po­tra­fisz.

Tylko co to ob­cho­dzi tych, któ­rzy niby to po­ma­ga­jąc, zu­peł­nie świa­do­mie wiążą po­trze­bu­ją­cych po­czu­ciem długu ponad miarę. Ba, cza­sa­mi jak w przy­pad­ku ban­ków czy in­sty­tu­cji pa­ra­ban­ko­wych takie po­wią­za­nie łączy się z uak­tyw­nie­niem głów­ne­go źró­dła ich za­rob­ków: nie spła­cisz tego, co je­steś nam dłuż­ny, to od­bie­rze­my ci wszyst­ko co po­sia­dasz.

Taka cie­ka­wost­ka; są dosyć duże śro­do­wi­ska, na całym świe­cie ludzi mało za­moż­nych, któ­rzy w razie czego po­ma­ga­ją sobie na tyle, na ile mogą. Nie może być mowy o po­mo­cy ponad miarę, bo ta­ki­mi środ­ka­mi nie dys­po­nu­ją. Na ogół po­trze­bu­ją­cy bez pro­ble­mów po­tra­fi zwró­cić dług albo temu, który mu po­mógł, albo spo­łecz­no­ści, w któ­rej żyje.  

Mą­drość? No mą­drość, tyle tylko, że nie­chcia­na. A także nie­za­słu­żo­na.

Tak czy ina­czej za­sa­da wza­jem­no­ści po­zo­sta­je jed­nak w rów­no­wa­dze. Ale, uwaga…!!! w moim poj­mo­wa­niu zja­wi­sko to w żad­nym wy­pad­ku nie może być apo­lo­gią biedy. Bieda jest zła i świad­czy o bez­ro­zum­no­ści spo­łecz­no­ści nią do­tknię­tej. Bieda jest takim samym ogra­ni­cze­niem jak głu­po­ta za­moż­nych ludzi o do­brych chę­ciach, któ­rzy chcąc ją wy­eli­mi­no­wać, upra­wia­ją po­zba­wio­ne sensu roz­daw­nic­two na chy­bił – tra­fił.

Po­dob­nie ak­ty­wi­zo­wa­nie ludzi we­dług urzęd­ni­cze­go „widzi mi się,” czyni rękę go­to­wą do uczci­wej pracy, jak to kie­dyś wy­śpie­wy­wa­li ar­ty­ści z ka­ba­re­tu Elita, „wolną, ale w dy­bach”.

Przy­kła­dy na na­ru­sza­nie za­sa­dy wza­jem­no­ści można by przy­ta­czać w nie­skoń­czo­ność. Nasza te­raź­niej­szość jest w nie prze­bo­ga­ta.

Mo­men­ta­mi od­no­szę wra­że­nie, że współ­cze­sne­mu czło­wie­ko­wi cho­dzi tylko o to, aby zwią­zać ze sobą dru­gie­go, uzależnić go od siebie niemożliwością spłacenia długu. Spo­łecz­ność ży­ją­ca we­dług war­to­ści, spo­łecz­ność ludzi przy­zwo­itych, łączy sza­cun­ek za­ufa­nie, bo tylko w ta­kiej at­mos­fe­rze moż­li­wa jest zdro­wa mi­łość, przy­jaźń, ko­le­żeń­stwo czy dobre są­siedz­two. Dzi­siaj na­to­miast lu­dzie wiążą się łań­cu­cha­mi zo­bo­wią­zań nie­moż­li­wymi do wy­ko­na­nia. Nie­umie­jęt­ność, a przez to nie­moż­ność do­bre­go, spo­łecz­ne­go życia, za­stę­pu­ją mo­ral­nie de­struk­cyj­nym uza­leż­nie­niem i za­własz­cze­niem, sto­su­jąc przy tym wszyst­kie moż­li­we sztucz­ki z ar­se­na­łu so­cjo­tech­ni­ki.

To chyba dla­te­go ob­ser­wu­jąc te, niby szczyt­ne akcje i za­cho­wa­nia do­bro­czyn­ne, czuje się jakiś wszech­ogar­nia­ją­cy fałsz. Ma się wra­że­nie, że jest się świad­kiem ku­sze­nia czło­wie­ka pra­gną­ce­go je­dy­nie zdro­wia, czy ka­wał­ka chle­ba, ja­kimś ko­lo­ro­wym mi­ra­żem, jakąś pro­te­zą nieba.

Współ­cze­sny czło­wiek zdaje się tak prze­ma­wiać do dru­gie­go: „Nie umiem cię ko­chać. Nie umiem ci ufać. Nie mam dla cie­bie sza­cun­ku, ale je­steś mi po­trzeb­ny, bo ja chcę się bawić. Sa­me­mu do­brze bawić się – nie spo­sób. Tylko nie po­myśl sobie przy­pad­kiem, że ja chcę bawić się z tobą. Ja chcę bawić się tobą”.

Świę­ty Jan od Krzy­ża po­uczał, aby po­ma­ga­ją­cy nie ana­li­zo­wał prze­sła­nek, któ­ry­mi po­trze­bu­ją­cy kie­ru­je się zwra­ca­jąc się do niego o pomoc. To praw­da. Na co dzień takie ana­li­zy są nie­po­trzeb­ne.

Dla­cze­go więc pod­ją­łem się tego te­ma­tu?

Ano po to, aby po­ka­zać na­tu­rę i wagę pro­ble­mu. Pod­ją­łem się tego po to, aby po­ka­zać z jak de­li­kat­ną tkan­ką mamy do czy­nie­nia. Po­ma­ga­nie, to sza­le­nie trud­na sztu­ka. Po­ma­ga­nie nie może być trak­to­wa­ne jak bez­ro­zum­na za­ba­wa.

Myślę, że po­ma­ga­my jesz­cze go­rzej: je­dy­nie po to, aby czuć się gwiaz­da­mi do­bro­ci na tle nie­szczę­ścia po­trze­bu­ją­cych. Jeśli tak jest, ozna­cza to tylko tyle, że do­ro­bi­li­śmy się men­tal­no­ści zwy­kłe­go raba, bo żaden pan z taką roz­ko­szą nie upodli swo­je­go nie­wol­ni­ka, z jaką men­tal­ny nie­wol­nik „wdep­cze mię­dzy płyt­ki chod­ni­ko­we” in­ne­go w po­trze­bie.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko