Andrzej Wołosewicz – Kiedy wiersz jest wierszem?

0
323

Andrzej Wołosewicz




Kiedy wiersz jest wierszem?



Artur Markiewicz            W słynnym już tekście „Jak rozpoznać wiersz, gdy się go widzi” (1971) Stanley Fish, wybitny literaturoznawca i krytyk literacki, przedstawiciel Reader-Response Criticism (teorii rezonansu czytelniczego) opisał swój eksperyment ze studentami. Wykorzystał zapisaną na tablicy listę nazwisk z poprzednich zajęć sugerując kolejnej grupie studentów, że to jest stary wiersz religijny[1] „jak te, nad którymi wcześniej pracowaliśmy i poprosiłem o jego interpretację”. Studenci ochoczo wykonali polecenie dokonując wyczerpujących, wielostronnych, często błyskotliwych odczytań. Pytanie, jakie po tym ćwiczeniu zadał sobie Fish brzmiało: jak rozpoznaje się wiersz, gdy ma się go przed oczami? Jedną z reakcji naszych rodzimych literaturoznawców były próby dyskredytowania eksperymentu Fisha poprzez podawanie swoich zestawów z nazwiskami, z których układano podobne „wiersze”, by pokazać, że łatwo powtórzyć taki wygłup. I to naszemu zadowolonemu z siebie środowisku literaturoznawczemu zupełnie wystarczyło: pokazać, że to, co komuś (Fishowi) wydało się odkrywcze, jest w sposób banalny replikowalne. I tu zaczynają się kłopoty.

            Pierwszy to ten, że Fish przeprowadził realne zajęcia ze studentami, gdy jego polscy krytycy ograniczyli się jedynie do zreplikowania samego „wiersza”. Czego w ten sposób dowodząc? Że też potrafią? To niewiele.

            Drugi, na co zwróciła uwagę wnikliwa znawczyni Fisha, Magdalena Cyzman, tenże powtórzył swój eksperyment w różnym czasie w wielu krajach i miejscach (oczywiście z innym zestawem nazwisk charakterystycznych dla określonych kręgów kulturowych) z takim samym skutkiem!

            Zatem to nie wygłup (jak chcieliby polscy literaturoznawcy), tylko odkrycie pewnego sposobu naszego zachowania się wobec wiersza, sposobu zupełnie innego niż gremialnie dowodzą literaturoznawcy czy recenzenci: „Wedle zdroworozsądkowej odpowiedzi, do której przywiązanych jest wielu literaturoznawców i językoznawców, czynność rozpoznania (czegoś jako wiersza) zostaje uruchomiona (triggered) przez dającą się zaobserwować obecność jego cech konstytutywnych. Znaczy to, że wiemy, iż to, co mamy przed oczyma, jest wierszem, ponieważ jego język ma charakter, o którym wiemy, że jest właściwy dla wierszy. Ten model jednak w oczywisty sposób nie pasuje do przytoczonego właśnie przykładu. Moi studenci nie wychodzili od stwierdzenia cech konstytutywnych dla wiersza, by następnie uznać, że mają go przed sobą. Było raczej odwrotnie: pierwotny był akt rozpoznania – z góry wiedzieli, że mają do czynienia z wierszem – cechy konstytutywne znalazły się później.” Mówiąc jeszcze prościej i dosadniej: studenci znaleźli cechy konstytutywne wiersza w tekście, który ich nie miał (bo wierszem nie był, był zwykłym zestawem nazwisk), a zrobili tak dlatego, że najpierw – dzięki sugestii Fisha – zobaczyli tekst jako wiersz. Żeby nie było wątpliwości: gdyby istniały ewidentne cechy konstytutywne wiersza (jak na przykład w naszej antropologii istnieje w człowieku coś, wobec czego używamy określenia człowieczeństwo a odmawiamy ich choćby małpom), to studenci powinni stwierdzić ich oczywisty brak w przypadkowym zestawie nazwisk, na który Fish skierował ich uwagę (tak jak nikt nie domaga się la małp praw człowieka, co najwyżej domaga się poszanowania zwierzą jako istot zdolnych do cierpienia).

            Oczywiście nie wszystkich musi pasjonować takie grzebanie się w ontologii interpretacji, wcale ich do tego nie zmuszam. Podnoszę ten problem, dlatego że ujawnia się on – choć oczywiście nie nazywany tak bezpośrednio jak zrobił to Fish – i w wielu interpretacjach, które czytamy i w literaturoznawczych sporach o poezję. Zaliczam tu też te wszystkie poszukiwania świętego Graala w postaci sztuki pisanej przez duże S. Ktoś pisze o Sztuce jako takiej i uważa, że chwycił pana Boga za nogi a może i za gardło. Pierwszy z  brzegu przykład. Andrzej Walter w ostatnim swoim tekście zadaje pytanie: „Jednak co przyniesie prawdziwa Sztuka?”[2]

            Tymczasem problem jest głębszy. Dotyczy sporu między relacjonistami a esencjonalistami w całej kulturze (prawie, sztuce, socjologii itd.). Nie będę się nad nim rozwodził i zamknę przypomnieniem dobrej maksymy Fryderyka Chrystiana Hebbla: „Dla znacznego zastępu młodych ludzi jest poezja cmentarzem, na którym gniją. Niech nikt nie pogardza nauką, zwłaszcza poeta, przedstawiciel duszy świata, w którym mają się odbić stworzenie i akt stwarzania równocześnie. Wiem, jak mi przeszkadza moje niezupełnie, jednostronne wykształcenie; co prawda wiem także (i to daje mi stanowisko wobec innych), że posiadanie wiadomości nie jest korzyścią w tak wielkim stopniu, w jakim ich brak jest zawadą.”

            Fish zrobił pewne ćwiczenie. Powtórzmy je na innym materiale. Pobawmy się tekstami. Oto wiersz (z numeru 3 (124), listopad-grudzień 2014 „Autografu”) Psikus Barthesa:

Roland Barthes pisze tekst

Zatytułowany „Śmierć autora”

 

to zabawne, mógł przynajmniej

napisać go jako R.B.

 

byłby wtedy bardziej wiarygodny

jeżeli inicjały mogą być takowe

 

mam tu poważne wątpliwości

oczywiście jako Andrzej Wołosewicz

 

a nie na przykład jako A.W.

jak wolałby R.B.

 

w każdym razie przyznajmy Barthesowi

że zrobił psikusa i nabrał wielu

 

którzy wylali morze atramentu

na wymyślony przezeń koncept

 

nie wiedzieć czemu podpisując teksty

swoimi nazwiskami

 

po czym mija kilkanaście lat

gdy Roland Barthes (ten sa, ten sam)

 

pisze w książce „Sade, Fourier, Loyola”

że autor jednak żyje

 

co prawda żyje nieco inaczej

ale byłemu (w tej sytuacji) nieboszczykowi

 

chyba niezbyt to przeszkadza

chociaż nieznane są na razie

 

reakcje wszystkich którzy wcześniej

zbyt łatwiej uwierzyli

 

A w „Migotaniach” (nr 3 (44) 2014) znajdziemy fragment (w tekście zatytułowanym „Czy postmodernizm się „przejadł”” następujący: „Roland Barthes pisze tekst zatytułowany Śmierć autora. To zabawne, mógł przynajmniej napisać go jako R.B. Byłby wtedy bardziej wiarygodny, jeśli inicjały mogą być takowe. W każdym razie przyznajmy Barthesowi, że zrobił psikusa i nabrał wielu, którzy wylali morze atramentu na wymyślony przezeń koncept, nie wiedzieć czemu podpisując teksty swoimi nazwiskami. Po czym mija kilkanaście lat, gdy Roland Barthes (ten sam, ten sam, a jakże) pisze w książce Sade, Fourier, Loyola, że autor jednak żyje. Co prawda żyje teraz nieco inaczej, ale byłemu (w tej sytuacji) nieboszczykowi chyba niezbyt to przeszkadza, chociaż nieznane są reakcje wszystkich, którzy zbyt łatwo uwierzyli.”

            Jestem autorem jednego i drugiego. Różnią się niemal symbolicznie. Wiersz ostatecznie „zgubił” frazę mam tu poważne wątpliwości/ oczywiście jako Andrzej Wołosewicz// a nie na przykład jako A.W./ jak wołałby R.B., pomińmy te szczegóły. Ponieważ mamy do czynienia z dwoma poważnymi pismami i ani mi w głowie było kpić z czego lub kogokolwiek, mam konkurs dla Czytelników konkurs na uzasadnienie własnej odpowiedzi na pytanie, który tekst był pierwszy?[3] Sprawa jest poważna. Mamy możliwość (wspólnie) zrobić podobne doświadczenie do ćwiczenia Fisha. Jestem ciekaw – jeśli je Państwo podejmiecie –efektów. Oczywiście zagadka ma swoje rozwiązanie, które w stosownym czasie podam.



[1] Szczegóły w: Stanley Fish, Interpretacja, retoryka, polityka, Kraków 2007

[2] Takie, przepraszam za słowo, zadęcie, od razu prowokuje pytania jak postrzega autor (każdy, każdy, żeby nie wszystko było „na Waltera”), swoje pisanie (ograniczmy się do literatury), bo ja swego nie nazywam Pisaniem. I doradzam wszystkim podobną ostrożność.

[3] Proszę nie iść tropem dat, oba periodyki są z końca minionego roku.

{jcomments off}

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko