Krzysztof Lubczyński rozmawia z TOMASZEM RACZKIEM, krytykiem filmowym i publicystą

0
234

Krzysztof Lubczyński rozmawia z TOMASZEM RACZKIEM, krytykiem filmowym i publicystą


 

Obraz historii sztuki filmowej był do ostatnich lat XX wieku podobnie klarowny jak obraz np. historii literatury. Tworzył go wielki kanon od Chaplina i Eisensteina począwszy a na Fellinim czy Wajdzie skończywszy. Był na tyle klarowny, że nie było problemu z przekazywaniem go uczniom w szkole na lekcjach języka polskiego, w ramach wątków kulturoznawczych. Mam wrażenie, że od końca wieku jest zamęt poznawczy, obraz kina stal się kalejdoskopowy, powikłany, brak w nim punktów odniesienia w postaci wielkich mistrzów. Czy jako znawca kina zechciałby Pan przedstawić swój obraz tego okresu. A może swój kanon?

 

–  Myślę, że historię ostatnich lat w kinie trzeba rzucić na horyzont historii kina w ogóle. Nie jest ona długa, zaledwie nieco ponad stuletnia. Przypomnę, że kino zaczynało jako rozrywka jarmarczna; widowisko ludyczne, plebejskie, mające coś wspólnego z cyrkiem i dziwowiskiem. Pierwsze seanse filmowe miały charakter jarmarcznych atrakcji, jak gabinety krzywych luster. Tak było na początku XX wieku.

Potem film zyskał szlachetność. Dopracował się doskonalszych narzędzi, takich jak np. lepsza fotografia, robiona w atelier a nie tylko na zewnątrz przy użyciu światła dziennego. Została ona doprowadzona do mistrzostwa w kinie ekspresjonistycznym, jeszcze czarno-białym. W dalszej kolejności film zyskał głos, następnie kolor, jeszcze później doskonały dźwięk dolby. Rozwijał się więc technologicznie, a równocześnie wypracowywał swój język niezależnej sztuki. W połowie XX wieku zaczęto mówić o filmie jako o X Muzie, a więc jak o pełnowartościowej sztuce. Jeszcze w latach trzydziestych powstały pierwsze festiwale filmowe, na których zaczęto szukać arcydzieł. Napomykano nawet o nagrodzie Nobla w dziedzinie filmu. Od lat pięćdziesiątych, poprzez sześćdziesiąte aż do siedemdziesiątych trwał rozkwit kina autorskiego, artystycznego. Kino zaczęto traktować jako sztukę wysoką, a w każdym razie jako sztukę, która może być sztuką wysoką. Podziwiano ją przede wszystkim w Europie, gdzie organizowano ambitne festiwale (w Wenecji, Cannes, Berlinie). Szukano na nich dzieł doskonałych i szukano mistrzów kinematografii. Stany Zjednoczone z kolei dochodziły do mistrzostwa w wypracowywaniu języka filmu gatunkowego. Stworzono dyscypliny filmowe i zasady konstruowania idealnego filmu. Wydawało się, że kino pójdzie w tę stronę.

 

Nie poszło?

 

– Koniec XX wieku był momentem, w którym zaczęło się okazywać, że już dalej w dziedzinie sublimacji film posunąć się nie może. I że jego siłą napędową, czyli tym co sprawia, że jest cały czas najaktywniejszą sztuką współczesną, nie są wcale osiągnięcia artystyczne. Prawdziwi kinomani powtarzali z nabożeństwem takie nazwiska jak Bunuel, Fellini, Wajda, Kurosawa, Bergman, ale to wcale nie dzieła tych mistrzów napędzały historię kina. Zaczęło być jasne, że za rozwój i dobrą kondycję filmu odpowiada cały czas fenomen wielkiego widowiska, które jest w stanie przyciągnąć do kina nie tysiące, ale miliony ludzi. Widowiska globalnego. Aby to mogło trwać, cały czas musiała być rozwijana technika. Początek XXI wieku przyniósł możliwości związane z kinem 3D, które stało się potencjalną rewolucją technologiczną. Artystycznie 3D jest na razie wykorzystywane przez bardzo niewielu, najbardziej chyba przez Jamesa Camerona. Moment, w którym pojawił się „Awatar” pokazał, że to szansa na nowy oddech w historii kina. Na razie jednak siły kina 3D nie należy upatrywać w osiągnięciach artystycznych. To jest cały czas kino technologii, wykorzystujące siłę zadziwienia widzów. Ludzie chcą po prostu zobaczyć coś, czego jeszcze nie widzieli. Jest więc tak jak na samym początku historii kina…

 

Co najistotniejsze stało się na początku XXI wieku?

 

– Mam wrażenie, że na początku XXI wieku film trochę się pogubił. Wjechał na szerokie tory i wydawało się, że dalej będzie nimi jechał, ale to nie jest takie proste. Podział na kino gatunkowe, a z drugiej wysublimowane kino autorskie stał się anachroniczny. Hollywoodzkie kino gatunkowe przeżywa głęboki regres. Nowe gatunki nie powstają, a gatunki tradycyjne, jak na przykład western, zanikają. Wcale nie lepiej sprawy się mają w kinie autorskim.  Dalsza sublimacja, na miarę kina nowofalowego czy autorskiego (jak to było w przypadku Felliniego czy ostatnio Almodovara) stała się niemożliwa. Stało się jasne, że te dwa rodzaje kina muszą się połączyć. Kino gatunkowe musi dostać siłę od wybitnych artystów-indywidualistów, a oni z kolei, aby przeżyć muszą wrócić do podstawowych gatunków filmowych. Katalizatorem  tego połączenia może zaś stać się właśnie nowa technologia. W filmach 3D James Cameron czy Wim Wenders dają przykłady, że technologia, artyści i gatunki muszą się wymieszać. Na razie jesteśmy na etapie mieszania i nie wiemy, co z tego powstanie. W 115 lat po narodzinach kina tworzy się jego nowy język, który da mu życie na następnych 100 lat. Uważam, że technologia jest jego niezbędnym i być może obecnie najważniejszym elementem.

 

Jakie mogą być konsekwencje technologiczne i artystyczne takiego filmu jak „Awatar”? Postrzega Pan ten film jako przełomowy, rewolucyjny?

 

– „Awatar” był czymś więcej niż tylko filmem 3D. Pokazał on awatara, czyli nadmarionetę. Jest w tym koncepcja odejścia od aktorów i to dopiero może być rewolucja, którą nam umożliwią komputery. Na początku XX wieku, w 1905 roku, wybitny teoretyk i reżyser teatru brytyjskiego,  Edward Gordon Craig, stworzył Wielką Reformę Teatru. W Polsce jej czołowym wyznawcą był Stanisław Wyspiański. Centralnym elementem tej Reformy uczyniono nadmarionetę czyli sztucznego aktora. Craig mówił w 1905 roku, a ja powtarzam to w roku 2012, bo w to wierzę, że jest coraz więcej zadań aktorskich, coraz więcej pomysłów reżyserskich, których człowiek nie jest w stanie wykonać z powodu ograniczeń ciała i psychiki a których urzeczywistnienie umożliwia technologia. Awatary, czyli nadmarionety albo też komputerowe postacie, posługujące się ruchami mimiką i grą człowieka, zamienianą w sposób cyfrowy na swego rodzaju nowoczesną animację, mogą stworzyć nowy język filmowy. Może to będzie przepustka do kina XXI wieku? Jest pewne, że kino, aby się rozwijać, musi unowocześniać swoje środki wyrazu. Nie może poprzestawać na tym, co już było. Z smutkiem słucham tych, którzy pytają: a dlaczego nie może być tak, jak było? Otóż nie może, bo ewolucja w cywilizacji, nazywana czasem postępem, jest równie nieuchronna jak w przyrodzie. Nic nie może stać w miejscu, musi się rozwijać. Ruch jest konieczny do życia, bo inaczej ono zamiera. Tak jak kiedyś film nie mógł pozostać niemy czy czarno-biały, tak teraz nie może pozostać aktorski w takim sensie rozumienia aktorstwa jakie dotąd znaliśmy. Jesteśmy więc w momencie wielkiego zamieszania.

 

Jak na tym tle rysuje się polskie kino ostatniego dwudziestolecia?

 

– U nas przemiany w kinie dokonują się zrywami. Pierwszym zrywem obserwowanym po 1989 roku było odkrycie kina gatunkowego. Kino to rozwijało się u nas do wybuchu II wojny światowej; choć słabe z artystycznego punktu widzenia, realizowane było dokładnie według recept hollywoodzkich. Takie małe, pseudoamerykańskie „kinko” nad Wisłą. Kręcono klasyczne melodramaty, klasyczne musicale, klasyczne komedie romantyczne. Intelektualiści nazywali je „kinem dla kucharek” a film nie był wtedy sztuką zbyt szanowaną. Po wojnie, wraz ze zmianą ustroju, dokonała się rewolucja we wszystkich dziedzinach kultury, zmieniono też podejście do kina. Proklamowano najpierw kino ideowe, a potem pojawiło się kino autorskie. I nagle okazało się, że mamy dużo większe sukcesy w kinie autorskim niż wcześniej mieliśmy w kinie gatunkowym. Pojawiła się nawet „polska szkoła filmowa” z Andrzejem Munkiem i Andrzejem Wajdą na czele. Te wybitne osobowości sprawiły, że po pierwsze, uwierzyliśmy w siłę polskiego kina, a po drugie zdobyło ono wybitną markę w świecie. Z łódzkiej Szkoły Filmowej wywodziły się wybitne postacie, ważne dla światowego kina, jak Roman Polański, który pojechał świat i zaświadczał o poziomie „Filmówki”, którą zaczęto nazywać kuźnią talentów. Potem było kino nurtu „moralnego niepokoju”, które nie miało takiej pozycji jak „polska szkoła”, ale też stało się osiągnięciem polskiego filmu autorskiego. Zwieńczyła to światowa kariera Krzysztofa Kieślowskiego, który stał się znaczącą postacią europejskiego kina psychologicznego. To Kieślowski jako pierwszy wprowadził Polskę do zjednoczonej Europy. Przynajmniej w dziedzinie filmu! Jednak kiedy po 1989 roku zmienił się ustrój i we wszystkich dziedzinach przeszliśmy do formuły kapitalizmu, wróciliśmy także do tego, co było uprawiane w dziedzinie kinematografii w II RP. Odrodziło się więc kino gatunkowe, ale sęk w tym, że w międzyczasie straciliśmy umiejętność tworzenia takiego kina. Pojawiły się co prawda takie talenty jak Władysław Pasikowski czy Juliusz Machulski, ale nie znalazłszy oparcia w zapleczu czyli rzutkich producentów z wizją i  artystycznym instynktem nie rozwinęli swoich możliwości. Naszym największym kłopotem jest to, że w Polsce częściej zdarzają się wybitni reżyserzy niż wybitni i – przede wszystkim – zawodowi producenci. Zostają nimi najczęściej ludzie mający pieniądze i lubiący kino, ale w sposób amatorski. Nasze kino gatunkowe jest więc niedorozwinięte i rodzi wśród widzów poczucie, że nie warto chodzić na polskie filmy, bo są niedobre. Nie umiemy nadrobić zaległości więc chyba trzeba będzie po prostu przeskoczyć pewien etap w historii i z resztą świata zabrać się do budowania nowego kina XXI wieku, będącego połączeniem kina gatunkowego i autorskiego w oparciu o nowe technologie.

 

Nie bardzo to u nas widzę…

 

– Są pewne próby, ale niestety, obie najgłośniejsze w ostatnim roku –  „1920. Bitwa Warszawska” i „Kac Wawa” – okazały się najbardziej spektakularnymi klęskami polskiego filmu od lat. Potraktujmy to jak falstart i jednak nie zrażajmy się.  Póki co ciągle lepiej wychodzi nam kino autorskie. Przykładem jest i „W ciemności” Agnieszki Holland, i „Róża” Wojciecha Smarzowskiego wraz z jego „Weselem” i „Domem złym” – kino wysublimowane, dojrzałe intelektualnie i artystycznie, doskonałe aktorsko. Odnoszę wrażenie, że nie mogąc wspiąć się na wysoki poziom cywilizacji filmowej, wycofaliśmy się na z góry przygotowane pozycje kina autorskiego. A kino gatunkowe nadal nam nie wychodzi. Takie jest moje rozpoznanie sytuacji w kinie polskim na początku 2012 roku.

 

Czy tak jak kiedyś wymieniano z łatwością listę arcymistrzów kina, może Pan to uczynić w stosunku do kina minionego dwudziestolecia?

 

– Nie jestem filmoznawcą, który mógłby w ujęciu naukowym opowiadać o historii kina. Mogę o tym powiedzieć w trybie osobistej refleksji. Wydaje mi się, że najważniejszą postacią w kinie ostatnich lat, która miała siłę uderzenia dawnych mistrzów, okazał się Lars von Trier. Jego twórczość zawiera w sobie wiele elementów, ale przede wszystkim wizję teoretyczną (teoria Dogmy), wizję tego czym powinien być film. On jest jak kometa ciągnąca ogon, bo za nim idą inni; naśladują go i uważają za rodzaj proroka, który pokazał nowy język kina.

 

A jakie tematy dominują w kinie ostatnich dwudziestu lat?

 

– Tematy logicznie wynikają z dat. Mówimy o przełomie wieków, a nawet tysiącleci, dominują więc tematy egzystencjalne. Po pierwsze, to dokumentacja psychologicznego rozbicia ludzi pod koniec stulecia. Lars  von Trier znakomicie pokazał rozdygotanie, rozsypanie i rozbicie utwardzonych, zdawałoby się i uznanych wartości. Do tego dochodzi wątek apokaliptyczny, rozwijający się zarówno we kinie gatunkowym jak autorskim. To zmaganie się z lękiem przed końcem cywilizacji. W kinie gatunkowym, poza wielkimi widowiskami katastroficznymi mamy też myślenie o przyszłości. Najciekawszy moim zdaniem intelektualnie film amerykański ostatnich lat, „Matrix”, opowiada o katastrofie ludzkości, gdy okazuje się, że  wszystko jest wielką manipulacją, iluzją i brakiem wolności. Takie nastroje powstają zawsze przy końcu stulecia i na początku nowego, to samo działo się na przełomie XIX i XX wieku. Poza tym żyjemy w czasie oddawania przez kino amerykańskie pola kinematografiom innych krajów i kultur, przede wszystkim europejskim i azjatyckim. Podczas gali Oscarów nagradzane są najczęściej filmy nieamerykańskie. Zwycięża wrażliwość Europejczyków w filmach, które nie są już jednak produktami kinematografii krajów położonych w Europie.

 

Czy to oznacza koniec kin narodowych?

 

– Mam taką nadzieję, bo nurt konsolidacji europejskiej i paneuropejskiej współprodukcji bardzo mi się podoba. Jestem za kinem, które czerpie dobrą energię z różnych miejsc, w których ona występuje. Coraz mniej jest kina czeskiego, polskiego, holenderskiego, włoskiego, austriackiego czy francuskiego. Coraz częściej są to filmy europejskie zawierające w sobie elementy kilku różnych kultur i talenty ludzi z nich pochodzących.

 

Czy dziś historyk kina ma już wystarczający dystans, aby dopisać do swojej narracji syntezę ostatniego dziesięciolecia, 2001-2010, w pigułce? Dopisać kolejny rozdział czy akapit do podręcznika szkolnego?

 

– Dystansu nie ma, ale ma aparat badawczy i może na bieżąco analizować. Na wnioski ogólne jest za wcześnie, ale cenne jest samo porządkowanie materiału. Jednak uważam, że w ostatnim dziesięcioleciu nie stało się w kinie nic takiego, co można nazwać otwarciem nowej epoki. Na razie są tylko jej zapowiedzi.

 

Z każdego dziesięciolecia historii kina można wyodrębnić kilka filmów, które oddają ducha danego okresu sztuki filmowej.  Czy z minionego dwudziestolecia może Pan wyodrębnić takie tytuły?

 

– Z kina amerykańskiego to dla mnie zdecydowanie wspomniany „Matrix” oraz „Awatar”, filmy doniosłe artystycznie i ważne intelektualnie. Z Europy Lars von Trier, ale nie w jednym filmie, lecz w całej twórczości.

 

A w kinie polskim?

 

– Nie widzę ani jednego filmu, który byłby tak ważny, by wpływać na inne.

 

                  Dziękuję za rozmowę.

 

Tomasz Raczek – ur. 15 czerwca 1957 r. w Warszawie, wybitny krytyk filmowy, publicysta telewizyjny i radiowy, menedżer medialny, wydawca. Publikował m.in. na łamach „Polityki”, „Teatru”, „Kina”, „Cinema”, „The European”. Autor i prowadzący szeregu telewizyjnych programów poświęconych kinu. Najsłynniejsze z nich to „Perły z lamusa”, prowadzone w TVP od 1990 roku wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim. Autor licznych książek o tematyce filmowej, w tym – wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim – „Pereł kina: leksykonu filmowego na XXI wiek”. Obecnie jest gospodarzem „Weekendowego Magazynu Filmowego”, nadawanego na antenie TVP 1.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko