Mirosław Prandota – Poczekalnia do lepszego świata

0
220

Mirosław Prandota


 

   Humanizm mierzy się czasami metodą traktowania człowieka w czasie, gdy niektórym może się wydawać, że człowiek ten już i tak nikomu nie jest potrzebny…


 

POCZEKALNIA DO LEPSZEGO ŚWIATA

 

prand27-4-15Poczekalnia nazywa się Szpital Roslagen. 60 kilometrów powyżej Sztokholmu. Trafiłem tam z ogłoszenia. Psychologów, lekarzy (w pierwszym rzędzie anestezjologów), byleby tylko mówili po szwedzku poszukiwano wtedy nawet za granicą (dzisiaj wystarczy mówić po angielsku, a na kurs szwedzkiego wysyła sam szpital i jeszcze za to płaci), bo praca diabelnie trudna, a personel medyczny rodzimego chowu woli na ogół spokojniejszą robotę.

Miałem za sobą studia na wydziale psychologii ze specjalizacją kliniczną oraz osiem lat praktyki w szpitalu psychiatrycznym. Zajęcie było w miarę satysfakcjonujące i efektywne chociażby z tej racji, że przecież obserwowałem coraz dłuższe okresy remisji u pacjentów reanimowanych także przeze mnie. A w kilkanaście lat później postanowiłem utrudnić sobie życie i pojechałem do Roslagen, gdzie hospitalizowano ludzi wyeliminowanych z normalnego życia przez chorobę Alzheimera.

Jako fachowiec wyznający światopogląd optymistyczny wyobrażałem sobie, że i na tym polu znajdzie się ktoś do uratowania, byleby tylko udało się umiejętnie zastosować mechanizm aktywizacji chorych. To akurat robi się w szpitalu psychiatrycznym i jeżeli tylko cnota cierpliwości u terapeuty nie zawiedzie, efekty aktywizacji bywają całkiem przyzwoite.

Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że istnieje pewna zasadnicza różnica biologiczna pomiędzy chorobą psychiczną a syndromem Alzheimera. Polega ona na tym, że struktura substancji mózgowej u osoby chorej psychicznie pozostaje na ogół taka sama jak u człowieka zdrowego, jest więc organiczna baza do regeneracji osobowości w jakimś stopniu. Natomiast choroba Alzheimera objawia się od strony biologicznej zwyrodnieniem komórek mózgowych. Stąd bierze się najpierw postępujące otępienie z utratą pamięci na czele, potem nawarstwiają się na to zaburzenia osobowości, a na końcu zmniejsza się odporność immunologiczna pacjenta, wskutek czego zapada on na różne choroby cielesne i w końcu umiera.

Literatura przedmiotu podaje mimo wszystko, że jeśli nawet istnieje podatność, między innymi genetyczna, na chorobę Alzheimera, to jednak stałe funkcjonowanie mózgu na najwyższych obrotach, chociażby z racji pełnienia funkcji publicznej, naukowej lub twórczej, opóźnia rozwój choroby. Są opracowania, z których wynika, że osoby, którym nagle urwało się piastowanie znaczącej roli w społeczeństwie albo też które utraciły już nadzieję na osiągnięcie jakiejkolwiek satysfakcji w życiu, „puszczają mózg luzem”, pozwalając mu więdnąć w nieograniczonej bezczynności. Jak już zaznaczyłem wcześniej, jestem przedstawicielem odłamu społeczeństwa wyznającego światopogląd optymistyczny, toteż mimo wszystko wierzyłem, że działalność mobilizująca w stosownym czasie wymusza jednak na omawianym organie nowy proces podziału komórek, co jest równoznaczne ze sprawnością.

Gdy przybyłem do Roslagen, stosunkowo szybko uszło ze mnie powietrze. Tam już nic nie było do usprawniania. Na nic zdała się motywacja do popełniania wielkich czynów, w którą byłem dotychczas zaopatrzony. Mój entuzjazm terapeuty skończył się już po około trzymiesięcznym wyczekiwaniu na cud. W końcu doszedłem do wniosku, że psycholog i tak nie ma tam nic do roboty, może jedynie przestawić się na fizyczne usprawnianie pacjentów biernie oczekujących na swój los.

Na motywację do optymistycznego działania w warunkach pesymistycznych składała się w pierwszym rzędzie moja pensja w wysokości (po przeliczeniu na bardziej znajomą walutę) dwa i pół tysiąca dolarów miesięcznie na rękę z perspektywą szybkiej podwyżki, mieszkanie służbowe, za które płaciłem tylko 15 dolarów i urozmaicony obiad za 3 dolary. W latach 90. było to dość przyzwoite uposażenie. Do dyspozycji miałem też świetnie wyposażoną siłownię, kort tenisowy i basen. Do morza było 2 kilometry, do jeziora z drugiej strony tyle samo, a las i tak porasta prawie całą Szwecję, więc w tym wypadku nie ma o czym mówić. Sporo innych możliwości rozrywkowych też tam było.

Wróćmy do szpitala. Odkryję pewne szczegóły, na które warto zwrócić uwagę osób stykających się z różnymi jednostkami chorobowymi, myślę, że uwagę wszystkich Czytelników, bo nawet osoba „niebezpiecznie zdrowa” w końcu na coś zachoruje i trzeba ją leczyć.

 

* * *

– Henrik, już wpół do ósmej! – krzyczy opiekunka Ulla i szarpie mężczyznę za ramię. – Wstawaj, niedługo będzie śniadanie!

Dziadek Henrik ma 76 lat i nieprzepartą chęć do spania. Można go tak tarmosić bez końca. Wstanie tylko wtedy, kiedy sam zechce. Ponieważ jednak dziadkowi rzadko chce się wstawać o tej porze, więc Ulla wzywa na pomoc dwóch kolegów, studentów medycyny, którzy są tu na praktyce. W trójkę zrywają kołdrę i próbują unieść starszego mężczyznę. Nie jest to łatwe. Skandynawowie mają kości jak mamuty, za czym idzie zwykle znaczna siła. O ile ja na przykład przy mocnym docisku niemal potrafię objąć swój przegub dłoni palcem serdecznym i kciukiem drugiej ręki, to dokonanie czegoś takiego na ręce dziadka Henrika jest niemożliwe. Sprawdziłem – było dwa centymetry przerwy. Dziadek jest poza tym wysoki, szeroki w ramionach i bardzo silny mimo podeszłego wieku. Jedno energiczne rozłożenie ramion i… studenci lecą bezładnie na ściany, a Henrik opada słodko na poduszkę.

Do pokoju wchodzi Brigitta – uosobienie dobroci i cierpliwości. Z uśmiechem zbliża się do zdenerwowanego pacjenta i przemawia do niego łagodnie przez kilka minut. Henrik stopniowo rozluźnia mięśnie, jego twarz wypogadza się. Brigitta jest tu jedyną opiekunką, której udaje się pacyfikować nastroje każdego pacjenta.

Później idzie już łatwiej. Henrik pozwala się karmić, nie sprzeciwia się też, kiedy opiekunka prowadzi go do toalety. Zresztą dawno już zapomniał o tym, że ktoś próbował na siłę wyciągnąć go z łóżka.

Studenci otrzymują delikatny opieprz ze strony Ulli za niewłaściwe podejście do pacjenta, a następnie zostają skierowani do mnie na lekcje uświadamiania, jak to się robi, żeby dało się robić to, co się skutecznie robi. Kiwają z powagą głowami, kiedy im robię wykład z psychologii osobowości pacjenta, ale i tak nie ma gwarancji, czy zapamiętają podstawowe rzeczy, mimo że objawów Alzheimera akurat nie zdradzają. W każdym razie na pewno nie wybiorą dla siebie specjalizacji psychiatrycznej, jako że przy kandydowaniu trzeba umieć przekonać komisję o posiadaniu wrodzonego daru empatii. Ja przynajmniej czegoś takiego u nich nie odkryłem.

 

* * *

Oddział liczy piętnastu pacjentów. Osiem kobiet i siedmiu mężczyzn. Zajmują oni w sumie dziesięć dość dużych pokoi, bo niektórzy mieszkają tu w pojedynkę, a jeszcze inni dwójkami, zależy to od aktualnego stanu psychicznego pacjenta. Podstawowe wyposażenie pokoju to łóżko z automatycznym urządzeniem do podnoszenia lub opuszczania. Na ścianach wiszą fotografie i obrazy przyniesione z domu rodzinnego przez krewnych, aby pacjent mógł czuć się bardziej związany ze swoimi bliskimi. Takie jest teoretyczne założenie ograniczonej kuracji i tak to się robi.

W obszernej szafie każdy pacjent posiada stos ubrań, jako że ludzie ci (w szczególności kobiety) mają na sobie inne ubranie każdego dnia w tygodniu. To też jest wypróbowany sposób na względną aktywizację tych pechowców, którym przytrafiło się nieszczęście już nie do odrobienia – „alzheimer”.

Granice aktywizacji są tu zresztą jasno określone: śniadanie, obiad, podwieczorek, kolacja, dwa razy drzemka, toaleta, spacer wzdłuż korytarza, spacer po szpitalnym parku, wymuszana rozmowa, wymuszana aktywność intelektualna. I to już wszystko. Całe życie!

Ci chorzy nie skarżą się na nic, ale też nigdy nie przeczytają gazety, nie porozmawiają z pasją o czymkolwiek, nie przejmą się ani burzą za oknem, ani śmiercią żony lub męża. Ich jedynym pragnieniem jest, aby pozostawiono ich w spokoju. Natomiast personel szpitala, w tym również ja, robimy im na złość. Ciągle stawiamy jakieś wymagania. Każemy chodzić, nie pozwalamy spać, namawiamy na kawę, częstujemy pomarańczami lub bananami, zadajemy pytania, na które domagamy się odpowiedzi…

 

* * *

Jeszcze siedem lat temu dziadek Henrik był wiceburmistrzem miasta. Ludzie go szanowali, rodzina kochała, a współpracownicy zazdrościli mu talentu organizacyjnego i fachowości w podejmowaniu decyzji. Niezależnie jednak od wszystkich zalet, które Henrik miał, był to już ostatni rok sprawowania lokalnej władzy. Wojewoda uznał bowiem, że Henrikowi należy się wreszcie prawdziwa emerytura, czyli gnuśny odpoczynek od stresujących funkcji publicznych. Jak na ironię, Henrik zaczął reagować stresem na myśl o czekającej go perspektywie nicnierobienia.

Pewnego razu wiceburmistrz Henrik Jansson wstał o czwartej rano i poszedł do pracy. Oczywiście był jedynym człowiekiem, który o tej porze pojawił się w ratuszu. Tak się złożyło, że tego samego ranka zapomniał założyć skarpetki. Buty, a jakże, miał, ale skarpetek nie.

W kilka dni później kilkakrotnie kupował mleko do domu. Kiedy domownicy otworzyli lodówkę, zobaczyli wnętrze dosłownie zapchane kartonami mleka. Na pytanie, dlaczego aż tyle, Henrik odparł, że zapomniał, iż mleko kupował już wcześniej. Pamięć przestała mu służyć niemal z dnia na dzień. Poprzednio wybierał numery telefonów z głowy, teraz musiał za każdym razem sięgać do notesu. Stał się agresywny i niechlujny. Nasilały się kłótnie z rodziną i z urzędnikami w ratuszu. Nikt nie potrafił zrozumieć, co stało się temu uprzejmemu i zrównoważonemu człowiekowi.

Doszło wreszcie do tego, że burmistrz zapomniał, po co przyszedł do pracy. Zrugał współpracowników za to, że mu nie powiedzieli, co ma robić. Gotów był wszystkich atakować, gdy tylko ktoś sugerował, że jest przemęczony i powinien pójść do lekarza. Jego więzi emocjonalne z rodziną i przyjaciółmi stawały się coraz słabsze. Potrafił też usiąść w fotelu i przez dwie, a nawet trzy godziny patrzeć w jeden punkt. Agresją reagował na jakąkolwiek uwagę. Zwykle twierdził zresztą, że tak sobie siedzi, bo akurat rozwiązuje problemy miasta. Przestał dbać o higienę intymną. Robił rzeczy bez celu i bez sensu.

Z konieczności wezwano lekarza do domu. Burmistrz przyjął go nieprzyjaźnie. Otrzymał urlop bezterminowy. Od tej pory przesiadywał nieruchomo w fotelu coraz częściej i coraz dłużej, jego wypowiedzi straciły sensowny wątek. Nie chciał jeść, zaczął zanieczyszczać się. Rodzina próbowała zajmować się nim w jakiś mniej lub więcej zaimprowizowany sposób, każdy robił to z dużym oddaniem, ale na przeszkodzie stawał prozaiczny kłopot: Henrik był silny jak tur i potrafił uderzyć każdego, kto wydawał mu się wrogiem.

Małżonka udała się z prośbą o pomoc do szpitala rejonowego. Dłużej już nie dało się z Henrikiem wytrzymać.

                         

* * *

Szpital Roslagen jest dla mnie absolutnym wzorem jeżeli chodzi o organizację opieki nad ludźmi niepełnosprawnymi psychicznie. Wzorem, do którego z różnych przyczyn chyba nigdy nie dobijemy, ale na tle niespełnionej reformy służby zdrowia dobrze jest przynajmniej wiedzieć, jak to sobie zorganizowali nasi sąsiedzi zza morza.

Otóż, jak wspomniałem, starsi panowie i panie mają do dyspozycji pokój, czasem tylko pół pokoju, bo mieszka w nim dwóch w miarę niekonfliktowych pacjentów. W dzień na dwójkę takich pań lub panów przypada jedna pielęgniarka usługująca im non stop. Posiłków, które serwuje się chorym, nie powstydziłaby się porządna restauracja. A przecież nie jest to żaden szpital VIP-owski, lecz publiczna lecznica rejonowa. Pacjenci są karmieni, myci, czesani, przebierani kilka razy dziennie, masowani, kremowani, gimnastykowani i… przytulani! To bardzo ważne. Personel traktuje pacjenta jak człowieka, który mimo trudnego odbioru potrzebuje uśmiechu, serdeczności i wielu innych objawów zwykłej życzliwości.

Psychologowie i lekarze dokonują klasyfikacji polegającej zwykle na tym, że ustala się, kogo zwolnić do opieki rodzinnej, a kogo przyjąć na wolne miejsce z rejonu. Szpital Roslagen trzyma bowiem pieczę nad całym rejonem. W przypadkach, kiedy proces otępienny jest mniej zaawansowany, szpital wysyła swoje opiekunki do domu rodzinnego pacjenta. Chorego nigdy nie pozostawia się samemu sobie. Jest to ważne o tyle, że zazwyczaj druga połowa rodziny jest również w zaawansowanym wieku, toteż bywają kłopoty z pielęgnacją małżonka ze względów czysto technicznych. Opiekunki kupują żywność, gotują obiady, robią pranie, prasowanie, sprzątają dom, wyprowadzają dziadka lub babcię na spacer, biorą go na przejażdżkę do lasu własnymi samochodami, a z czasem meldują przełożonym, że taki a taki pacjent powinien już zostać przyjęty na oddział szpitalny, bo opieka domowa stała się zbyt uciążliwa.

 

* * *

Pewnego poranku zmarła 65-letnia Susanna. Gdy przyszedłem na oddział, widziałem, że pielęgniarki ocierają łzy na twarzach. Widać było autentyczny żal u personelu, gdy umarła pacjentka, która spędziła tu trzy lata. Było tak jakby umarła osoba bliska. Bliska każdemu.

Chorzy traktowani są przez personel jak członkowie jednej, dużej rodziny. Można dostać od pacjenta po głowie, jest to wliczone w ryzyko zawodowe, ale nie wolno zdenerwować się na niego. Ba! Członkowi personelu, który bywa dość często poszkodowany na ciele, władze szpitala dają do zrozumienia, że powinien zmienić pracę, bo tutaj po prostu nie nadaje się. Nie potrafi wczuć się w psychikę pacjenta (niedostatek empatii), nie potrafi ustawić go przyjaźnie wobec siebie i wobec tego – niech poszuka dla siebie miejsca gdzie indziej!

Miałem kiedyś zabawną przygodę. Przyszedłem na oddział po nocy spędzonej na wesołych urodzinach u przyjaciół, ale nadrabiałem miną i tryskałem sztuczną energią, aby nie wydało się, że jestem najzwyczajniej nieprzygotowany do pracy. Starałem się nie ziewać na oczach wszystkich i być aktywny w każdym miejscu. To ostatnie nie wychodziło najlepiej, bo wszyscy zajmowali się toaletą poranną pacjentów i nie miałem okazji zaczepienia się przy kimś bliżej. Wreszcie okazało się, że w nawale zajęć zabrakło kogoś, kto mógłby ogolić dziadka Henrika, a jest to przecież rytuał obowiązkowy. Zameldowałem więc oddziałowej, że jestem w stanie przygotować Henrika jak do ślubu, dawajcie tylko maszynkę elektryczną, a za kilka minut zobaczycie, jak przerobię dziadka na pana młodego!

Najpierw opowiedziałem mu kilka dowcipów, których on uprzejmie wysłuchał, chociaż nie gwarantuję, czy w ogóle wiedział, o czym mówię, a potem, kiedy uznałem, że jest w dobrym nastroju i raczej nie urwie mi głowy, bo robiłem wszystko, aby zademonstrować się jako przyjaciel, sięgnąłem po maszynkę.

Jeździłem tą maszynką po zarośniętych policzkach Henrika jak zawodowy cyrulik, dziadek cierpliwie poddawał się celebrze, ale… minął kwadrans, a zarost jaki był, taki pozostał.

– Henrik – odezwałem się wreszcie niezbyt pewnie – może ta twoja maszynka ma już stępione nożyki, co? Bo golę cię i golę, a nic się nie dzieje.

Henrik pogłaskał się po policzkach.

– Nie – powiedział z zadowoleniem. – Sam czuję, że jestem już prawie ogolony.

Jeżeli „prawie”, to jedziemy dalej! Znowu objechałem kilkakrotnie jego policzki i brodę, skóra na całej twarzy zrobiła się czerwona od naciskania maszynki, a efekt nadal żaden. Jeszcze trochę i Henrik straci cierpliwość, da mi w łeb, a dyrektor szpitala powie, że nie nadaję się do roboty w jego placówce.

Zostawiłem na chwilę Henrika samego i poszedłem do Ulli.

– Masz może jakąś inną maszynkę do golenia, bo tamta stępiła się i nie mogę dziadka ogolić?

– Stępiła się? – Ulla zrobiła zdziwioną minę. – Przecież wczoraj kupiona! Ale proszę bardzo, weź inną.

Dopiąłem swego. Henrik wprawdzie już oganiał się ode mnie jak od muchy, ale dzieła dokonałem. A później, gdy chowałem tamtą „stępioną” maszynkę do szuflady, otworzyłem nagle szerzej zamglone urodzinami oczy i wstrzymałem na chwilę oddech. Na nożykach, którymi zamaszyście goliłem pacjenta, tkwiła… plastikowa osłona! Tego dnia prawie niedostrzegalna dla mnie.

Gdy w kilka miesięcy później, już podczas uroczystego obiadu pożegnalnego, opowiedziałem to wydarzenie moim kolegom i koleżankom z oddziału, Ulla dostała takiej czkawki ze śmiechu, że trzeba było dać jej zastrzyk uspokajający, bo omal nie udusiła się. Osobiście zrobiłem jej ten zastrzyk, bo pielęgniarkom długo jeszcze trzęsły się ręce ze śmiechu. To już drugi przypadek w Szwecji (po Eriku Larssonie, o którym napisałem wcześniej), kiedy importowane z Polski porzekadło „pęknąć ze śmiechu” nabrało materialnego wymiaru.

A szpital w Roslagen pozostawił na mnie niezatarte wrażenie. Szczególnie w ostatnich latach, kiedy mam okazję robić porównania z sytuacją naszej służby zdrowia, a telewizja informuje, że taka lub inna jednostka zamyka przed umierającym pacjentem swe podwoje, bo „Fundusz” nie dowiózł jeszcze pieniędzy do dyrektorskiego biurka. W Szwecji byłoby to nie do pomyślenia. Tam nikt nie stawia sobie nawet pytania, czy w ogóle warto poświęcać tyle energii i pieniędzy na opiekę nad ludźmi, którzy nigdy nie wyzdrowieją. Szacunek dla każdego życia, nawet dla życia ograniczonego chorobą powodującą otępienie, jest zasadą niepodważalną. U nas kończy się to co najwyżej na sztucznie wywoływanym szacunku do tak zwanego życia poczętego, do którego zresztą traci się ten szacunek zaraz po rzeczywistych narodzinach.

 

* * * * *


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko