Andrzej Walter – Solidarność

0
67

Andrzej Walter

 

 

Solidarność

 

 

   Kiedy miałem trzynaście lat, w czerwcu 1982 roku, dwóch wspaniałych ludzi omawiało w Bibliotece Watykańskiej losy świata. Ich spotkanie było ewenementem w świetle historycznych uwarunkowań. Ich państwa od 1867 roku nie utrzymywały stosunków dyplomatycznych zakazanych przez jedną ze stron. Ich mentalność była diametralnie różna. Łączyła ich jednak wiara oraz wspólny wróg. Tymi ludźmi byli: Ronald Reagan i Karol Wojtyła. Dowiedziałem się o tym teraz, niedawno, i poruszyło to we mnie pewną strunę, lawinę wspomnień i refleksji. Cóż zrobić. Historia jest dziedziną bardzo płynną i plastyczną, a jej meandry przepływają nieraz ukrytymi kanałami społecznej świadomości. Może właśnie dzięki temu jest wiedzą tak fantastyczną, pojemną i tajemną, będąc jednocześnie wiedzą wręcz genetyczną na tropach ku wyjaśnieniom stanów obecnych. Wszystko to można różnie interpretować, odmiennie oceniać i rozważać, ale jest jeden element łączący przeżyte chwile – to uczucia związane w wydźwiękiem pewnych historycznych faktów. Właściwego poczucia, że dzieje świata toczą się na naszych oczach, a po latach możemy to wszystko oceniać, analizować i zagłębiać się w niuanse tych wydarzeń. Człowiek kształtuje w sobie pewne wyobrażenie, po czym jest w stanie korygować je w świetle nowych informacji i nowych prawd, które odnajduje czytając i poszukując. To jest wspaniałe.

 

   Przez pryzmat tego Spotkania konstatuję, że nie doceniłem roli Karola Wojtyły w rozmontowywaniu nieludzkiego systemu zbudowanego na filozofii marksistowskiej. Sytemu, który zrobił z ludzi bezwolne marionetki zdolne zaspokajać wyłącznie swoje potrzeby, marionetki wysuwające jedynie roszczenia i nie dające nic w zamian. Słynnego Tischnerowskiego homo sovieticusa. Owszem, wiedziałem, że ideologiczna rola polskiego papieża w tej najzimniejszej zimnych wojen jest duża, lecz nie byłem świadomy, iż była jednocześnie na tyle doniosłą, że Prezydent USA po stu szesnastu latach, pod wpływem tego spotkania i tej właśnie rozmowy, w rok później przełamał amerykański zakaz (obowiązujący ustawowo) utrzymywania stosunków dyplomatycznych, co z kolei pozwoliło na płynną wymianę tajnych informacji o wspólnym wrogu przez obu zainteresowanych panów.

 

   Znamiennym i pikantnym jest też fakt, że wydaje się, iż do tego pomysłu wspólnych spotkań, rozmów, czy też wymiany informacji nakłonił owych panów sam Wróg, czyniąc uprzednio obydwu panów celem zdradzieckiego i nieudanego zamachu na ich życie, którego daty odbiegały od siebie o zaledwie 45 dni.

 

   Lubię takie historie. Lubię historie, które mnie zaskakują, zadziwiają, i które zachwycają swym połączeniem faktów w logiczny ciąg następstw, w nowy wniosek, w nowe spojrzenie na otaczający świat. Dochodzą do tego wspomnienia tamtych czasów, tamtej Polski, ówczesnych wzlotów i upadków, i ówczesnej wielkiej nadziei, która pojawiła się w roku 1978, kiedy zszokowani patrzyliśmy w watykańskie okno, w którym pojawił się Karol Wojtyła. Habemus papam. I zadrżał świat, nie wiedząc, dlaczego. Kto z nas wtedy przewidywał, że w tak krótkim czasie, bo przecież, ledwie dekady, ów papież z pomocą materialną innego imperium tak znacząco rozmontuje system zbudowany z tylu cierpień wielu milionów ludzi. A jednak stało się. Udało się. Świat się zmienił. Duch zstąpił i odnowił oblicze. Ziemi. Tej oto ziemi.

 

   W 1978 roku miałem uroczystość Pierwszej Komunii Świętej. To było dla nas ważne wydarzenie, duchowe, nie skażone tym całym dzisiejszym, prezentowym  szaleństwem. Moim najważniejszym prezentem był skromny i najprostszy aparat fotograficzny. A dziś mam na koncie kilka ważnych wystaw. Tak to wtedy działało. Patrzę oto na fotografię. Było nas trzech, w każdym z nas gotowała się inna krew – jak śpiewał już ciut później Perfekt, wtedy zespół, który nas uwiódł walką o wolność i chęcią bycia sobą. Było nas, zatem, trzech. Na fotografii stoimy dzierżąc w dłoniach ogromne świece. Nie wiemy jeszcze jak potoczy się nasze życie. I jak się ono potoczyło? Skończyliśmy ekonomię, prawo i teologię. Rzecz jasna – każdy odrębnie. A dziś? Ja dziś … jestem przedsiębiorcą, w jakiś tam sposób budując ten nasz, pożal się Boże, kapitalizm, a jednocześnie robię to, o czym zawsze marzyłem – piszę. Jeden z nas, ten po prawie jest obecnie duchownym prawosławnym z zacięciem poszukującym teologicznych wyzwań w wymiarze tamtego odłamu chrześcijaństwa, a drugi nie podołał z kolei wyzwaniom stania się pełnowartościowym księdzem katolickim, lecz aktywnie działa  w organizacji charytatywnej. Każdy z nas zaszył się w poszukiwaniu i rozwijaniu duchowości oraz aktywności społecznej na swój własny, niepowtarzalny sposób. Żyjemy światem i ludźmi, a ten zaś żyje w nas i tętni swą pełnią wyrażającą się drugim człowiekiem oraz połączeniem z własnymi poszukiwaniami. Czy jesteśmy dziećmi epoki? Wyrazem pewnego pokolenia – tego nie wiem. W każdym razie tak się ukształtowały nasze losy. Były jakby obok. Lecz były też blisko nas i wręcz w nas wielkie wydarzenia historii, wobec których nie przechodziliśmy obojętnie chłonąc je i transponując na własne działania, które uważaliśmy, że należy podjąć. Wciąż dziś walczymy o jakąś sprawę i wydaje mi się, że to dobrze. Wciąż staramy się odnaleźć sens tego świata i wciąż mamy podziw, dla zarówno Ronalda Reagana jak i Karola Wojtyły. To byli dla nas – najlepszy Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki oraz najwspanialszy, najmądrzejszy i największy z papieży. Obaj aktorzy, obaj wierzący, obaj dzielni, mężni, choć mamy też takie poczucie intelektualnej potęgi Wojtyły wobec Reagana. W walce o jeden cel ulegało to niwelacji. Odchodziło na drugi plan. Oni obaj wygrali. Mam też głębokie poczucie, że my trzej – przyjaciele z tego komunijnego obrazka – też na swój sposób wygraliśmy … Naszym zwycięstwem okazały się – determinacja w poszukiwaniu prawdy, jak i nieustanna potrzeba aktywności. Okazało się właściwe wyczucie proporcji losu człowieka wobec walca dziejów. Tak to widzę.

 

   Dlaczego o tym piszę? Mija w tym roku trzydzieści cztery lata od wydarzeń sierpnia 1980. To były takie czasy, że nasza dojrzałość następowała trochę szybciej niż obecnie. Byliśmy bardziej wnikliwi, chłonni, zaangażowani. Młodość narzucała uczestnictwo w świecie i jasny, wyrazisty doń stosunek. Kreowała postawy i podziw dzianiu się historii na naszych oczach. Jakąś genialną dotykalność owych wydarzeń. Znaczek Solidarności z dumą można było wpiąć i paradować z nim wśród ludzi. Wszyscy byliśmy i czuliśmy się razem, wspólnie, złączeni solidarnym oczekiwaniem na przełom, zmianę, otrząśnięcie się z kierowniczych ról, bratnich pomocy i pustych, groteskowych już wtedy haseł bezmyślnej propagandy. Tak była atmosfera – jedyna, wzniosła, wielka i niepowtarzalna. Lech Wałęsa stanowił tego wyraz i symbol. Patrzę też dziś na inne fotografie. Wszyscy na nich są razem. Michnik z Wałęsą, Kuroń z Macierewiczem, Tusk z Kaczyńskim, dyskusje, namiętność, entuzjazm, nadzieja, kwiaty, flagi, transparenty. Działo się coś wspaniałego, coś, czego jeszcze chyba nie było w dziejach świata. To było coś dziewiczego, czystego, świątecznego, coś, co kumulowało wizję nowej Przyszłości.

 

   Patrzę, zatem, na te fotografie, no to, co minęło, choć było, zaistniało, wydarzyło się i oczy przecieram. Zdumiewam się, zastanawiam, dziwię, aby wreszcie zapytać:

Co się z nami i z tym wszystkim dziś stało???

Co się stało? Dokąd odeszła ta SOLIDARNOŚĆ? Ta wizja, ta nadzieja, ta zmysłowość dziejów i chwil i czasów. Co się porobiło z ludźmi, mechanizmami, postawami, zachowaniami i dialogiem? Gdzie się to wszystko podziało, ukryło, zniknęło? Gdzie jest ta przyjaźń, ta wspólna sprawa, tej jeden, wielki, zbiorowy Obowiązek …

      Chichot historii puka dziś do naszych drzwi. Porządek, w którym funkcjonujemy ustalono przecież bardzo dawno temu, a było to ukształtowane przez Drugą Wojnę Światową. Wojnę, o której powiedziano już bardzo wiele, a wciąż nie powiedziano wszystkiego. To, co się zmieniło w roku 1989 nosi też cechy tamtego utrwalonego wówczas porządku. Jest jakby jego naturalną pochodną. I jestem pewien, że dziś nadchodzi coś nowego, nieznanego, coś innego. Że świat jaki znamy, wkrótce może się skończyć. Co to będzie nikt nie wie i nie znajdzie się żaden przenikliwy prorok, który nas oświeci. Nie oświeci. Ten chichot historii narasta, nasila się, i jak wspomniałem puka do drzwi. Tylko u nas w domu, za tymi drzwiami już nikogo nie ma. Wszyscy pochowali się po jakichś swoich kątach, zakamarkach, w swoich wątkach, ideach, wyobraźniach, obsesjach, wizjach… Każdy zgrzyta zębami na drugiego, warczymy na siebie, przyjmujemy postawy wojownicze, dzikie, bestialskie – choć bestie na razie ukrywamy, wyczuwamy, że ona w nas drzemie. Zapomnieliśmy o tym czasie, kiedy byliśmy razem, wspólnie w jednym celu, pod jednym sztandarem – starsi, młodsi, kobiety, mężczyźni, wierzący i ateiści – wszyscy.

 

   Okazuje się, że nadal musimy patrzeć na ludzi marionetki, na ludzi z papieru, na jakieś relikty epoki, które nie mając za grosz charyzmy i wyobraźni puszą się na swoich prezesowskich stołkach i wymądrzają za miskę zupy. Zupy na gwoździu. Do trumny naszej nadziei. Skąd oni się wzięli? Co nam mają do powiedzenia? Do zaoferowania, do uczynienia. Dlaczego kalają swoją pokraczną, poronioną mentalnością nasz gniazdo i stroszą się w te swoje fałszywe piórka na słońcu współczesności. Dlaczego ich nie przepędziliśmy tam, gdzie ich miejsce, czyli na śmietniku dziejów. Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Może tak być musiało. Może to była i jest cena za pokojową rewolucję, za rewolucję ewolucyjną i delikatną, za zmianę bez zmiany radykalnej, ale jednak zmianę epokową.

 

   Fotografie sprzed trzydziestu lat są nasączone swoim znaczeniem. Mają – zapewne jak zawsze – jakąś siłę sprawczą, refleksyjną i ważną. Może właśnie trzeba ją przywoływać, aby każdy mógł spojrzeć, że jednak kiedyś mogło być inaczej. Czyli, że dziś też można wciąż coś zmienić. Przy jakimś jednym stole. Okrągłym, kwadratowym, podłużnym… owalnym. Ale zmiana taka może nastąpić tylko wówczas, kiedy owe papierowe postacie odrzucą tę swoją bezczelną prywatę, ten cynizm i to wyrachowanie z jakim postępują. Inaczej wieszcze im, że spłoną prędzej czy później w mroku dziejów, w zapomnieniu i zaprzeczeniu wszystkiemu, w co oni też przecież kiedyś wierzyli, tylko zdarzyło im się to sprzedać za trzydzieści srebrników. I nie potrafią się do tego przyznać. Nawet przed lustrem. Właśnie do was kieruję te słowa. Do was kochani. A w zasadzie to jedno, jakże piękne i wzniosłe słowo – SOLIDARNOŚĆ.

 

   Może warto dziś wskrzesić najprostszą, podstawową, ludzką i cichą …

Solidarność. Nie ulegać złudzeniu, że kiedy raz w roku wrzucimy dychę do puszki w pierwszy noworoczny weekend, to jesteśmy zwolnieni i rozgrzeszeni, że kiedy pochylimy się odświętnie „z troską w oku”, to jest to realna codzienna troska o świat i jego brzydkie objawy, że – i tak dalej i tym podobne.

 

   Wracam jeszcze na koniec na własne podwórko, do fotografii z roku 1978, do Reagana i Wojtyły, do tego, co minęło i do tego, co jest. Myślę, że przeszliśmy długą drogę. Przeżyliśmy tyle niesamowitych i pięknych dziejowo chwil. Wiele też jeszcze przed nami. Wierzę w to. I nigdy się nie poddamy tym obskuranckim wizjom plastikowego Mc-świata, tym współczesnym lemingom, celebrytom i zakażającym masy błaznom. Nigdy nie przestaniemy w coś wierzyć, o coś walczyć, czemuś służyć. W imię wielu jeszcze ważnych idei oraz w imię tego, co Było, jak również w imię – zdefraudowanej, zredukowanej i unicestwianej Solidarności.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko