Stanisław Grabowski – Słowo o Gałczyńskim

0
311

STANISŁAW GRABOWSKI



 

SŁOWO O GAŁCZYŃSKIM


galczynski1

 

         Od kilku tygodni nie rozstaję się z tą książeczką. Kiedy tylko mam chwilę czasu zaglądam do niej, by po raz już który przeczytać tych kilkadziesiąt strof w niej zapisanych. Dla ścisłości, czytam tylko jej pierwszą część, choć ów poetycki tomik składa się z trzech części. Jednak tylko pierwsza, którą można nazwać poematem, choć z wieloma zastrzeżeniami, zaintrygowała mnie. To ciekawe doświadczenie, tygodniami podczytywać jeden tomik, nie rozstawać się z nim, wręcz zaprzyjaźnić, jeśli jest to w jakimś stopniu możliwe. Wciskać się tak długo pomiędzy słowa, podważać je, szukać ich drugiego dna, żeby jednak orzec: dokopałem się do sedna!

            Poemat to trudna forma. Wymaga, moim zdaniem, wizji, talentu i konsekwencji. Współcześnie jest dość rzadko wykorzystywana. Bo czasy jakby mu nie sprzyjały. Sprzyjały np. Jewtuszence, mniej już Miłoszowi, czy Broniewskiemu. Pamiętacie poemat tego ostatniego Słowo o Stalinie, oczywiście należy odrzucić jego treść, ale od strony formalnej trudno byłoby poecie coś zarzucić. Broniewski pisał go w trudnych dla siebie chwilach, był niejako daniną, którą musiał zapłacić.

            Ale dlaczego Wojciech Kass napisał poemat o Gałczyńskim, jakiż to miał powód? Bo zdradzę, że bohaterem poematu pt. Ba!, z którym się obnoszę od wielu tygodni, Kass uczynił Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, jednego z najważniejszych u nas poetów w XX wieku, mimo wszelakich wokół niego pokrzykiwań, mimo „błądzenia” samego mistrza. Gałczyński nie  b y w a ł  poetą,  lecz  b y ł  poetą od stóp aż po czubek głowy ozdobionej fantazyjnym beretem, wyglądał jak poeta, zachowywał się jak poeta, cokolwiek miałyby znaczyć te słowa. Prawie wszystko, co napisał zyskało charakter złotego kruszcu, angażuje wszystkie zmysły czytelnika, czyli artysta w sposób doskonały panował nad słowem. Czy był to efekt wielkiej intelektualnej pracy, czy po prostu dar od Boga, nie mnie to w tej chwili osądzać. Gałczyński to po prostu poeta autentyczny. Już za życia człowiek-legenda, choć wielu było takich, którzy nie widzieli go na piedestale, lecz i on się na nim chyba nie widział. 

            Ale, powtarzam pytanie, dlaczegóż to Wojciech Kass sprokurował poemat pt. Ba! i… ponoć wypiera się, iż nie jest o Gałczyńskim? Pamiętamy jednak jego wcześniejsze dokonania około Gałczyńskiego, pamiętamy zasługi, no i nieco znamy biografię czarodzieja słów. Więc skąd nagle w poemacie ta surowa wiwisekcja Poety z najwyższej półki, taka, że się ucieszyłby dr Marcinkowski, skąd to odtajnianie dokumentów lekarskich związanych z poetą, przekraczanie jeszcze jednego tabu. Choć te ostatnie słowa cofam. Czegóż to nie wypisuje się np. o Szopenie, ale czy to szkodzi jego muzyce. Dlatego też piszcie, piszcie towarzysze, Poecie to i tak nie zaszkodzi.

            Kass swój poemat podzielił na części, które oznaczył arabskimi cyframi, w sumie tych części o nierównej ilości wersów jest 28. Część 1 rozpoczyna się jak komunikat prasowy, lub raczej notatka ubeckiego lumpa, który służbowo wałęsa się pod szpitalem, bo posłuchajcie: Jest 7 grudnia 1952 roku godzina 9.00 / na VII oddział nerwic zgłasza się K. / wczoraj były jego 47. urodziny. I jakby tego było mu mało dodaje: śnieg prószy w parku jak łupież / chmary wron / mleczarz pcha wózek…

            Potem pióro się łapsowi omsknęło i w linijce znajdujemy tylko trzy słowa: w bramie parka. Ale poniżej: (przyjechał / z domu / sam) / na wrony / trąbi sanitarka.

            Pewnikiem pisał to konfident, bo skąd ten przypadkowy rym: parka – sanitarka.

Poważny poeta takiego lapsusu by nie przepuścił, chyba, że puszcza oko do czytelnika, ale po cóż?

            Część 2 omawianego poematu rozpoczyna się od lekarskiej diagnozy, i to na tyle dokładnej, że możemy uwierzyć, iż autor miał jednak dostęp do dokumentów szpitalnych, bo przecież nie mógł tego zmyśleć: ciało anginy i dyfterytu z mową kluskową i podgardlem prokonsula / dwudziestoletnie ciało rzeżączek / trzeciej i ostatniej z rzadką bakterią ulcus molle etc.

            Oto jak się rozkłada artystę na łopatki. Leży przed nami niczym w prosektorium nagi i bezbronny.

            Część 3 to powrót do przeszłości, i to tej najodleglejszej, na dodatek Kass jakby wcielił się w alter ego swego bohatera: Miałem pięć lat /gdy chwyciłem za /stópkę, / za stópkę / kieliszek podniosłem / gdy miałem pięć lat… Już to precyzją Kass nie może się pochwalić, na cóż to wielosłowie, ale może sugeruje coś, czego ja nie dorozumiałem się.

            Na dodatek, czy imaginacja nie poniosła zbytnio autora poematu? Skąd niby ta wiadomość? Przeglądam wszystko, co Gałczyński napisał oraz cokolwiek o nim napisano i tej informacji jakoś nie odnajduję.

            W części 4 dalszy ciąg wyznania: Byłem młodzieńcem krnąbrnym / skłonnym do melancholii […] wiosną w średniej szkole / zatrułem się alkoholem. […].

            Na to mamy dowody w formie pisanej. Tylko, że… wina nie leżała wyłącznie po stronie Gałczyńskiego, bo upieram się, iż to rzecz o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim! Oczywiście, licentia poetica obowiązuje, ale może warto wiedzieć, że uczeń popijał w towarzystwie… nauczyciela.

            Część 5 przynosi kolejny kawałek życiorysu, zapisany suchym wręcz protokolarnym językiem: W szkole pije raz w miesiącu / nałogowo zaczyna na studiach / możliwie jak najczęściej i jak najwięcej / i wtedy porzuca uczelnię. / Leczony w Gościszewie i Świecku…

            W tej części jest także informacja, że poeta ma żonę i córkę: pamięta wojnę / ale zakazuje w domu / żonie i córeczce / rozpytywać i mówić o niej.

            Zakaz nie zdał się na nic, bo po latach o wojennym losie poety nieco dowiadujemy się ze starannie wydanego Notatnika z podtytułem Spisany w dniach 18 sierpnia – 18 listopada 1941 r. w Altengrabow, a także z zamieszczonych na końcu tej książki Kilku niezbędnych słów wyjaśnienia autorstwa Kiry Gałczyńskiej. Po inne szczegóły odsyłam do znanych nam relacji jego towarzyszy obozowej niedoli, a także do książki angielskiego lekarza Johna Burtona.

            W części 6, autor porzuciwszy rozwichrzone wersy, czyli zmieniając styl, zapisuje prozą: że [Gałczyński] zanim wsiadł na statek Dulcynea płynący z tułaczami wojennymi do Polski, dostał pieniądze na powrót, upity zataczał się ulicami Brukseli, dzwonił drobniakami w kieszeni i krzyczał: Patrzcie na kanalię, co się sprzedała… Ale że znaleźli się tacy, którzy zaklinali się, iż poeta nie żyje, czytelnicy, zdaniem Kassa, otrzymali pożegnalny artykuł w „Tygodniku Powszechnym” pióra Gracjana Gałki (czyli Jerzego Turowicza, po cóż ta mistyfikacja?).

            W rozdziale 7 autor poematu próbuje jakby naśladować styl mistrza, ale próba to nijaka, choć znalazło się w niej parę słów-kluczy z Gałczyńskiego: instrumenty, kwiaty, gitara, okręty… Ale w dalszym ciągu, czy Kass podrwiwa, czy o drogę pyta? Zgadnąć hadko.

            Tę część puentuje jakby taką oto refleksją: No, bo poeta odwołuje się / (i zaraz to odszczekuje jak pies) / no bo poezja odwołuje się / do krańców duszy ludzkiej / (i zaraz kuli ogon jak kopnięty pies)…

            I następuje część 8 złożona z 6 wersów, z których każdy zaczyna się od słowa  ratuj. Mamy tu m.in. wspomnienie o dziadku po kądzieli, który umarł na delirium tremens oraz o dziadku po mieczu, pijaku, nieboraku. Przy okazji, uczono nas w PRL, że chłopów rozpijali: pan i karczmarz (w domyśle: Żyd), ale kto dwóm wiejskim staruszkom, mógłby stawiać lekarskie diagnozy? Dr Faust?

            Do gabinetu przychodzi chętnie – czytamy w części 9 – psychozis maniaco-depressiva pro– / du minoris et potatorium in stu / dio depressivo./ Jest spokojny, kontaktowy, bierze / vitaminum C i B… To znowu wygląda na wgląd do archiwum w T. A w Archiwum Głównym Akt Dawnych nie udzielą nam informacji jeśli ma mniej niż sto lat. Więc jak to jest? Mamy te tajemnice lekarskie, czy też nie mamy? .

            Część 10 to opis kupna na starówce za stówkę uncji czułości, deka przyjemności (ach, te rymy wewnętrzne!). To opis dość odległy od „tematu” zasadniczego. I po co było w to mieszać świętych, zwłaszcza Stanisława ze Szczepanowa? Że niby autor taki odważny? A na dodatek czemuż to zapatrzył się na ks. Bakę?

            Część 11 rozpoczyna się od strofy: gdy piję, chcę być wciąż na rauszu […] A gdy nie piję, jestem wrogiem wódy, nie sprzedaję rzeczy lecz do domu znoszę […] I to by się zgadzało z tymi opisami „inwentarza” poety, które znamy, lub które mogliśmy zobaczyć na zdjęciach z nim związanych.

            Część 12 to 11 silnie zrymowanych dwuwierszy, choć rymy są różnej konduity. No i mamy tam Henia, który bryluje nie na niby. Czy był nim przyjaciel Gałczyńskiego… Ładosz, jeden z najlepszych interpretatorów jego poezji, choć najlepiej czytał swoje utwory sam mistrz.   

            Dwa kolejne rozdziały (rozdzialiki) to znowu skrupulatne wypisy z diagnozy lekarskiej, które rozpoczynają się tak: Cierpi na zaburzenie samopoczucia / okresowo jest wzmożone albo obniżone

            Braciszku, ratuj – czytamy w części 15 – pod okno sprowadź chór / papieski / i cherubiński… Wiemy, że Gałczyński miał brata, który młodo zmarł na szkarlatynę, bardzo go kochał, a jego śmierć była wielką traumą dla poety. Są tam także aluzje m.in. do Pragi, do Czech, gdzie mieszkały jego ciocia i matka. Ale, że chodzi o brata ostatecznie wyjaśnia się w zakończeniu tej części poematu: Ratuj braciszku / i gdzie bądź zanieś / zaklętą w glinianą okarynę / melodię mojej skargi / drwinę.

            Z kolei czytamy: Ratuj żono – tak zaczyna się część 17 – zawieź do Rawenny, do Danta, najlepiej statkiem parowym… I dalej mamy cały słownik geograficzny, nadto słownik sztuk pięknych, do tego dochodzi szczypta historii i literatury. Ot, taki erudycyjny popis, jaki przy kielichu można usłyszeć od pijanego intelektualisty. Nawiasem mówiąc, do dziś dokładnie nie wiemy, w jakich miejscach przebywał Poeta, po zakończeniu wojny. Z tych podróży po Europie i Afryce przemieszczamy się do leśniczówki Pranie, czyli do leśniczego Popowskiego, do Rudego, Zatoki Słonecznej, Szczupaczej na dukty sosnowe, / nad Skarbek, / Wesołka, Nidzkie, do domku z cegły, chmielu na rogach, lampy / naftowej…Jest w tej części jakaś próba budowania klimatu podpatrzonego u mistrza Konstantego, ale czemuś to wtórna i naśladowcza.

            W części 18 znów zmiana stylu, mamy coś w rodzaju pijackiego monologu, bo posłuchajcie fragmentu: Maciuś mówi: / zawiało ojczyznę / i chlup setę / zawiało ojczyznę / jeszcze seta / a gdy oczy / Misi mętnieją / woła: konkieta!

            I oto przed nami część 19, w języku nowoczesnej poezji nazywa się to „kolażem”. Tego gruzowiska słów nijak zrozumieć. Cytuję początek: Inne epitety, inne witryny, inne makatki, inne winiety, / inne fikołki, inne szpagaty, inne wolty, inne koziołki itd. To dla mnie dowód poetyckiej bezradności Kassa. Na ile przypadkowej, na ile chytrze wykoncypowanej. Nie zgaduję, kto tu kogo nabiera? To inny stróż języka mego? 

galczynski2            Część 21 to znowu „kolaż”, dla mnie kolejny potok słów, pozornie układających się w jakąś całość, mamy tam z jednej strony wzniosłość, z drugiej trywialność, ale co pomiędzy nimi, co pomiędzy sacrum i profanum? „Przyłóż nawet cholewę do księżyca, a coś z tego wyniknie”, pisał Irzykowski, co powtarzam za Przybosiem.

            Kim jestem? – czytamy w części 22 – Ikoną poety / jak tyle innych ikon / w firmamencie świata / chcę przeniknąć siebie / na przestrzał / i dotknąć ścianę / w którą jest wbity / ćwiek mojej duszy / gloria / amen. Tu znowu Kass staje się alter ego Gałczyńskiego. W tym momencie należy zadać pytanie: jakim językiem jest to zapisane. To rodzaj poezjo-prozy. Posługiwał się nią po mistrzowsku Miłosz. Ale Kass jedynie podrabia styl mistrza Konstantego Ildefonsa, pastiszuje. Jakby celowo zbliżał się i oddalał od „tematu”, który sobie wybrał, ale dlaczego?

            Córeczko ratuj, przynieś kałamarz, ten srebrny jak płotka – prosi poeta w części 23. Czyli w pisarstwie, w poezji upatruje raz jeszcze sens życia, szansę na ocalenie, ucieczkę przed alkoholizowaniem się. A czemu czyżyk na parapecie celi chce być gołąbkiem pokoju… Czy to jakaś niejasna aluzja do tych wszystkich niedobrych wierszyków, które od poety, w kiepskich dla niego czasach, wyciągnął redaktor naczelny „Płomyczka” St. Aleksandrzak? Może to wniosek za daleko idący, ale w tym ple-ple właśnie coś takiego odkrywam.

            Część 24 przynosi dziesięć tzw. trójwierszy, które nie mają charakteru np. tercyny: Z kolumnad /gazet wygnany / wiersz. Pod strzechą / swojską kopnięty / wiersz… Czy dalej cytować? A o co chodzi? Czy to może próba naśladownictwa języka dziecięcego? Powrót do początku mowy? Naprawdę nie wyjawiałem co naprawdę myślę. / Bo dlaczego miałbym wyjawiać? Żeby mnożyć nieporozumienia – pisał Miłosz.

            W części 25 W. Kass do diagnozy lekarskiej dokłada swoje fantazje: Granica lewa serca / przesunięta na jeden palec (boży?) / tony (serafińskie?) na koniuszku głuche, czyste / nad mostkiem (westchnień) dźwięczne / nad aortą pierwszy ton głuchy / akcja miarowa (wiersza?). To wszystko, co w nawiasach to dołożył Kass.

            Autor zadaje w części 26 nieco retorycznych pytań różnej proweniencji, na dodatek miesza epoki i rekwizyty, chciałoby się rzec: żongluje nimi, wiąże je z Gałczyńskim, ale dość luźno. Chociaż ten fragment jest ze znanej nam bajki: Nie, to o mnie mówi teściowa / że piszę głupie kawałki / o mnie mówi żona / że zadręczam ją jak Otello / o mnie mówi ciotka, ta z Pragi / że nie mam stałej posady.  

            A ta część kończy się jak litania: Bolesna ruchliwości umysłu / bolesny szkwale wyobraźni / bolesny zachwycie dla bytu etc. etc. Módl się za nami!

            I oto zbliżamy się do końca Kassowego poematu. Czeka nas tylko w części 27 kilka dobrych rad, ale komu udzielanych zgadnąć trudno. Inaczej – raz jeszcze zmiana języka. A część 28 mogę zacytować całą: Ba!

            Pod poematem data: 9.04–11.04.2013. Jak na tak krótki czas to Kass dużo napisał, właściwie przebiegł, niczym Abebe Bikila, przez różne epoki i style, niczego jednak nie zgłębiając. Napisał prawie tyle co Gałczyński, gdy ten stworzył w Berlinie Bal u Salomona. Też w transie i w ciągu kilku dni. To pewnie nieprzypadkowa „zbieżność”.

            Podsumowując, narzuca się pytanie po lekturze Ba!: czy należy zmniejszać, czy też zwiększać wymagania wobec poezji, wobec poetów? Bo ostatecznie, na ile prawdziwy portret artysty otrzymaliśmy dzięki Kassowi? I z jakiej on epoki? A może jest odwrotnie? Na 4 stronie okładki omawianego tomiku widzimy postać mężczyzny w białym letnim kapeluszu, gdzieś na molo, odwróconego do nas tyłem. A pod tym zdjęciem napis: „WOJCIECH KASS – ur. 1 września 1964, poeta”. Dlaczego autor nie chce pokazać nam twarzy?

 

__________________

W. Kass, Ba! i dwadzieścia jeden wierszy, Biblioteka „Toposu”, T. 97, Sopot 2014.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko