Leszek Żuliński – Te wiersze iskrzą…

0
53

Leszek Żuliński

 

Te wiersze iskrzą…

 

         Ukazał się trzeci już z kolei zbiorek wierszy Jana Stanisława Kiczora – poety znanego m.in. z naszego portalu. Nakładem pisarzy.pl wyszły dwa poprzednie tomiki: Sny i przebudzenia oraz Chichot na rozstajach. Autor pojawił się na naszej niwie późno, w wieku zdecydowanie dojrzałym i – jak widać – nadrabia „stracone lata”. Zrobił się w krótkim czasie bardzo aktywny na wielu forach poetyckich i – co istotne – jest pośród specyficznego dla nich poziomu i zgiełku korzystnie rozpoznawalny. To zapewne zasługa „późnego debiutu”, bowiem Kiczor już nie za bardzo przystaje do młodopoetyckiego gwaru i ma świadomość, że jego atutem może stać się dorosłość oraz ugruntowanie własnych gustów i przekonań.

         Na pierwszy rzut oka widoczna jest „afiliacja tradycjonalna” manifestowana w adoracji wiersza regularnego, rymowanego, sylabotonicznego. Dziś trzeba mieć odwagę pisarską, by ten model wiersza uprawiać. XX wiek w którymś momencie postawił grubą krechę między tradycją i awangardą i – chcemy tego czy nie – poetyka postskamandrycka tkwi już w lamusie, choć nadal ma swoich niezłej klasy autorów i adoratorów. A nawet entuzjastów (jak np. Stanisław Chyczyński czy Jerzy Utkin, nie mówiąc już o szalonym Katonie współczesności, czyli Jarosławie M. Rymkiewiczu). Nie kruszmy więc kopii w kwestii „czy Kiczor może pisać rymy czy nie?”, lepiej zadajmy pytanie „czy robi to dobrze?”.

         Robi to świetnie!

         Być może Jan St. Kiczor jest jak Podkomorzy, który ostatni umiał poloneza wodzić… Bo wodzić wiersz regularny, rymowany, sylabotoniczny to sztuka równie trudna, co zanikająca. Przez młódź literacką wypędzona do lamusa i – zdaje się – już na banicję dozgonną skazana, o czym wyżej wspomniałem.

         A moje i Autora pokolenie jeszcze zerka w stronę „mowy wiązanej”. To powoduje w nas takie Asnykowskie rozdarcie między nowym a starym. Bo jak tu się wyrzec tego sacrum poezji i tej jej dykcji, którą od kilu stuleci wysysaliśmy ze strof naszych klasyków? Ostatnią zwartą formacją wierną tradycji byli Skamandryci, cudowni przecież, a potem rząd dusz zaczęli przejmować ich koledzy, awangardyści. W końcu wygrali. Formuła wiersza tradycyjnego przechodzi do historii.

         Ale Kiczor jak Ślimak broni swej Placówki! Został przez bogów Parnasu wyposażony w skuteczną broń: ma słuch absolutny do wiersza sylabotonicznego. Cudownie porusza się w różnych jego frazach, formułach, odmianach. Klasycyzuje i awangardyzuje. Podejmuje poważne tematy, ale nie stroni też od pomysłów pour la hec, bowiem natura satyryka w nim krotochwilna i nieposkromiona. I kiedy już perliście toczymy nasz śmiech po tych stronicach, to nagle dopadają nas zmiany klimatów, np. wątki polskie, wątki polityczne, komentarze do całej tej skrzypiącej podłogi i walącego się dachu w naszym wspólnym domu.

         Zapewne jednak najważniejsza jest tu nuta uniwersalna i refleksyjna. Autor posiada tzw. „mądrość życiową” sporej klasy i w wielu tekstach dzieli się nią z nami. Tu proszę szukać wszystkiego, co kiedyś nazywało się memento; tu proszę dziwić się wnikliwym, czułym, serdecznym, alarmistycznym, konstatacyjnym i celnym uwagom poety, który sercu i rozumowi przywraca ich dawne, pozamedyczne, role. To są po prostu wiersze, które mają nam coś ważnego do powiedzenia.

         Zadziwiający to zbiór. Klasyczna silva rerum, lecz utrzymana w reżimie poetyki właściwej Autorowi. I w tych konsekwentnych ramach znajdująca sposób na wielotematyczność, wielowątkowość, wielonastrojowość. A w tej ostatniej kwestii chciałbym szczególną uwagę zwrócić na… liryzm! Tak, tak, Kiczor ma czułe ucho na liryczne klimaty, wyczarowuje je po mistrzowsku, z dużą wrażliwością, czułością i subtelną aurą. I tu już kończą się „żarty” – poeta wygrywa z satyrykiem, kronikarzem, komentatorem czy zoilem rzeczywistości. Na takim multiinstrumentalnym rogu chyba nawet Wojski by nie zagrał, a Jan St. Kiczor concerto grosso nam tu gra na wiele orkiestr, które w sobie nosi…

         Co ciekawe: w tomiku znajduje się także garść wierszy „nowoczesnych”, czytaj: nierymowanych. Pytałem Autora, co to za wybryk z jego strony? A on mi na to, że chciał pokazać, że bez rymu też umie… Owszem, umie, ale po co udowadniać cokolwiek? Siłą Kiczora jest jego tradycyjny „słuch poetycki” i z niego powinien z pełną determinacją snuć swoje pisanie. Wręcz manifestacyjnie! Zresztą zapewne tak to się dalej potoczy.

         W omawianym tu tomiku Autor dotyka bardzo współczesnych spraw i problemów. Jest racjonalnym obserwatorem rzeczywistości, nie brak mu „publicystycznego biglu”, pazura, kaduceusza. Te wiersze iskrzą.

         Nasza Perełka Portalowa, Ania Musz, napisała wstęp do tego tomiku. W nim między innymi: W sporze między tymi, którzy sądzą, że poezja wymaga rymów i tymi, którzy uważają, że poezja rymowana nie ma dziś prawa istnieć – wiersze Jana Stanisława Kiczora mogłyby okazać się głosem rozstrzygającym. Tradycyjne w formie, rytmiczne, a nawet śpiewne, poruszają współczesne i ponadczasowe tematy, znajdując dla nich zawsze idealnie skrojoną, elegancką formę. Ja tylko dodam, że krzywdzilibyśmy Kiczora, czytając go tylko „dla formy”. Powtarzam: ten poeta coś ciekawego i ważnego nam mówi. I w tej sytuacji niełatwo będzie admiratorom „nowej dykcji” go lekceważyć.

 

Jan Stanisław Kiczor Wyciąg z życiorysu, Wydawnictwom Książkowe IBiS, Warszawa 2013, s. 78

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko