Dariusz Pawlicki – Ten czwarty z parku

0
103

DARIUSZ PAWLICKI



TEN CZWARTY Z PARKU

 


      Bryant Park, położony w środkowej części Manhattanu, sąsiadujący z gmachem głównym Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, kojarzy się mi z czworgiem poetów. Troje spośród nich, w tym miejscu jest, jakby stale obecnych. Stoją tam bowiem ich pomniki. Posąg Williama Cullena Bryanta, odsłonięty w 1911 r., jest okazały. Natomiast pomniki Johanna Wolfganga von Goethego i Gertrudy Stein są niewielkie.

      William C. Bryant wielokrotnie przebywał w miejscu, gdzie później powstał park nazwany jego imieniem. Chociażby wtedy, gdy zwiedzał Kryształowy Pałac wzniesiony w 1853 r. Mieścił on ekspozycje składające się na Wystawę Światową. Pięć lat później, ta imponujących rozmiarów, żelazno-szklana budowla uległa zniszczeniu w wyniku wielkiego pożaru. Nowojorski Kryształowy Pałac spotkał zresztą ten sam los, co jego londyński pierwowzór.

      To, że w centralnej części Manhattanu, od 1932 r., stoi pomnik autora Fausta jest wynikiem działań Nowojorskiego Towarzystwa Goethego. Wprawdzie on sam nigdy nie odwiedził Stanów Zjednoczonych, ale jego dzieła wywarły wpływ także na literaturę tego kraju.

      W przeciwieństwie do Williama C. Bryanta, Getruda Stein nigdy w Nowym Jorku nie mieszkała. Bywała jednak w nim. Dlatego jej wizyta w Bryant Parku jest bardzo prawdopodobna. A wznosząc w 1992 r. jej pomnik, chciano w ten sposób uczcić pamięć amerykańskiej pisarki i poetki.

 

                  

Bryant Park (fragment)

 

*

    

      Troje poetów już znamy. A kim jest ten czwarty?

      To Delmore Schwartz. Choć jego pomnik nie wznosi się w Bryant Parku (prawdopodobnie także nigdzie indziej), to jak najbardziej jest on związany z tym miejscem. Te związki dotyczą jednak okresu, gdy Bryant Park nie był miejscem eleganckim, jakim jest obecnie. A stał się nim po generalnym remoncie zakończonym w 1989 r. Wcześniej, szczególnie w latach 50. i 60. XX w., był to zaniedbany park, odwiedzany licznie przez handlarzy narkotyków i ich klientów, jak również przez bezdomnych. Było to też miejsce konsumpcji taniego alkoholu. Sprzyjało temu usytuowanie w jego bezpośrednim otoczeniu wielu sklepów z napojami wyskokowymi.

 

*

 

      Z urodzenia był nowojorczykiem (później miało okazać się, że również „ze śmierci”); a dokładniej – brooklyńczykiem. Urodził się w 1913 r. w rodzinie Żydów przybyłych z Rumunii. W późniejszych latach studiował filozofię na University of Wisconsin, New York University i Harvard University. W dwóch ostatnich  z tych uczelni, jak również w Princeton, pracował potem jako nauczyciel akademicki. W latach 1943-1955 był członkiem zespołu redakcyjnego opiniotwórczego czasopisma ”Partisan Review”, a od 1955 do 1957 współredagował, równie wpływową, „New Republic”.

      Pierwszy zbiór wierszy Delmore’a Schwartza, In Dream Begin Responsabilities, wydany w roku 1938, został bardzo dobrze przyjęty przez krytykę. Zresztą z taką samą reakcją spotkały się i inne jego książki poetyckie, jak również utwory dramatyczne, eseje, nowele, tłumaczenia wierszy (np. utworów Arthura Rimbauda).

                                                                                                                  

Delmore Schwartz w karykaturze Davida Levine’a.

 

      Wypada jednak stwierdzić, że twórczość Schwartza, zarówno poetycka jak

i prozatorska, była dużo bardziej ceniona przez krytyków, innych poetów, dramaturgów, prozaików, niż przez tzw. zwykłych czytelników. Stąd brały się takie, na przykład, opinie , że był „autorem (szczególnie jednak poetą) elitarnym, czytywanym i dyskutowanym w kręgu znawców i snobów”, „poetą dla poetów”. A pośród tych, którzy z uznaniem wyrażali się o jego dokonaniach, były takie literackie znakomitości, jak np.: Allan Tate, Saul Bellow, John Berryman, Vladimir Nabokov. W utworach Delmore’a Schwartza, w przeciwieństwie do ogółu czytelników, pociągał ich „wysokiej próby intelektualizm” skupiony na tych szczególnych zagadnieniach egzystencjalnych i moralnych, jakie towarzyszą człowiekowi we współczesnym świecie, jakże szybko się zmieniającym. Jeśli chodzi o mnie, to, jeśli chodzi o dokonania poetyckie Schwartza (przynajmniej jak na razie) należę do „ogółu czytelników”. Lecz przytoczony poniżej wiersz przyciąga moją uwagę:

 

                  Ameryka, Ameryka!

 

Jestem poetą rzeki Hudson i tego, co z niej się wspina

      świateł, gwiazd, mostów

A także mianowanym przez siebie laureatem Nagrody Atlantyku –

      serc ludzi, którzy go przebyli

      po Amerykę nową.

 

Wlokę się pod ciężarem chimer, nadziei zdobytych

      w znoju chorej ekstazie zrywach

      i ciągach nastroju, dziwach udziwnionych

Królestwa emocji, które trzeba dostrzec i przed którym ostrzec.

 

Bom jest poetą żłobka (w mieście)

      i cmentarza (w mieście)

Gazem i jazzem tajemnego miasta w sercu i w głowie.

To pieśń naturalnej jaźni miasta Dwudziestego Wieku.

 

Prawdą jest, choć częściową, że miasto to „tyrania liczb”

(To zaśpiew jaźni miejskiej metropolitalnej i metafizycznej

Powstałej z pierwszych dwóch Wojen Światowych Dwudziestego

                                                                                            Wieku)

 

To miasta jaźń, co spoziera jednym rozjarzonym oknem w drugie

Gdy kwadraty i szachownice błyskają nocą na olbrzymiej

Tafli mroku i majaczącymi żółto światełkami grobów

Skrywających tyle istnień. To jest mózg miasta

Który patrzy i mówi: więcej: więcej i więcej: wciąż więcej.

 

                                                   (tł. Grzegorz Musiał)

 

*

 

     W miarę upływu lat, życie Schwartza zaczęło się komplikować. Coraz częstsze nawroty choroby psychicznej, jak również narastające problemy z alkoholem, sprawiły, że oba jego małżeństwa zakończyły się rozwodem, a kariera nauczyciela akademickiego i redaktora „New Republic” została przerwana. Znacznemu ograniczeniu, ilościowemu jak i jakościowemu, uległa też wszelka twórczość Delmore’a Schwartza. Pod koniec życia zaniechał jej zresztą w ogóle. Zaczął bowiem żyć w świecie, który wykreowywała jego chora psychika. 

      W tym okresie mieszkał na Manhattanie. A do miejsc, które szczególnie często odwiedzał (jeżeli w ogóle był w stanie poruszać się, z racji nadużywania alkoholu) należał, obok Times Square i jego okolic, właśnie Bryant Park.

     Zaniedbany, skłócony z rodziną, podejrzliwy wobec wszystkich ludzi, był w ciągłych kłopotach finansowych. O losie Schwartza pod koniec życia, świadczy i ten fakt, że ilekroć chciano się z nim skontaktować, trzeba było poświęcić wiele dni na to, aby go odnaleźć.

 

*

 

      Nie było mi trudno wyobrażać sobie Delmore’a Schwartza w Bryant Parku. Widziałem go przesiadującego samotnie na ławkach, rozmawiającego z samym sobą, odpędzającego wyimaginowane osoby (może także nawiedzające go demony), krzyczącego przy tym. Mimo że jest to obecnie miejsce o zadbanych trawnikach i alejkach, to platany, pomniki Bryanta i Goethego, tak jak i żeliwne ogrodzenie, pamiętają najpewniej wizyty poety w tym miejscu. Te elementy były tu bowiem, gdy park miał zupełnie inny, wspomniany charakter. Z tamtych czasów są także okoliczne budowle. Moja wyobraźnia nie musi się też za bardzo wysilać, z racji obecności w parku osób (bardzo nielicznych), których wygląd, brak jakichkolwiek czasomierzy i znamion pośpiechu we wszelkich czynnościach, czynią nieco podobnymi do Delmore’a Schwartza u schyłku życia.

 

*

 

    Myśli dotyczące Schwartza towarzyszyły mi zawsze, gdy byłem w Bryant Parku. To pewnie dlatego, że wiedziałem, iż tu bywał. A jego tragiczny los, był i jest dla mnie niejednokrotnie punktem wyjścia do rozważań nad sytuacją artystów, ludzi pióra w społeczeństwie amerykańskim. Ci żyjący w XIX w., niewiele różnili się od pozostałych ludzi (w słowie „niewiele” zawiera się ten stały poziom odmienności, jaki wyróżnia artystów od innych ludzi). Wyjątki jeśli chodzi o ludzi piszących, to: Edgar A. Poe i Emily Dickinson. Przynajmniej nikt inny nie przychodzi mi do głowy. Tak jak reszta Amerykanów, zakładali bowiem rodziny, zarabiali na ich utrzymanie, kierowali się w życiu zasadami powszechnie akceptowanymi; przynajmniej ich  większością. I w tym świecie, z lepszymi bądź gorszymi wynikami, ale funkcjonowali. Także problemy ze zdrowiem psychicznym nie dotykały ich częściej niż innych. Może dlatego, że „nie mieli na to czasu” zajęci twardą walką o byt. Wiek XX, zwłaszcza jego II połowa, przyniósł w tym względzie zdecydowane zmiany. Zaowocowały one między innymi większą liczbą „odstępstw od normy”. Delmore Schwartz nie jest jednym tego przykładem. Inne (ograniczam się prawie wyłącznie do poetów) to między innymi Hart Crane, Vachel Lindsay, Edna St. Vincent Millay, John Barryman, Robert Lowell, Ernest Hemingway, Anne Sexton, Sylvia Plath, Theodore Roethke, Lew Welch. 

      Z jednej strony dało o sobie znać zwiększone poczucie wolności, wolności przynależnej człowiekowi, obywatelowi, ale przede wszystkim twórcy. Z drugiej zaś – korzystniejsze i liczniejsze możliwości zarobkowania dla ludzi pióra. Obok zarabiania na życie pisaniem czy pełnienia obowiązków redaktorów czasopism, jak to miało miejsce dotychczas, zyskali bowiem możliwości tworzenia dla telewizji, radia, filmu; nauczania „twórczego pisania” itp. To a także rozliczne stypendia i nagrody, stworzyły warunki materialne sprzyjające rozwojowi literatury (jej jakość jest inną sprawą), równocześnie jednak wytworzyły jeszcze silniejszą presję na osiągnięcie sukcesu literackiego. Tymczasem coraz trudniej jest zabłysnąć, zrobić karierę, zwiększyła się bowiem niepomiernie konkurencja, większe są także oczekiwania wobec twórców. Te oczekiwania sprowadzają się, w głównej mierze, do pisania bestsellerów. A w razie braku takowych, mogą pojawić się problemy, z psychicznymi włącznie.

      Upraszczam? Może. Ale chyba tylko trochę! 

 

*

 

      Ostatni okres swego życia Schwartz spędził w zupełnej samotności. Bardzo często zmieniał miejsca zamieszkania. Zmarł w 1966 r. w bardzo tanim Hotelu Columbia na Manhattanie, w którym od kilku dni przebywał incognito. Jako przyczynę śmierci podano atak serca. Przez trzy dni ciało poety leżało w kostnicy nierozpoznane. A w tym czasie nikt nie zauważył jego nieobecności pośród żywych.

      Ale okoliczności śmierci Delmore’a Schwartza są na tyle niejednoznaczne, że często w tekstach dotyczących jego, można natknąć się na wzmianki w rodzaju: „niejasne okoliczności śmierci”, „niewykluczone, że było to samobójstwo”, „prawdziwej przyczyny śmierci, tak naprawdę, nigdy nie ustalono”. Grzegorz Musiał, w Ameryce, Ameryce! Antologii wierszy poetów amerykańskich po1940 roku, uczynił na ten temat  taką oto ciekawą uwagę: „Śmierć Delmore’a Schwartza, jak śmierć Sylvii Plath i Johna Berrymana, nie była samobójstwem, a morderstwem – poezji na poecie, któremu nie udało się do końca wytrzymać jej ciśnienia, lub we właściwym czasie jej obłaskawić”.

 

___________________

marzec 2007-wrzesień 2011


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko