Andrzej Wołosewicz – Roger Moore i postmoderniści

0
88

Andrzej Wołosewicz

 

Roger Moore i postmoderniści

 

Bogumiła Wrocławska            Skąd się biorą te wszystkie posty (postmodernizm, poststrukturalizm, post-to, post-tamto)?[1] Czy Tobie, Czytelniku, świat się rozpadł? Nie możesz go poskładać? Poruszasz się w nim jak Roger Moore po głowach krokodyli nie wiedząc, czy uda Ci się bezpiecznie postawić kolejny krok (bo przecież nie jesteś 007)? Czy naprawdę masz dojmujące poczucie niestabilności swego świata, swego ja i swego nie-ja? Nie pytam o Twój niepokój ekonomiczny (czy masz co do garnka włożyć), nie pytam o niepokój duchowy czy metafizyczny, bo te mogą dopaść i dopadają każdego z nas. Pytam o Twoją percepcję świata na jej elementarnym poziomie. Pytam dlatego, że sam mam silne poczucie stabilizacji: wiem, że jest świat (jakiś) za oknem i nieco dalej, wiem, co mnie czeka (śmierć), są wartości, które mnie rajcują i którym sprzyjam (rodzina, literatura), kibicuję od zawsze Realowi Madryt a w krajowej piaskownicy drużynom z Podlasia (sport potrafi mnie nadal ekscytować) – nic tu się nie zmieniło, a żyję juz ponad pół wieku.

            Tymczasem od tegoż pół wieku zewsząd jestem osaczony przez rozpad, rozbicie, nieskładalność w konsekwencji czego jestem straszony wszelkimi możliwymi końcami (historii – Fukuyama, cywilizacji – cywilizacja śmierci Jan Paweł II, podmiotu – Derrida/Lyotard). Do kompletu brakuje mi tylko końca tych wszystkich Końców i będziemy juz zapętleni dokumentnie. Jednak nie o dworowanie i złośliwości tu idzie, raczej o pewną niezborność teoretyczną, która mi doskwiera. Teoretyczną, bo z niezbornością realną, praktyczną nie mam żadnych problemów, co nie znaczy – powtarzam – że nie mam kłopotów z życiem i z codziennością.

            Idzie o pytanie, co leży u źródeł tych wieszczonych wszystkich rozpadów, tych post-ów? Dlaczego, skoro się wszystko rozpadło, zdekonstruowało[2], żyjemy jakby nic się nie stało? Co więcej, to właśnie nasze ugruntowanie i stabilizacja pozwalają w miarę bezpiecznie hasać po rejonach wszelkich nie-możliwości: niemożliwość historii, niemożliwość narracji, niemożliwość pamięci, porozumienia itd. Inaczej mówiąc: wszelkie kłótnie i spory są dowodem, że się rozumiemy (choć często n e możemy dojść do porozumienia). I tak właśnie patrzę na postmodernizm, jako na nie-porozumienie, które jednak można zrozumieć. Dlatego chętnie się z nim i o niego pokłócę.

            Kilkadziesiąt lat temu Pier Paolo Pasolini w poemacie „Zrozpaczona żywotność” pisał:

 

„Śmierć nie jest w tym

że już nie można nic powiedzieć,

lecz w tym, że już nie można zostać zrozumianym”

         (przekład Jerzy Horodyński)

 

Ktoś inny powiedział, że nastały czasy (media, demokracja), gdy wszyscy mogą mówić, ale nie każdego się słucha. A od siebie dodam, że mamy potężną nadwyżkę mówiących nad słuchającymi. (Na marginesie: czy nie na tym polega problem, że łatwiej dziś wyprodukować/powiedzieć niż sprzedać/być wysłuchanym?). To tu rozgrywa się bitwa o widza, słuchacza, konsumenta, a jeśli tych jest skończona ilość (a jest), to walczymy o generowanie nowych, nieistniejących dotąd a koniecznych (a jakże!) do natychmiastowego zaspokojenia (sic!) potrzeb. Rozbuchanie tego mechanizmu jest tak duże, że gdy mówię o potrzebie ograniczenia, pokory i ascezy, to nie tylko jest to głos wołający na pustkowiu, ale i głos intelektualnego idioty. Konrad Lorenz mówił, że duchowo i emocjonalnie nie różnimy się (lub różnimy się niewiele) od Starożytnych, natomiast nie do poznania zmieniliśmy nasze środowisko, nasze otoczenie. Kochamy i nienawidzimy tak samo jak Antygona, Kleopatra, św. Franciszek czy nasi nie święci współcześni. Zmieniliśmy za to otoczenie. Ktoś przeniesiony z Powstania Warszawskiego pod Troję mógłby poczuć się jak na historycznej inscenizacji – zupełnie inna jakość militarnego zagrożenia.

Te wszystkie zmiany najprościej opisać w modelu przyswajania i przepływu informacji. Ich ilość, gdy niekontrolowana lub słabo kontrolowana „na wejściu”, powoduje że nasz organizm/psyche/dusza/świadomość nie radzi sobie z ich przetwarzaniem w efekcie czego nasz „metabolizm informacyjny” jest wielce zaburzony, ale to nie świat tylko jego obraz nam się nie składa, rozpada się. Świat się nie rozpadł, nic nam się nie rozpadło, tylko jeśli postawiliśmy się w sytuacji, w której tak chętnie (i wcale nie z głodu!) „się obżeramy”, to nie narzekajmy na niestrawność. Jeśli zakładam bloga, jestem na Facebooku i na kilku innych portalach, to czy jestem w stanie dać odpór wszystkim zaczepkom, odpowiedzieć na wszelkie maile, polubić wszystkie polecane „lajki”? I – co ważniejsze – czy jestem w stanie w tym wszystkim odróżnić ważne od zbędnego? Nie jestem. Nasza podatność na świat generuje nadwyżkę „głupich kontaktów” w stylu: gdzie jesteś? A nigdzie, a co? A nic, tak dzwonię. Co u ciebie? A nic itd. Nie miej czasu na wszystko! Twoje życie jest zbyt cenne, abyś miał czas na wszystko. Ceń się. Nie bądź dostępny on-line dla wszytkich! Nie bądź godowy na wszystko, nie ma takiej potrzeby: nie zjesz trzech obiadów pod rząd, nie musisz sprzątać niepotrzebnych pokoi, nie pojedziesz dwoma samochodami jednocześnie. Nie daj się przerobić w skrzynkę na spam internetowy, medialny, konsumpcyjny, towarzyski.

Świat się nie rozpadł, Ty też nie musisz. Różnimy się od poprzedników zbędną uzurpacją ogarnięcia Wszystkiego, znania się na Wszystkim, wypowiedzenia się na Każdy Temat. Robimy to wszystko/Wszystko zbyt łatwo odsuwając w niebyt pytanie: po co? Inaczej mówiąc: świat nigdy się dobrze nie składał (jak puzzle) i teraz nagle – tylko dlatego, że żyjemy w informacyjnej wiosce – też się nie złoży. Jedynie epistemologiczni intelektualni maksymaliści nadal bawią się w puzzle, a skoro nie wychodzi wieszczą, że się Zmieniło, Rozpadło. Nie, to tylko w naszym zbędnym otwarciu na Wszystko szukamy scalającej perspektywy, dzięki której by się nam udało. Nie uda się. To zły pomysł i zły kierunek. Zły, bo nieskuteczny. To tak jakbyśmy szukali Nauki Nauk i jej profesora Wiedzącego Wszystko: ustalającego nowe zasady cywilizacyjnej grawitacji i karzącego nam w nie wierzyć. Czyż nie tak prezentują się post-znawcy? Efektywnie możemy jedynie uprawiać Mniemanologię Stosowaną jak swego czasu niezapomniany (niezapomniany?) Jan Tadeusz Stanisławski.

Jeżeli ktoś nie jest w stanie zgłębić całej matematyki (a nie ma takich matematyków, którzy są ekspertami od wszelkich jej meandrów) i dołożyć do tego pozostałą wiedzę przyrodniczą oraz wszelkie możliwe rozgałęzienia humanistyki – to nie powinien wieszczyć o Całości, bo jej najzwyczajniej nie może nie tylko ogarnąć, ale i dostrzec. Pytajcie tych od Gramatyki Wszystkiego, co widać z miejsca, które zajmują. A wtedy okaże się, że to miejsce nie jest wcale tak wyróżnione, jak każą nam wierzyć, jak nam wmawiają. By widzieć maksymalnie dużo albo Wszystko trzeba by mieć perspektywę, którą ostatnio osiągnął Feliks Baumgartner skacząc z prawie 40 kilometrów. Ale z tej perspektywy taki szczegół jak Ty i ja, nasz kontynent, Twoje myśli, wojna na Ukrainie (bo to wojna niezależnie od postawy unijnych strusiów) nie istnieje. „Wszystko”, na które mógł spojrzeć Baumgartner nie zawierało wszystkiego! Oto paradoks naszej dzisiejszej postawy: uzurpacja mówienia o wszystkim wiedząc niewiele. Baumgartner nie miał żadnej perspektywy poznawczej, on chciał skoczyć i przeżyć. Cieszmy się, że mu się udało.

Podsumowując. Nie wierzcie postmodernistom. Oni nawet nie potrafią zrobić tego, co zrobił Roger Moore. Nie żyjemy w czasach rozpadu. Jedyne co się rozpada, to ich iluzja, że istnieje i kiedykolwiek istniała Możliwość Całości. To tylko w ułudzie globalnej wioski odległość między Tobą a mną   r e a l n i e  w y d ł u ż y ł a  s i ę o maile, telefony, internet, ale śpisz i wypróżniasz się tak samo jak Grecy i Rzymianie. Możesz tylko łatwiej (bo szybciej) zrobić to na Ibizie czy w Nowym Yorku. Możesz, tylko po co?

           



[1] Zupełnie niezależnie Piotr Muldner-Niecikowski wcześniej (postmodernizm?) odpowiedział na moje pytanie; oczywiście pokazuje to tylko, że leży nam to samo na wątrobie, a ja właśnie bardziej o tej wątrobie.

[2] Piewcom łatwych uogólnień polecam książkę Christophera Norrisa „Dekonstrukcja przeciw postmodernizmowi” – przeciw, a więc dekonstrukcja nie musi być nie tylko w jednym worku z postmodernizmem, ale może być przeciw? A tak łatwo wymieniamy je jednym tchem…

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko