Mirosław Prandota – Komunizm w Królestwie Szwecji

0
207

Mirosław Prandota

 

 

 

Znawcy mówią o Szwecji „raj kontrolowany”. Nic tam się nie ukryje przed oczami wszechobecnego urzędu do spraw społecznych. Jeżeli już mieszkasz w Szwecji, miej świadomość, że ściany są ze szkła, przez które wszystko widać. Możesz sobie chodzić na golasa, ale nikogo to nie zainteresuje, bo nagość jest tam rozumiana jako składnik natury. Jeżeli natomiast zechcesz wybić się na indywidualność, przećwicz to raczej w gęstym lesie. Tam akurat nie podpadniesz nikomu.       

 

     

KOMUNIZM W KRÓLESTWIE SZWECJI


 

Nie istnieje drugi taki kraj jak Szwecja, być może wspomnę o tym jeszcze niejeden raz. To oczywiście truizm, bo każde państwo ma własną, charakterystyczną tylko dla siebie osobowość zbiorczą, lecz przecież sami Szwedzi dzielą Europę na Skandynawię i Kontynent, i zawsze da się jakoś uzasadnić ich racje. A zatem spróbujmy!

Od Ystad aż po Kirunę żyje się w myśl zasady nad zasadami: „Bądź praktyczny!” I chyba wierność tej zasadzie sprawiła, że po II wojnie światowej Szwecja konsekwentnie budowała raj. Bez patosu, bez powoływania się na mocarstwową XVII-wieczną historię, bez sojuszów wojskowych i gospodarczych, bez  wzniosłych  tyrad o przyjaźni między narodami i bez niepraktycznych filozoficznych dyskusji na temat aborcji. A przecież jeszcze sto lat temu była to zacofana, ciemna i tonąca w nędzy kraina bez przyszłości. Milion Szwedów wyemigrowało do Ameryki za chlebem, kilkadziesiąt tysięcy rozsypało się po Europie. Wielu z nich podejmowało pracę zarobkową w Polsce, aby wyżywić swoje rodziny.

Przetrzymali wszystko co najgorsze. Opracowali system, który polegał na podporządkowaniu jednostki grupie, na myśleniu kategoriami grupy, na organizacji, w której jeden człowiek jest tylko trybikiem, na podporządkowywaniu wszelkich działań indywidualnych racjom ogółu. Indywidualność i talent jednego człowieka miały służyć nie jemu samemu, ale wszystkim. Dopiero gdy wszyscy wyjdą na tym dobrze, jednostka również ma prawo osiągnąć wysoki standard. Nigdy odwrotnie!

I tak to się stało.

Aż trudno sobie wyobrazić, że taką samą metodę działania i w tym samym czasie lansowali u nas nowi powojenni gospodarze. Ubarwili ją na czerwono i zniechęcili wszystkich.

Szwedzi mieli to szczęście, które nosiło nazwę „neutralność”. Ambicje polityczne mogły w tych warunkach ulec pewnego rodzaju sublimacji, co w praktyce oznaczało mandat na urzeczywistnianie praktycznego myślenia.

Ile ono warte?

Już w roku 1970 ogłoszono wyniki, które wprawiły w zdumienie całą Europę. Średni dochód na jednego mieszkańca Francji wynosił wtedy 2 tysiące dolarów, w RFN 2,5 tysiąca (przez skromność nie wymienię Polski w tej kolekcji tuzów ekonomicznych), natomiast w Szwecji 3,5 tysiąca dolarów. Już wtedy liczba samochodów i telefonów przypadających na porównywalną procentowo liczbę mieszkańców Europy była w Szwecji najwyższa. I, co najważniejsze, nie istniał praktycznie w tym kraju podział na biednych i bogatych. Wszyscy mieli podobne możliwości równania do upatrzonego standardu.

Warto sobie jeszcze raz uświadomić, że dokonało to się dzięki kolektywnej pracy i żelaznej dyscyplinie obowiązującej w tym kolektywie. Presja społecznego oddziaływania na jednostkę była już dziś dla nas niewyobrażalna. Tylko że pod tą presją kryła się potężna motywacja, bo budowało się realizm, a przynajmniej jego materialne formy, a nie soc-realizm i jego utopijne hasła.

 

* * *

Szwecja to kraj chłopów małorolnych, którzy z czasem przenieśli się do miast. Jeżeli komuś wydaje się, że kołchozy są wymysłem przywódców byłego Związku Radzieckiego, to mówi brednie.

Pierwsze kołchozy powstały w Szwecji! Nazywały się wprawdzie inaczej – komuny wiejskie, (po szwedzku: kommun) ale każdy musiał do nich należeć. Działo to się jeszcze w wiekach średnich i wywarło niewątpliwy wpływ na zbiorową mentalność współczesną obywateli. Już wtedy bowiem zaprowadzono w komunie dyscyplinę i organizację, o której nawet nie śniło się w innych krajach europejskich. Kolektyw wybierał swój zarząd, który ingerował nawet w życie rodzinne członków.

Najwyżej notowani byli ci, którzy mieli zdolności organizacyjne oraz umieli współdziałać z innymi. Obywatele posiadający dwie lewe ręce otrzymywali co jakiś czas karę chłosty za swą biologiczną odmienność. Musieli obiecać, że się poprawią i że na zawsze pokochają pracę.

Szwedzki komunizm trwał do końca XVIII wieku. Dał wspaniałe wyniki, zaszczepił bowiem tak zwaną kolektywną mentalność, czyli umiejętność budowania bez kłótni. Jest to ogromna sztuka, o czym świadczy chociażby fakt, że podobna mentalność, mimo podobnej nazwy i towarzyszących jej represji, nie przyjęła się w żadnym innym dwudziestowiecznym kraju (za wyjątkiem, być może, Izraela, gdzie jednak motywem dominującym była alternatywa utraty własnej państwowości).

Dyscyplina, pragmatyzm i racjonalizm – to trzy zasadnicze przykazania obywatela Szwecji. W szwedzkiej frazeologii nie jest dobrze widziane sformułowanie „na to i na to mnie nie stać”. Jeżeli tylko jest określony cel działania, poszukuje się zaraz metody, dzięki której wytyczony cel trzeba osiągnąć. Jeżeli ma się już cel i metodę, to się po prostu działa. Nikt tutaj nie rozczula się i nie leje łez nawet wtedy, gdy obserwator z innego kraju by zapłakał. Skrupuły moralne odpadają. Historia – niby matka wszelkich nauk – nieważna. Funkcjonuje się z myślą o przyszłości.

Gdyby w parlamencie szwedzkim wystąpił ktoś z pomysłem, aby wybudować pomnik martyrologii narodowej w centralnej dzielnicy Sztokholmu, chociażby ku czci wszystkich, którzy z głodu uciekli do Ameryki, pomnik dzieci nienarodzonych (w Szwecji nie ma zakazu aborcji) lub kościół dziękczynienia za uwolnienie się spod okupacji duńskiej w XVII wieku, a nawet za współczesny dobrobyt – posłowie, na co dzień sztywni i racjonalni, pochorowaliby się ze śmiechu.

– A jak to się ma do praktycznego i racjonalnego działania? – zapytaliby zaraz po ustaniu czkawki. – Komu i do czego miałoby to się przydać?

Tradycja narodowa, ideały, archetypy, symbole i tęsknoty mocarstwowe – wszystko to nie umywa się nawet do jednego, ale najważniejszego hasła: pragmatyzm!

Parlament szwedzki zatwierdził bez jednego mrugnięcia okiem (mimo wydziwiania części prasy) pomoc materialną dla polskich powodzian z 1997 roku, natomiast nie jest chętny wydawać dodatkowych pieniędzy na własnych biedaków (naprawdę są tacy!). Powodzianie mieli, w szwedzkim odczuciu, jeden zasadniczy atut: byli bezradni. A ubodzy Szwedzi? Mogą iść na kursy dokształcające, dostaną nawet na to pieniądze, i w ten sposób mogą poprawić własny byt. Byleby zechcieli!

Z pragmatyzmu i racjonalizmu bierze się również i ten fakt, że Szwedzi dysponują mocno ograniczoną ilością miejsc za uniwersyteckimi katedrami filozofii. Filozofia to przecież teoria, a Szwed potrzebuje czystego i jasnego instruktażu. Młodzież gotowa do rozwijania wyobraźni w oparciu o nauki filozoficzne nierzadko wyjeżdża na studia za granicę.

W Szwecji nigdy nie mógłby wywołać emocji znany Polakom problem pod nazwą „Stocznia Gdańska”. Nie przynosi zysku – nie ma o czym mówić! Zamieniliby naszą kolebkę ideologicznego szczęścia na fabrykę lizaków, wytwórnię pieluch, manufakturę z wózkami dziecięcymi, kuźnię z podkówkami, piekarnię, ciastkarnię, jadłodajnię dla ubogich, warsztat z drabinami do piekła, a nawet na park, byleby tylko nie utrzymywać nierentownego molocha. I nie sprzeciwiłby się nikt, bo o przyszłości Szwecji nie decyduje ani historia, ani sentymentalizm, ale pragmatyzm: Co robić? Po co? Jak? Myślenie kategoriami rachunku ekonomicznego nie ma nad sobą żadnych nadrzędnych priorytetów.

Gdy jakaś potężna fabryka nie wytrzymuje konkurencji z Ameryką, Japonią czy Niemcami, dyrekcja zwija manatki. Fabryka butów przemienia się w fabrykę telefonów i koniec. Co z pracownikami, którzy jeszcze do niedawna byli szewcami, a teraz przyszło im stać się prawie elektronikami? Kursy i jeszcze raz kursy. Ludzie kształcą się od nowa i nawet dostają za to pieniądze. Kto zdoła się wykształcić, ten zostaje przyjęty do nowej pracy, ktoś inny szuka czegoś innego, a jeszcze ktoś rozpoczyna swój cykl comiesięcznych pielgrzymek do socjalu. Wszystkie rozwiązania są z góry wyliczone.

Szwedzi byli zawsze gorzej ubrani niż ich polscy rówieśnicy, nawet w szarych latach naszego Peerelu, ale to akurat jest powszechne na Zachodzie. U nas bywa nierzadko, że śpi się w norze, ale na ulicę wychodzi z tej nory panisko prawie że we fraku, bo hasło „zastaw się, a postaw się” funkcjonowało chyba od zawsze. Szwedzi nie wyznają tej reguły z dwóch względów: po pierwsze nauczono ich jednakowości, a po drugie – porządny ubiór przysługuje tylko wapniakom. Kto dobrowolnie zechce jawić się opinii publicznej jako wapniak?

 

* * *

Co kraj, to obyczaj. Szwedzi nie przepadają za swoim najwybitniejszym dramaturgiem, jakim był August Strindberg. Twórca ten eksponował ciemne strony osobowości jednostki. To samo zresztą robił po II wojnie światowej filmowiec Ingmar Bergman. Obydwaj nie zdobyli sobie uznania takiego, na jakie zasłużyli. Szwedom potrzebna była sztuka o kolektywie. Dokładnie taka, jaką tworzył Majakowski, Brecht lub Czechow. Celem teatru szwedzkiego nie powinno być ukazywanie człowieka na fali jego namiętności, lecz uczenie kolektywnego działania. Teatr, jakiego życzyliby sobie Szwedzi, musi mieć funkcję instruktażową, taką, jakiej Polacy z trudem pozbyli się w roku 1956. Uniformizacja i zbiorowe myślenie to jest to!

Gdy jeszcze w latach 90. kupowałem lekarstwo na receptę w aptece, natychmiast moje nazwisko zostało wprowadzone do centralnego komputera. Inna sprawa, że tam już miałem swoją rubrykę od dawna. Kiedy przyjeżdżałem, gdzie mieszkałem, gdzie pracowałem… Niewykluczone również, że – co mówiłem, do kogo i na kogo.

Liczba organizacji społecznych w Szwecji jest dla nas niewyobrażalna.  Psycholog a zarazem  autor  podręczników polsko-szwedzkich, Jacek Kubitsky, mieszkający od lat w Sztokholmie, doliczył się ich aż pięćdziesięciu tysięcy! Od członkostwa w bibliotece wiejskiej po partię rządzącą. Organizacje te są narzędziami standaryzacji oraz unifikacji obywateli. Administracja wie o każdym wszystko, a jeżeli jeszcze czegoś nie wie, to każe sobie wypełnić ankietę, z której dowie się, czego dotychczas nie wiedziała. Władza jest niewidoczna na ulicy, ale władzę się czuje. Gdy ktoś zachowa się, powiedzmy, „po polsku”, a nie daj Boże „po turecku”, czy „po włosku” – skupia na sobie surowe spojrzenia wszystkich obecnych. Zostaje odnotowany w narodowej pamięci kolektywu.

 

* * *

Gdy swego czasu przechadzałem się ulicami Toronto i co jakiś czas wyjmowałem z kieszeni mapę, aby zobaczyć, gdzie jestem, podbiegało natychmiast kilka osób, aż mi było głupio, manifestując swoje „can I help you?” A przecież nie trzymałem tej mapy do góry nogami!

Gdy wyjmowałem mapę w Sztokholmie, nikt nie podchodził, a ja i tak miałem wrażenie, że każdy patrzy i zastanawia się: „czego on szuka i dlaczego”. To nie obsesja. To świadomość miejsca, w którym się przebywa.

Gdy do Urzędu Imigracyjnego złożyłem podanie z prośbą o przedłużenie mi, jeszcze w latach osiemdziesiątych, okresu pobytu o sześć miesięcy, a konkretnie do 30 kwietnia, tego właśnie dnia, czyli równo po sześciu miesiącach, otrzymałem pismo z informacją, że Urząd się nie zgadza. Jest to dyskretny sposób przedłużania pozwolenia z przymrużeniem oka: „Siedź cicho, bądź posłuszny, a dostaniesz swoje, tylko nie mów o tym nikomu”.

Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych zostałem zakwalifikowany do pracy w szpitalu jako, było-nie było, dyplomowany psycholog kliniczny, a kwalifikowała mnie dyrekcja tego szpitala i długo nie mogłem doczekać się potwierdzenia ze strony Urzędu Imigracyjnego, ktoś obeznany z takim stylem działania poradził:

– Napisz do nich. Powiedz, że termin się zbliża. Oni o tym doskonale wiedzą, bo mają cię w komputerze, ale liczą, że zapomnisz albo umrzesz!

Nie pozwoliłem pogrzebać się za życia i miałem rację. Ekspresem dostałem potwierdzenie, czego w normalnym przypadku Urząd nie robi. Moi koledzy, którzy mieli się za super-specjalistów, medyków i psychologów, czekali z nadzieją, że ktoś ich tam doceni, przyśle papiery i tak dalej… nadal czekają.

Ale z drugiej strony faktem jest, że gdy pojawiałem się w wojewódzkim wydziale zatrudnienia, to na mój widok, zaraz po otwarciu drzwi, wstawało zza biurek dwóch, a nawet trzech urzędników. Mimo że nie miałem wielkiej spluwy w ręku! I żaden z nich nie klepał z pamięci, jak w moim rodzinnym kraju, że potrzeba młodych trzydziestoletnich informatyków z czterdziestoletnią praktyką, ale – przez godzinę wertowali papierzyska, aż znaleźli coś, co mi odpowiadało.

Nie  ma tam również takiego zalewu ogłoszeń w rodzaju „zatrudnię kogoś do lat 35”, jak to się dokonało w latach dziewięćdziesiątych u nas. Preferowane jest doświadczenie i zespół przynajmniej dwupokoleniowy, a często również trzypokoleniowy, bo specjaliści mają robotę zaklepaną do końca życia, jeżeli tylko chcą pracować.

Powiedział mi jeszcze w dziewięćdziesiątym siódmym jeden okropnie zadowolony z siebie dyrektor dużej firmy medycznej w Warszawie, że u niego prawie nie ma ludzi powyżej trzydziestki.

– Pracujemy w młodym zespole! – piał ze szczęścia.

Nieostrożnie zapytałem, co będzie, gdy zachoruje na jakiegoś wrednego syfa. Czy sam również będzie leczył się w młodym zespole, czy raczej pójdzie ze swoją chorobą do doświadczonego lekarza?

Spojrzał na mnie jak na pryszcz, a po roku jego firma splajtowała. Jak mi się wydaje, z nadmiaru entuzjazmu do pracy.

 

* * *

Słowo „utlaening” – cudzoziemiec – nosi w sobie pewien akcent głęboko ukrywanej odrębności, wyższości, a czasem nawet pogardy. I wcale nie dlatego, że ktoś jest Polakiem, Hiszpanem czy Anglikiem. Nie! Dlatego, że jego sposób bycia nie pasuje do standardowego zachowania się Szweda. Że nie jest wycięty z komputera. Nie jest zaprogramowany. Że jest osobnikiem z prawem do bycia kimś indywidualnym.

 

* * *

Szwedzi to zawodowi pacyfiści. Niegdysiejsze mocarstwo zbrojne dzisiaj nie akceptuje wojen do tego stopnia, że gdyby tylko się dało, potomkowie tamtego mocarstwa zostaliby światowymi misjonarzami do spraw rozbrojeniowych.

Rzecz w tym, że ich myśliwiec Grippen, wyprodukowany w słynnej fabryce Saab, jest zaliczany do najlepszych maszyn bojowych świata, a handel bronią to jedna z lepiej rozwiniętych gałęzi gospodarki. Swego czasu nasza unowocześniona armia miała do wyboru Grippena i amerykański F-16 z demobilu. Wybraliśmy ten drugi, bo – jak twierdzą osoby dobrze poinformowane – za ten przyjazny gest Amerykanie mnóstwo razy poklepali naszych polityków po plecach, a do umowy sprzedaży dołączyli tysiąc kaset filmowych gratis z Chuckiem Norrisem w roli głównej, czego akurat Szwedzi nie oferowali. Sama radość!

 

* * *

Szwecja jest piękna, bo ma fantastyczną przyrodę, a ludzie stworzyli sobie niemal doskonałą organizację życia na co dzień. Nie jest to jednak wycinek świata budzący respekt pod każdym względem. Postęp techniczny nie szedł tam ręka w rękę z kulturą i sztuką. Miejsce pożądanych wartości humanistycznych zajęła standaryzacja i uniformizacja. Ludzie mają świadomość, że muszą być do siebie podobni, bo tak jest najpraktyczniej i najbezpieczniej. Władze, czy to na szczeblu gminy, państwa, czy biblioteki wiejskiej, nie lubią różnic indywidualnych wśród swoich klientów. Pojedynczy człowiek nie jest traktowany jako pewna wyjątkowa struktura personalna, lecz jako cegiełka lub klocek w pewnej praktycznej budowli.

Było na przykład tak, że mój gospodarz, Erik Larsson, zaprosił mnie na wycieczkę statkiem po jeziorze Immeln. Słońce świeciło, w programie był obiad z czterech dań, więc pojechałem. Chyba ten ostry klimat sprawiał, że w Szwecji byłem zawsze głodny.

Setka Szwedów wyległa na pokład, aby podziwiać… bo ja wiem co? Z kajaka wyglądałoby to ciekawiej. Wszyscy na siłę próbowali nawiązać ze wszystkimi rozmowę. Marnie to wychodziło. W zasadzie tylko Erik, który ma niezwykłe, jak na Szweda, poczucie humoru, potrafił zainteresować sobą większą liczbę osób, ale też na krótko. Odniosłem wrażenie, że ludzie zachowują się jakby byli prowadzeni przez bardzo wymagającego pedagoga. Uprzejmość, duża kultura, uśmiech za uśmiech… ale ducha tam brakowało.

To nie jest wcale złe, bo z takimi ludźmi świetnie się współpracuje, z takimi można zbudować raj, co już się prawie dokonało, ale trudno będzie wykorzystać wszystkie możliwości w tym raju. Frustracja jest chlebem codziennym, ale frustracja wliczona jest w grę, mówi się o niej głośno i zaraz udziela się pierwszej pomocy: Zbliż się do drugiego człowieka!

No to się zbliżyliśmy. Podczas wycieczki statkiem po jeziorze Immeln.

Tak na oko ludzie są blisko ludzi, ale człowiekowi daleko do człowieka…

 

* * * * *

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko