Andrzej Walter – Kto się dziś boi Grubej Ryby?

0
171

Andrzej Walter


Kto się dziś boi Grubej Ryby?

 

   Ostatnią „śtucką” Michała Bałuckiego w październikowy wieczór na krakowskich Błoniach było palnięcie sobie w łeb. Michał Bałucki mówił o sobie, że „pisze śtucki”. Jego twórczość komediowa przysłania ogrom publikacji krytycznych, publicystycznych, kronikarskich, jak również spory wybór powieści i nowel, które stworzył. Do dziś na deskach teatrów odgrywa się sztuki Bałuckiego, lecz współcześnie jest on mało znanym i niepoczytnym pisarzem. Na przełomie XIX i XX wieku jego komedie czytano chętnie i często. Sztuki na podstawie tych dzieł wystawiano nie tylko w Krakowie, którego bezpośrednio dotyczyły, lecz także w Warszawie, we Lwowie oraz na prowincji. Były popularne i cenione. Eliza Orzeszkowa w liście do pisarza z 1894 roku napisała:Tacy pisarze jak Pan dają swoim społeczeństwom zdrowie. Ono też ich kocha i czci. Imię Pana jest w kraju kochane i czczone. Ja o tym dobrze wiem (…). No cóż. Bałucki wpisał się w ducha czasów, był bystrym obserwatorem, rzekłbym, sprawnym pisarzem. Być może jego sztuki zgotowane na ówczesną rzeczywistość przede wszystkim bawiły, jak również ukazywały pewien aspekt wad, przywar i śmieszności tamtego społeczeństwa, co wtedy sprawiło, iż stał się popularny. Niestety dziś, w świecie zawiłym i nadgniłym, dramatyczne dokonania pana Michała ani nie bawią, ani nie zgłębiają, ani wreszcie nie dają żadnych powodów do głębszych refleksji. Krystyna Janda wraz ze swoim Teatrem Polonia wystawiając „Grube ryby” strzeliła Bałuckiemu w łeb ponownie. Tylko z innej strony. Tym razem w Warszawie. Zrobiła to z wyrachowaniem kapitalisty, który musi dbać o to, by teatr (ponoć w jakiś zawiły sposób jednak dotowany) na siebie zarobił. W jednym z wywiadów nasza znakomita aktorka (bo tego nikt nie zakwestionuje, iż jedna z najlepszych), powiedziała wprost, że musi wystawić sztukę lekką, łatwą i przyjemną, aby móc porwać się na spektakl ambitny, których w Teatrze Polonia było już wiele. Najciekawsze w tym wszystkim jest inne spojrzenie. Inna analiza. Kto jest dziś Bałuckiego odbiorcą. Kim jest widz, który tłumnie nawiedza tak błahy spektakl. Odpowiedź, bądź jedną z odpowiedzi, dostajemy w opisie widowni w znakomitej recenzji Jacka Sieradzkiego opublikowanej w dolnośląskiej „Odrze” pod tytułem „Nie strzelać”. Trzeba oddać Jandzie, że zamieściła też ową recenzję na stronie internetowej teatru, co samo w sobie stanowi o jej uczciwości wobec nas – widzów. Otóż Sieradzki zastanawia się i opisuje: „-Patrzę na widownię wypełniającą strome pod sufit rzędy krzeseł (…)Ta widownia jest uczesana, ubrana, wypachniona, widać, że do teatru się wybrała jak za starych dobrych czasów. I jest młoda. To nie są dinozaury ze starej inteligencji, którzy już przestali bywać, bo “dzisiejszy teatr to nie to, co dawniej”. I nie snobi, gnani namiętnością odnajdywania się w miejscu modnym. Nie, to raczej owa zmitologizowana klasa średnia, o której pożądanych narodzinach pisywano na okrągło w pierwszych latach pokomunistycznej Polski, potem jakby przestano. A ona się pokątnie, bez oficjalnego położnictwa, narodziła, dorosła, ubrała, obuła i żąda przynależnych sobie, mieszczuchowskich rozrywek. Wśród nich wyjścia do teatru, w którym można się uśmiechnąć i rozprężyć, bez ryzyka, że działania sceniczne będą prowokować, drażnić i obrażać, a choćby i wyrywać z błogich oczekiwań i, horribile dictu, zmuszać do myślenia.

Pytanie, czy można mieć o to do młodych garniturowców żal?

Zawartość treściowa “Grubych ryb” z dzisiejszej perspektywy zdaje się, mówiąc bez ogródek, bliska zeru. Nie tylko zresztą z dzisiejszej perspektywy. Z tej krotochwili, w której para zidiociałych staruszków swata siedemnastoletnie dziewczęta dwóm sześćdziesięcioletnim również współskretyniałym nieużytkom, natrząsał się Boy już w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Ledwie cztery dekady po prapremierze w 1881 roku! A przecież wtedy owo stęchłe ciepełko mieszczańskich domów, z siedemnastoletnimi pannicami, którym w głowie szaleją marzenia o “materialnej sukni” (dorosłym stroju, wyzwalającym z dziecinnego przyodziewku), ze starymi kawalerami gubiącymi krok w kadrylu będącym jedyną oficjalnie dostępną formą flirtu – cała ta zramolała poczciwość przynajmniej miała jaki taki bezpośredni związek z realnym doświadczeniem, niechby i ze świeżymi wspomnieniami. Dawało się ją do czegoś odnieść, z czymś porównać.

Dziś jest abstrakcją. Krainą nierealną, oderwaną od rzeczywistości dokładnie tak, jak nic z “realem” wspólnego nie mają filmy fantasy z herosami, księżniczkami, świetlnymi mieczami i wojnami gwiezdnymi. Cielęco jednak gapi się na nie także dorosła – nie tylko małoletnia – publiczność, łatwo łykając infantylne konwencje. W czym gorsza (jako miłe spędzenie czasu) miałaby od tych bzdurek być stara bajeczka sceniczna, w której dwa stare lowelasy, ożywione niewinnym umizgiem, suną w koperczaki do podfruwajek, dostają po nosie i o nic poza śmiechem z tego klapsa nie chodzi!? „

   Czy jest to pełny obraz Michała Bałuckiego i jego twórczości? Zapewne nie. Jego świat był dość wielopłaszczyznowy. Jego powieści, dramaty, obrazki, recenzje, felietony tworzą barwny i bogaty obraz czasów i środowiska, w których żył ich autor, zaś kształt literacki tych utworów świadczy, iż ich twórca nie był pozbawiony talentu. Wiele utworów prozatorskich autora pokazuje konflikt jednostki ze światem. Można dopatrzeć się w jego powieściach cech biedermeierowskich, w których chwali życie skromne, pracowite, praktyczne, dobrego serca i zdrowego rozsądku. Wadami są próżniactwo, pycha i rozrzutność. Niektórzy krytycy uznają, że Bałucki stworzył własny model pozytywizmu w powieściach nie najwyższych lotów. To utwory jak u Gogola czy Dostojewskiego o „małych ludziach” i przeżywanych przez nich dramatach. „Prawie jak u…” czyni różnicę. Miał jednak pan Michał pewną wyobraźnię. Mało kto wie o jego nie ukończonym dziele „Kraków w roku 1950”, gdzie możemy śmiało o nim powiedzieć – fantasta czy futurolog. Opisał świat szybkiego tempa życia, nerwowości ludzi czy obecność w mowie wielu neologizmów oraz obcych wyrazów w nazwach sklepów czy firm. Opis ten co prawda bliższy jest naszym czasom, jednak Bałucki nie mógł przewidzieć dwóch wojen światowych oraz żelaznej kurtyny. Zresztą spotkałem się ze zdaniem, iż faktycznie już w latach pięćdziesiątych można było dostrzec symptomy tej wizji.

   Niestety ten inny aspekt twórczości Michała Bałuckiego jest mniej znany. Powszechnie pozostanie chyba autorem spektakli teatralnych, których wartość w dzisiejszym świecie jest niewielka. Jak opisałem, pomimo tego, „Grube ryby” łowią na przedstawienie współczesne rekiny, szczupaki a nawet płotki. One to, te dzisiejsze grube rybki, owe „epokowe problemy” mariaży traktują bardzo poważnie. Miarą tego jest choćby ogromny sukces niedawnego filmu „Testosteronu”, a wcześniej spektaklu warszawskiej sceny.

Sprawy damsko-męskie czy wszechobecny erotyzm dominują dziś w przestrzeni medialnej. Odzierają intymność z wszelkiej tajemnicy. Dostarczają niewybrednej rozrywki masom. Poza tą rozrywką jednostka XXI wieku jest uzależniona od internetowych serwisów społecznościowych, w których króluje w nowszej wersji między innymi to co pokazał Bałucki – czyli plotka, banalne hasełka, kreowanie mód i własnych, tak zwanych wizerunków. W Ameryce 40 procent społeczeństwa wolałoby spędzić noc w więzieniu, przeżyć kanałowe lecenie zębów, zrezygnować z godziny snu dziennie, przeczyścić odpływy pod prysznicem lokalnej siłowni, przeczytać „Wojnę i pokój” Lwa Tołstoja czy zrezygnować z klimatyzacji bądź ogrzewania niż stracić dostęp do swojego „profilu” na Facebooku. To oficjalne wyniki najnowszych badań. Wiele mówią o hierarchii wartości człowieka współczesnego. W globalnym świecie globalnej sieci, fakt, iż chodzi o Amerykę nie gra roli. U nas obserwujemy już to samo.

W ten krajobraz wpisuje się dziś zapotrzebowanie na Bałuckiego i jemu podobnych twórców. Tylko czy nie jest to właśnie przystawianie mu ponownie pistoletu do skroni? Czy nie jest to właśnie syndrom zmiany epok, w którym ludzi starszych i doświadczonych wyrzuca się poza nawias społeczeństwa jurnego i witalnego. Czy współczesny hedonizm nie stygmatyzuje przeszłości za wszelką cenę? Wygrzebywanie dziś Michała Bałuckiego jest wieloznaczne. W ciekawym, bardzo podobnym świetle stawia dramat na krakowskich błoniach. Epoka niszczy jednostkę, a jednostka niszczy sama siebie. Twórcę się odrzuca, kiedy jest niewygodny, a głaszcze pod włos, kiedy ma spełnić wizję. Kiedy ma uprawomocnić nasz nowoczesny świat z prostą, banalną potrzebą „chleba i igrzysk”. Igrzyska się właśnie toczą. Chleb smakuje polepszaczem, a grube ryby zawsze mogą zostać pożarte przez jeszcze większe.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko