Krzysztof Lubczyński rozmawia z TADEUSZEM WOŹNIAKIEM, piosenkarzem i kompozytorem

0
178

Krzysztof Lubczyński rozmawia z TADEUSZEM WOŹNIAKIEM, piosenkarzem i kompozytorem


Był już właściwie wakacyjny czerwiec 1972, tradycyjnie Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu i oto na scenę wchodzi młody człowiek z burzą kręconych włosów, trochę a la Jimmy Hendrix, z gitarą i brawurowo wykonuje dramatycznego „Zegarmistrza światła”…


– Miałem 25 lat i byłem właściwie jeszcze dzieciakiem, daleki od refleksji o końcu życia tu temat o takim kalibrze – śmierć. Wbrew pozorom młodzi ludzie chętnie podejmują tematy ostateczne i tonacje dramatyczne. Nie muszą tego rozumieć. Wystarczy im odpowiadający emocjonalnie ton.


Ten „Zegarmistrz” stał się dla Pana dźwignią do popularności. Niezależnie od Pana późniejszych dokonań, dla wielu widzów i słuchaczy zostanie Pan przede wszystkim wykonawcą tego arcyprzeboju opolskiego…


– Pewnie tak. „Zegarmistrz”, to metaforyczny utwór o śmierci, ale z akcentami optymizmu w słowach „będę jasny i gotowy”, bez tragizowania, ale mimo to udało mi się osiągnąć spontaniczną powagę w wykonaniu. Wiem, że utworu tego lubią słuchać i chętnie wykonują młodzi ludzie.


Spodziewał się Pan takiego sukcesu i nagrody? Reżyser tamtego festiwalu Janusz Rzeszewski wyreżyserował Pana występ niemal jak widowisko rapsodyczne, z wyłaniającymi się w tle Alibabkami…


– Tak, zasługa Rzeszewskiego dla wyeksponowania w Opolu tego utworu była duża, ale już wcześniej było wiadomo, że nie przejdzie on bez echa, ponieważ był chętnie i z powodzeniem puszczany w radiu.


Niektórzy utyskiwali, że tekst Bohdana Chorążuka jest dziwaczny, niezrozumiały, nawet mówiono o „mętniactwie”, o kiczu…


– Nie zgadzam się. Wtedy panowało przyzwyczajenie do tekstów bardzo prostych, przaśnych, o dosłownych treściach. Na pewno tekst Chorążuka jest wieloznaczny i otwarty jak poezja, co zawsze jest jej walorem. Nie wiadomo więc, czy ten „Zegarmistrz” to Bóg, Los czy Przeznaczenie. To metaforyczny utwór o śmierci, ale z akcentami optymizmu w słowach „będę jasny i gotowy”, bez tragizowania. Sam miałem wtedy 25 lat, daleki byłem od refleksji o śmierci, ale mimo to udało mi się osiągnąć spontaniczną powagę w wykonaniu. Wiem, że lubią go i chętnie wykonują młodzi ludzie.


Po tym debiucie zdefiniowano Pana jako reprezentanta piosenki poetyckiej, a także ballady. Identyfikował się Pan z taką kwalifikacją?


– Przez pewien czas po moim debiucie big-bitowym odczuwałem potrzebę takiego szufladkowania, ale od bardzo dawna już nie odczuwam. Uważam, że przymiotnik „poetycka” nie jest konieczny. Wystarczy samo słowo „piosenka”. Jeśli śpiewa się tekst wiersza, staje się on zwykłym tekstem piosenki, nawet jeśli to utwór wybitnego poety. Nie każdy wybitny wiersz jest dobry jako tekst do piosenki i odwrotnie, dobry tekst nie zawsze jest dobrym wierszem. Oddzielam poezję od piosenki, bo one są odmiennymi gatunkami. Nie lubię takiego usilnego porządkowania i klasyfikowania zjawisk w kulturze. Piosenka jest dobra albo zła. A co do ballady, to często zdarza się nieporozumienie, polegające na tym, że za balladę uważa się wykonanie jakiegoś utworu przy akompaniamencie gitary, a nie na tym polega ballada. Nie ma też ballady, gdy wykonawcy towarzyszy orkiestra. Gatunek ten polega na tym, że śpiewa się utwór, który opowiada jakąś historię, zazwyczaj tajemniczą, ponurą w nastroju, często o duchach i upiorach. Owszem, mam w repertuarze także ballady, które nagrałem na płytę. Ballada to bardzo stara forma muzyczno-literacka, która z ludowych bajań przeniosła się do wielkiej literatury, że wspomnę Mickiewicza, Goethego czy Schillera. W końcu ballada to też piosenka popularna.


A „Zegarmistrz światła”, to piosenka czy pieśń? Czy inna jeszcze forma muzyczna?


– To piosenka popularna, choć adresowana do odbiorców o pewnym właściwym im, może bardziej wysublimowanym typie potrzeb emocjonalnych czy estetycznych. Odbiorców ceniących nie tylko muzykę, melodię, ale także komponentę literacką w piosence. Ja bym nie dzielił włosa na czworo – wszystko, co jest wykonywane muzycznie i wokalnie na festiwalach, a co nie jest operą czy operetką lub ewidentną, zwłaszcza choralną pieśnią, to dla mnie po prostu piosenka popularna, choć przyjmująca zróżnicowane gatunkowo formy.


Zanim dotkniemy czasów po „Zegarmistrzu”, proszę o garść wspomnień. Zaczynał Pan pod pseudonimem Daniel Dan w zespole „Dzicy”. Był Pan też gitarzystą „Niebiesko-Czarnych”…


– Daniel Dan i „Dzicy” występowali w Młodzieżowej Giełdzie Piosenki i to było bardzo młodzieńcze przedsięwzięcie. Natomiast co do „Niebiesko-Czarnych”, to chcę przy tej okazji dokonać sprostowania. Nie byłem ich gitarzystą, nie byłem członkiem zespołu, lecz przez rok z nimi występowałem,. Podobnie jak zagrałem okazjonalnie z Czesławem Niemenem, ale też nie byłem członkiem jego ekipy instrumentalnej.


Lubi Pan wspominać dawne czasy?


– Nie, nie należę do tych, którzy przywiązują szczególną wagę do wspomnień i lubią się im oddawać samotnie czy podczas spotkań towarzyskich. Nie opowiadam w towarzystwie o swoich dawnych przewagach. Żyję raczej teraźniejszością i przyszłością, tym bardziej, że mam różne plany artystyczne. Tak więc z tego punktu widzenia nie jestem najlepszym rozmówcą.


Zajmuje się Pan m.in. komponowaniem muzyki teatralnej. Skąd wybór tej dziedziny?


– Od dawna naturalnie ciążyłem do teatru, lubię tę dziedzinę sztuki i w końcu przytrafiły mi się propozycje komponowania dla sceny.


Na czym polega specyfika komponowania dla teatru?


– To kompletnie odrębny proces intelektualny i artystyczny. Nie komponuje się samoistnego, autonomicznego dzieła, lecz coś, co odnosi się semantycznie do innego artystycznego przekazu, jest jego komponentą. Lubię wieloznaczność sztuki teatralnej i dostosowuję do niej wieloznaczność formy muzycznej. Jeśli komponuję fragment do sceny miłosnej, to staram się unikać tautologii, jednoznaczności, dosłowności, charakterystyczny dla przekazu bardzo popularnego.


Nie obca jest Panu także kompozycja muzyki filmowej. Skomponował Pan motyw do popularnego serialu „Plebania”, ale Pana szczególnie wybitnym dokonaniem jest muzyka do zrekonstruowanego filmu Ryszarda Ordyńskiego z 1928 roku, „Pan Tadeusz”, opartego o epos Mickiewicza….


– To była wspaniała praca, rzeźbienie w cudownym tworzywie artystycznym. Film, niemy i czarno-biały oczywiście, ale mimo upływu 85 lat od realizacji i premiery, jest wspaniałym widowiskiem artystycznym, choć oczywiście zdecydowanie nie dla publiczności masowej, lecz dla elitarnej, wyrafinowanej. Wiem, że Andrzej Wajda oglądał i był zachwycony, także muzyką…


Rozpoczęliśmy rozmowę od festiwalu w Opolu, w którym na jubileuszowym, z okazji półwiecza festiwalu wykonał Pan „Zegarmistrza”. Czym był i jest dla Pana ten festiwal z perspektywy półwiecza istnienia?


– Na pewno najważniejszym w historii muzyki polskiej festiwalem rodzimej piosenki, wielorakim zjawiskiem muzycznym, momentami nawet szerzej niż muzycznym. Dziś jest bardziej poddany presji uniformizującej korporacji muzycznych, kiedyś był bardzo spontanicznym fenomenem, wyrastającym głównie z kultury studenckiej. W pierwszych latach istnienia była to spontaniczna erupcja tego, co kotłowało się pod naskórkiem ówczesnych oficjalnych, młodzieżowych organizacji społecznych. Co tu dużo mówić – Opole to kawał polskiej kultury popularnej, także zwierciadło rozmaitych gustów i mód, nie tylko muzycznych, a bywało, że także aktualnych trendów społeczno-politycznych. Szkoda, że nie przetrwał sierpniowy Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, w Operze Leśnej. Polska publiczność muzyki popularnej przez dziesięciolecia zaczynała wakacje opolskim czerwcem i sopockim sierpniem. I to było wtedy piękne.


Dziękuję za rozmowę.


Tadeusz Woźniak – ur. 6 marca 1947 w Warszawie – wokalista, muzyk, kompozytor. Zadebiutował w roku 1966 pod pseudonimem Daniel Dan w zespole „Dzikusy” podczas I Radiowej Giełdy Piosenki. Jako gitarzysta grał m.in. w Niebiesko-Czarnych, śpiewał z grupą Czterech i z tą grupą dokonał pierwszych nagrań archiwalnych dla 3 programu PR oraz płytowych. Jako kompozytor zadebiutował w 1967 roku, pisząc muzykę do wierszy Juliana Tuwima, Bolesława Leśmiana, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Od 1968 występuje jako solista, śpiewając najczęściej melodyjne ballady własnej kompozycji i akompaniując sobie na gitarze. Komponuje także muzykę teatralną i filmową, tworzy spektakle muzyczne i musicale. Jako wykonawca największe sukcesy odnosił pod koniec lat 60. i w latach 70. Ma w swoim dorobku muzykę do ponad dwieście piosenek, prawie 100 inscenizacji w teatrach dramatycznych, wielu przedstawień telewizyjnych, programów poetyckich i artystycznych oraz filmów animowanych. Muzyka Woźniaka, choć stanowiła integralną część wielu sztuk teatralnych, była też niezależnie nagradzana na festiwalach sztuk teatralnych. Otrzymał nagrodę za muzykę do „Wesela Stanisława Wyspiańskiego w reż. R. Kordzińskiego, „Odprawy posłów greckich” Jana Kochanowskiego w reż. A. Witkowskiego, „Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa w reż. A. M. Marczewskiego. Jego najpopularniejsze piosenki poza „Zegarmistrzem”, to „Hej, Hanno”, „Smak i zapach pomarańczy”. Odznaczony Złotym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko