Kazimierz Nowosielski – Powrót do źródeł

0
51

Kazimierz Nowosielski –  Powrót do źródeł


(Patriotyzm i założycielskie teksty polskości)

 

 


   Zapewne wiele zdarzeń dotyczących tak wspólnotowego, jak i jednostkowego życia usiłowano przed 1270 rokiem po polsku zapisać, ale ostało się tylko to jedno: daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj (w oryginalnym zapisie: day, ut ia pobrusa, a ti poziwai), zanotowane przez niemieckiego mnicha w pisanej po łacinie kronice henrykowskiego klasztoru. Pojedyncze wyrazy, te owszem, odnajdujemy w paru łacińskich kronikach, rocznikach, czy w wydanej w 1136 roku bulli papieża Innocentego II dla gnieźnieńskiego arcybiskupstwa, gdzie zarejestrowano przeszło 400 polskich nazw miejscowych oraz osobowych, lecz zdanie – to jednak co innego:inna ranga, inny rodzaj wydarzenia… Zaiste, zdumiewający to dar polszczyzny, polskiej kultury, polskiej duchowości. Oto snując domysły nad tym, skąd się wzięła nazwa podległej cystersom wsi Brukalice, kronikarz Piotr wskazuje na zamieszkały tam kmiecy ród Brukałów, z których niegdyś jeden, Bogwał – Czech z pochodzenia, po powrocie z pola wyrzekł owo zdanie, zwracając się do pochylonej nad żarnami żony: Daj, ja będę mełł, a ty sobie odpocznij – bo tak by mniej więcej ono brzmiało w dzisiejszej polszczyźnie. Mielenie na żarnach należało wówczas do czynności typowo kobiecych, a ponieważ pomaganie owej białogłowie, jak powiada kronikarz, przydarzało się wspomnianemu Bogwałowi nieraz, miejscowi wzięli go na języki (a on to wszystko przetrzymał!) i nazwali Brukałą; stąd i rodowy cognomen, i nazwa wsi; stąd i zdanie – zdarzenie rozpoczynające dzieje polskiego kulturowego dziedzictwa.

   Zauważmy, iż rzecz (słowo) dotyczy tu historii zgoła prozaicznej, szarej, nieefektownej, acz przecież dla życia niezwykle istotnej: ciężkiej pracy nad darem ziemi, nad ziarnem, które pod obracanym kamieniem zamienia się w mąkę, z której z kolei niezbędny dla życia chleb. Nie jest to więc zdarzenie z rzędu tych, które od początku kulturowych dziejów człowieka do dziś zwykły zajmować uwagę kronikarzy wielkich i małych wspólnot, np. to, że gdzieś tam ktoś na  kogoś napadł, ograbił, odebrał mu życie, ktoś kogoś oszukał, cesarskie dziecię się narodziło, książę ziemie postradał, w królewskim pałacu ślub się odbył; ot, ekscytujący „publiczność” los „vipów” każdej epoki… A jednak „bohaterami” przedstawionego w pierwszym polskim zdaniu wydarzenia nie jest nikt z możnych tego świata: ni król, ni książę, ani znamienici rycerze, ni choćby opat nawet, ale… zwykli kmiecie: on i ona, których nic prócz tego, że próbowali ulżyć sobie w codziennej doli, na tę chwilę nie wyróżniało. Zdumiewa prostota tej sceny: mężczyzna i kobieta, przed nimi dwa kamienne koła do mielenia ziaren, on – choć sam zmęczony – proponuje żonie, żeby odpoczęła, i że on ją zastąpi przy żarnach.  Tak oto rodziła się prawdziwa solidarność: dwoje ludzi, ciężkie kamienie… i cicha mowa serca. Jak w Ewangelii: „Jedni drugich brzemiona noście”. Nikt się tu nad nikogo nie wywyższa; żona Brukały – niczym Ewa w Księdze Rodzaju –  pozostaje mu co do godności równa: auditorium simile sibi. (I niech nikt nam dzisiaj nie wmawia, że polska kultura, że chrześcijaństwo deprecjonuje kobietę, i że w związku z tym, jak twierdzą feministki, trzeba ją nieustannie z tej opresji wyzwalać!).

    W ten oto sposób praca nad naturą (ziemia, kamienie, zboże), przez poruszone w spotkaniu dwojga ludzi sumienie, staje się również pracą człowieka nad samym sobą i osobowym aspektem wspólnoty; staje się zaczynem prawdziwie życiodajnej kultury (łac. cultura –  uprawa) – przestrzenią poszukiwania sensu życia, świadectwem troski o jego jednostkowy oraz społeczny ład. Dzięki niej i za jej sprawą poniekąd, kobieta i mężczyzna odpocząwszy („od-począć” to – jak mówił Norwid – począć się od nowa, przysposobić się do nowego trudu, do dalszego toczenia kamieni…), niebawem znów wrócą do swoich, w podziale pracy najważniejszych, czynności: on – na pole, ona – do żaren; zapewne niebawem urodzą się dzieci, bo skądś przecież ci  Brukałowie w Brukalicach się wzięli… Będą mielili mąkę i wypiekali chleb – owoc pracy człowieka nad darem ziemi i  niebios, i nad samym sobą.

   Tak więc u początków polskiej kultury nie stoi obraz jakiejś utraconej Arkadii, nie kształtuje jej mit o jakiejś zapomnianej krainie wiekuistego szczęścia („Sławianie, my lubim sielanki” – twierdził Mickiewicz), ale wprost przeciwnie: u jej źródeł stoi prawda o nieomijalności ogromnego trudu w  porządku ludzkiego zamieszkiwania na danej i zadanej nam ziemi. Nie na utopii zatem, lecz na realizmie w doświadczaniu oraz znoszeniu człowieczego losu – tak jak go zapisuje henrykowskie zdanie – funduje się wizja naszej osobowej i wspólnotowej na tym świecie obecności.

    Charakterystyczne, iż ta kultura u swych źródeł wyłania się jakby z językowego osocza cywilizacji łacińskiej. To łacina, zdaniem wielu uczonych, nadała polszczyźnie składniową giętkość, strukturalny ład, wysubtelniła międzysłowne zależności. Na razie w „Księdze henrykowskiej” mamy do czynienia z prostym trójczłonowym komunikatem o egzystencjalnym (i moralnym!)  sensie spotkania dwojga prostych ludzi; pierwszy zapis czynności  („day”, „pobrusa”, „poziwai”), wskazanie na ich związek (łacińskie „ut”, rodzime „a”), na elementarne relacje między „ia” a „ti”.  Tak oto wygląda pierwsze zapisane spotkanie paru polskich słów – i tak też jawi się zapis spotkania jakby naszych pierwszych polskich rodziców. Czyż trzeba więcej?

   A drugi tekst? To „Bogurodzica”, której pierwszy zachowany zapis pochodzi z 1408 roku. Jakże wspaniale wybrzmi w nim owa zawarta w pierwszym polskim zdaniu tęsknota za ładem serca i sumienia – w „Bogurodzicy” skierowana ku niebiosom, gdzie boski „Gospodzin” – źródło i dysponent wiecznej oraz doczesnej pomyślności. Już w inicjalnym wersie objawi się ona z jakąś nieznaną innym kulturom mocą teologiczno-antropologicznej deklaracji: „Bogurodzica, dziewica, Bogiem sławiena Maryja!”. Oto niewiasta z Nazaretu, dziewczyna z ludu wzięta, zostaje ukazana jako Matka Boga – najważniejsza pośredniczka między trudną realnością ziemskiego „pobytu” człowieka a   Królestwem Pana, w pieśni określonym jako „rajski przebyt”. Czym człowiek bez tej tęsknoty?; czym owa tęsknota bez rozpoznania prawdziwej natury człowieka, która zarazem z ziemią związana i boskim wezwaniem do jej przekroczenia nasycona, także w pracy się objawia i w akcie pracy sprawdza?

    Zdumiewający jest egzystencjalny realizm obu polskich tekstów: wyznania Brukały z „Księgi henrykowskiej” i wyznania tej szerszej wspólnoty, która jako „my” się określa w najstarszej polskiej pieśni. Oba zdają się zbudowane na głębokim doświadczeniu trudów życia, oba uwydatniają jego ziemski ciężar, oba też czynią z kobiety jakiś ważny punkt odniesienia dla spełniania się człowieczeństwa w człowieku; kim wszakże byłby Bogwał bez swej towarzyszki życia – i kim byłby ród ludzki bez Bogarodzicy? Stąd i owo „pojękliwe”, dla słowiańskiej mowy – twierdzi Norwid – charakterystyczne, błagalne wołanie: „Twego syna (…) Zyszczy nam, spuści nam / (…) Słysz modlitwę, jąż prosimy, / A dać raczy, jegoż prosimy”, które ma zanieść Matka przed oblicze Tego, który nas – śmiertelnych, życiem utrudzonych, chrzci stale Duchem Świętym, aby słabych i słabnących umocnić w drodze do „rajskiego przebytu”. Tamta (Brukałowa żona) w jakimś głęboko symbolicznym sensie daje początek rodzinie, Maryja zaś daje początek tym, co są z rodu Chrystusa; staje się Matką w Nim ochrzczonych. Przy Jej udziale Bóg się uniża, by tak wywyższyć człowieka, aby wieczne życie stało się jego udziałem. Gdy Słowo Przedwieczne zamienia się w ciało – i Ona doznaje wywyższenia: staje się „Bogiem sławiena”.

    Wielkość „Bogurodzicy” i na tym polega, iż łączy ona porządek horyzontalny z porządkiem wertykalnym, realizm z transcendencją; oto pieśń ta każe nam podnieść głowy znad żaren i skierować swe spojrzenie ku górze: tam, gdzie Gospodarz bytu. Bez Jego błogosławieństwa daremny trud, a wiedzą wszak coś o tym różni Brukałowie – ludzie ciężkiej, codziennej pracy. Aby ziemski mozół człowieka wydał owoce, tzn. żeby był godny „zbożnego pobytu”, czyli plonował nie tylko chlebodajnym zbożem, ale i zbawczym błogosławieństwem niebios – potrzeba, aby wszystko, co człowiecze, rozstrzygało się pod spojrzeniem „Bożyca”. Bez Niego bezpożyteczne bywają ludzkie utrudzenia i daremne – coś też o tym wiedzieli nasi przodkowie – wszelkie bojowanie. Mądry Norwid umieszczał „Bogurodzicę” w centrum i jakby u początków naszej narodowej oraz cywilizacyjnej „Epopei”, której istotą i sercem: „praca i nabożeństwo”. Poza nią marnieją kultury, wątleje indywidualna oraz wspólnotowa „dzielność” człowieka. „Bogurodzica” w jakimś istotnym sensie uświęca ludzki trud i czyni pracę ważnym rodzajem modlitwy; włącza Łaskę w porządek ziemskiego bytowania człowieka. Żadna praca, czyn żaden, powiada się w tej pieśni, nie powinny być bezmyślne („Usłysz głosy, napełń myśli człowiecze”), tzn. nie powinny się odbywać bez pamięci o Bogu i drugim człowieku. Od spotkania dwojga w akcie pracy rodzi się wspólnota, od spojrzenia tej wspólnoty ku górze, od jej modlitwy, staje się Kościół – i pomnażają się owoce ludzkiej na tej ziemi obecności; owoce kulturowe i duchowe zarazem. Warto zwrócić uwagę, że i ten tekst również nosi w sobie pamięć oraz doświadczenie grecko-rzymskiej kultury, a czyni to poprzez refreniczne „Kiryjelejzon”, które wszak nie przetłumaczono na polskie „Panie, zmiłuj się” – jakby na znak nierozerwalnej z tą kulturą więzi.

    Z podobnego kontekstu cywilizacji łacińskiej wyłania się wielkie dzieło Jana Kochanowskiego – przepotężny, wielotonalny, renesansowy hymn na cześć niewyczerpalnego bogactwa stworzenia. Kształtowany w oparciu o łacińską klasykę i jednocześnie niezwykle czuły na walory żywej polszczyzny język autora „Psałterza Dawidów” był już zdolny wypowiedzieć najdelikatniejsze poruszenia ludzkiej duchowości oraz zmysłowości; wyrazić miłość i żal, radość i przygnębienie, splendor oraz grozę natury, chwałę i tajemnicę Boga. Niezwykle przekonywująco potrafi też Kochanowski podkreślić znaczenie wolnego i wrażliwego sumienia, oddać powagę społecznych i patriotycznych powinności obywatela; pisał wiersze o konieczności pracy człowieka nad sobą, o mądrej obecności w kulturze i naturze zarazem, o uprawianiu człowieczeństwa w różnych jego doczesnych aspektach, ale zawsze: pod okiem Boga – wiecznego Gospodarza. Kładł akcent na zmysłowych walorach egzystencji („Miło szaleć, kiedy czas po temu”), lecz i zaznaczał wagę doskonalenia się w cnotach, dzięki którym pozyskuje człowiek „wieczną sławę i osiadłość w niebie”, zaś w „Pieśni XII” dodawał: „A jeśli komu droga otwarta do nieba, / Tym, co służą ojczyźnie”. Zygmunt Kubiak – eseista, tłumacz i wybitny znawca antyku w mowie wygłoszonej na okoliczność przeniesienia szczątków poety z przykościelnego cmentarza do kaplicy w Zwoleniu w 1984 roku określił istotę polskości Kochanowskiego jako „gorzką wiedzę i dźwiganie kamieni”. W jakimś istotnym sensie – od pierwszego zdania przez „Bogurodzicę” – jest to też i nasza na dzisiaj sprawa.

    Dzieje się tak, gdyż  patriotyzm, czyli miłość ojczyzny to nie tylko, jak nam niektórzy wmawiają, jakiś stary kostium krępujący ruchy współczesnym, ale przede wszystkim żywe zobowiązanie serca i rozumu. Rozum bez serca zamienia patriotyzm w ideologię, serce zaś, które bez rozumu chciałoby się tu obyć, zdolne jest tę specyficzną miłość przekształcić jedynie w sentymentalny poryw. Patriotyzm rozumiem więc nade wszystko jako pewne bardzo istotne doświadczenie serca rozumnie wybierającego podglebie dla osobowego wzrastania każdego człowieka. A wybór dotyczy nie tylko tego, co było, czy co jest, lecz i tego, co będzie, a więc i tego także, kogo chcielibyśmy – jeśli Bóg litościwy – spotkać w naszej wieczności, oraz tego również, z kim chcielibyśmy, żeby się w swym ziemskim życiu spotkały – jeśli je mądrze kochamy – nasze dzieci, wnuki, prawnuki… Bo że spotkają się z jeszcze lepszymi niż dzisiaj środkami lokomocji, z jeszcze szybszym sposobem komunikowania się, z jeszcze bardziej udoskonalonymi narzędziami pracy – co do tego chyba raczej trudno mieć wątpliwości, ale czy spotkają się z dobrymi, mądrymi, uprawiającymi cnoty ludźmi?… Trzy przedstawione przeze mnie dzieła mówią, co tutaj potrzebne: praca – modlitwa – głębokie oraz rzetelne rozeznawanie wartości. Z takiego też, sądzę, doświadczenia i ducha polszczyzny, tak jak się one wyrażają i zapisują we wspomnianych dziełach, zrodziła się polskość. „Spójrzcie na opokę, z której wyciosani jesteście, – powiada Sługa Jahwe w „Księdze Izajasza” – na źródło, z którego pochodzicie!”. Warto o tym pamiętać.


Profesor Kazimierz Nowosielski, pisarz, wykładowca na Uniwersytecie Gdańskim.


(Powyższy szkic, nieco zmieniony, opublikował „Nasz Dziennik” z 2 – 3 maja 2012 r.)

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko