Wanda Szczypiorska – Trzy opowiadania

0
276

W zawieszeniu



Jerzy NowosielskiZ pamiętnika: „Pochmurno, wieje wiatr, dźwięki stłumione, jak o zmierzchu. Wiatr odpływa, napływa, tworzy nagłe głębie, ruchliwe wyrwy w spokojnej masie drzew. Wśród trawy rudą plamą ukazuje się głowa psa i opada w dół. Mama poszła po chleb, wróciła, bo piekarz nie przyjechał, ale poszła znowu bojąc się stracić kolejkę. Leżąc w trawie czytam opowiadanie Juan Ming, chińczyka z IV wieku.”

Tyle zapiski z tamtego dnia. Co było dalej? Czy pamiętam? Usiłuję sobie przypomnieć. Rozpogodziło się zapewne, a ja poszłam nad rzekę, niecały kilometr, może pół. Pies poszedł ze mną. Miałam ulubioną plażę. W pobliżu była glinianka, głęboka, zarośnięta. Skakało się do niej z udeptanego brzegu. Ale skakałam tylko wtedy, kiedy ktoś był w pobliżu. Nie z ostrożności – nie. Lubiłam wzbudzać podziw. Na ogół opalałam się leżąc z książką na gorącym piasku.

            I znów ten chłopak się pojawił niewiadomo skąd. Jakby tu był od zawsze. Musi gdzieś blisko mieszkać. Widziałam go zeszłego lata, przyglądał mi się, krążył. Być może coś zagadał, ale ja odburknęłam niechętnie. W tym roku, to co innego. Byłam naprawdę w dołku. Zdawałam do Filmówki – nie wyszło, będę musiała szukać pracy. Co ja mówię? Ja nigdy nie szukałam pracy. Ktoś zawsze mi ją załatwiał, a ja stawałam przed faktem dokonanym. Na razie było lato, trzeba to było wykorzystać. Jednak świadomość, że jestem znowu nikim sprawiała, że byłam przygnębiona.

            Chłopak zbliżał się środkiem rzeki w wodzie po kolana. Tak, to na pewno miejscowy. Wyglądał jak ktoś ze wsi. Zbliżał się niezbyt pewny siebie z takim uśmieszkiem, jaki mają ludzie, którzy czegoś bardzo chcą, ale boją się, że to jest niemożliwe do osiągnięcia.. Pomylił się. Nie tym razem. Tym razem byłam gotowa zawrzeć z nim znajomość.

            Kiedy stanął koło mnie podniosłam głowę i uśmiechnęłam się, a on wtedy usiadł. Zauważyłam, że drży i ma zaschnięte usta. Mój Boże, więc to aż tak, więc czekał cały rok, żeby się do mnie przysiąść? Bałam się, że zapyta, co czytam. Ale nie. Mój pies go znał. Mój pies go lubił, a przecież rok wcześniej chodziłam na plażę z psem, żeby odstraszyć natręta. Nie wiedziałam, że się zaprzyjaźnili. Chłopak nie był osiłkiem. Nie był też przystojny. Ot, taki sobie wiejski chłopak. Ale był, a ja nie miałam nikogo. Umówiliśmy się na wieczór tam, gdzie najłatwiej się było spotkać, czyli przy szosie, na mostku.

            Wiedział gdzie mieszkam. Najwidoczniej wieczorami snuł się pod moim domem, chował za drzewami. Mieszkałyśmy na pięterku, więc widział tylko cienie. A teraz chodziliśmy na spacery. Opowiadałam, a on słuchał. Całowaliśmy się na leśnych drogach. Nie pamiętam jak doszło do tego pierwszego pocałunku, ale musiało dojść dość szybko. To było tak, jakby nie sposób się było temu oprzeć. To się udzielało. To się udziela zawsze, kiedy ktoś nas pragnie.

To ja opowiadałam o sobie. Nie pytałam, czym on się zajmuje – wiedziałam – gdzieś pracuje, bo w ciągu dnia był zajęty. Ale wkrótce okazało się że jest wolny. Porzucił pracę? Wziął urlop? Nie pytałam, a on starał się być tajemniczy. Taka strategia. Często stosowana. A więc teraz mogliśmy w powszednie dni chodzić w dół rzeki, brodząc po kostki, po kolana w przezroczystej wodzie. Dość daleko od brzegu widać było zabudowania. Wieś ciągnęła się i ciągnęła. Tam mieszkam – powiedział, ale nie pokazał dokładnie – gdzie. Spotykaliśmy jego kolegów i on był z tego zadowolony, chociaż nie bardzo wiedział, jak się ma zachować.

 

To, co musiało się stać, stało się w lasku niedaleko domu. Postanowiliśmy posiedzieć, było już prawie ciemno, zdjął marynarkę (zawsze przychodził w marynarce) i rozpostarł na pełnym patyków mchu. Położyliśmy się obok siebie, tak było wygodniej i wtedy stało się to. Jak burza, jak szaleństwo. Nic tego nie mogło zatrzymać. Było nieuniknione. Wspaniałe.

Nie widziałam go przez kilka następnych dni. Więc tak? Osiągnął to, co chciał i zniknął? Wydawało się niemożliwe. Ale się przecież zdarza, mogło się zdarzyć również mnie. Żałowałam? No pewno. Bolało trochę, że okazał się takim draniem.

Pojawił się na trzeci dzień. Zobaczyłam go w pobliżu mojego domu. Wyglądał jak ktoś chory. Zmalały jakiś, ze spieczonymi ustami. Bał się. Był pewny, że zawinił. Był pewny, że go odtrącę. Gotowy ponieść karę. Łatwo go było przekonać, że chcieliśmy tego obydwoje. Tylko że właśnie ktoś mi załatwił tę nieszczęsną pracę i będę musiała wynająć jakiś kąt w mieście. A w mieście ja go widywać nie chcę, (nie mogę – powiedziałam). Ale spotkamy się. Na pewno.


                                                                                                                      

Tamtej jesieni

           

         Siedziałam na kamieniu pośrodku pola spoglądając na samochody przejeżdżające dość odległą szosą. To był ostatni dzień urlopu. Jutro wejdę do mojego pokoju w biurze, a tam już będzie   kierownik, a może i ktoś jeszcze, wejdę i powiem, że będę miała dziecko. Niedobrze jest w takim stanie siedzieć na kamieniu. Podniosłam się i poszłam w stronę domu.

       Następnego dnia, rano jechałam do pracy podniecona. Dojazd do miasta trwał godzinę. Czułam się bardzo dobrze, nadzwyczajnie. Doprawdy nie wiem, czemu wiedziałam, że to będzie syn. Dlatego kiedy wjechałam windą tam, gdzie było moje biuro i weszłam do pokoju, w którym siedziało już parę osób, powiedziałam „dzień dobry” do wszystkich i do nikogo, a potem:

       – Będę miała syna

       Zdziwienie, jakieś uwagi, może gratulacje. Być może uśmiechy, uśmieszki raczej, bo przecież wiedzieli, ze nie wyszłam za mąż. Ale ja nie czułam się skrępowana. Od dwóch dni, od kiedy się dowiedziałam o tym, byłam zbyt szczęśliwa. Naprawdę. Władek jak gdyby się domyślał, to znaczy nie był pewny, czy tak, czy nie i wyglądało na to, że się boi. Boi się, bo myśli, że ja się boję. O, nie. To przecież moje dziecko.

       W biurze nikt nigdy nie widział Władka. Wolałam, żeby nie przychodził. Był nijaki, zbyt młody, do tego ubrany nieelegancko; przed biurem na Marszałkowskiej wyglądałby jak ktoś, kto się tu zabłąkał. Za to na wsi, przy szosie lubelskiej byliśmy u siebie, w domu. Spotykaliśmy się wieczorami, kochali w zagajnikach, bo wciąż było jeszcze ciepło.

            Teraz coś się zmieniło jednak, zaciążyło na nas nagle poczucie odpowiedzialności. Lecz ja chyba sobie poradzę. Jak? Nie wiem. Często myślałam o tym, że syn powinien mieć ojca, żebym mogła rodzinie, kolegom z biura, dawnym znajomym powiedzieć – to jest ojciec. I potem, jak dorośnie, żeby nie był nieślubnym dzieckiem. Co prawda od dawna miałam uczucie, że bez Władka nie mogłabym żyć. Ale – mąż?

       Podczas jednej z leśnych wędrówek – szliśmy do jego matki – powiedziałam mu, że musimy wziąć ślub. To ja powiedziałam jemu, nie on mnie. On w ogóle niewiele mówił, w tym też musiałam go wyręczać. Dlatego wcale się nie zdziwiłam, że się ucieszył. Powiedzieć – ucieszył, to mało. Wyglądał tak, jakby spotkało go wielkie szczęście.

       Formalności załatwiliśmy w gminie. Termin ślubu był wyznaczony na pewien późnojesienny dzień. W biurze przeniesiono mnie do innego działu. Domyśliłam się, że chciano się mnie pozbyć i byłam trochę zawiedziona, ale nie za bardzo. I tak bym przecież odeszła. Władek jakoś zdoła zarobić na nasze utrzymanie. Trudno. Będziemy biedni.

       Ciąża zaczynała być już widoczna. Postanowiłam sama uszyć ubranie. w którym wezmę ślub i to musi być coś ciepłego i luźnego, żeby można było nosić przez całą zimę, a potem jeszcze wczesną wiosną. Kupiłam wełniany materiał i wieczorami zaczęłam szyć kostium. Żakiet miał być szeroki, a spódnica z zakładką do poszerzania w czasie ciąży. Kolor materiału nie bardzo mi się podobał, taki ni to brązowy ni to żółty, ale innego nigdzie nie mogłam dostać. Władek już mieszkał u mnie. Pokoik miał dwa metry na dwa i pół – zmieścimy się tu we troje. Do ślubu pojedziemy pekaesem, a skromne przyjęcie będzie u jego matki.

      

            To był powszedni dzień, późne popołudnie, autobus pełen ludzi wracających z pracy, mnie ktoś ustąpił miejsca, ale Władek z kolegą, który miał być świadkiem, stali ściśnięci w przejściu. Przed budynkiem Prezydium Gminnej Rady stało już kilku zaproszonych gości. Kuzyn przyjechał samochodem, zabierze nas w powrotnej drodze. W starym budynku gminy musieliśmy wszyscy wejść na piętro bardzo wąskimi schodami do sali prezydialnej, gdzie udzielano ślubów. W pewnej chwili Władek, który szedł za mną potknął i osunął. To wywołało zamieszanie, bo pozostali musieli się trochę cofnąć. Wiedziałam, że Władek, onieśmielony, a jednocześnie podniecony tą niecodzienną sytuacją, nie bardzo wie, co się dokoła dzieje i trochę się niepokoiłam, czy tam na miejscu, w sali. nie zrobi jakiegoś głupstwa. Okazało się, że nie pamięta komu dał obrączki. Bo komuś dał. Bo nie miał. Na szczęście miał je świadek. I wkrótce było już po wszystkim.

       Wracaliśmy z kuzynem samochodem, a reszta gości pekaesem. Potem jeszcze kawałek do wsi. Przyjęcie u teściowej nie było wystawne, chociaż dołożyli się po trochu wszyscy, to znaczy siostry Władka. Rodzina odnosiła się do mnie z pewną rezerwą – nie miałam majątku, nic nie miałam i byłam od niego starsza. Ale dostałam od kogoś posrebrzane sztućce, od kogoś innego obrus.

            Ja nie piłam wódki podczas tego przyjęcia, ale Władek pił. Kiedy późnym wieczorem wracaliśmy do naszego domu, kilometr, może więcej, musiałam go podtrzymywać. W pokoju było zimno. On usiadł, a ja zaczęłam się krzątać. I wtedy to dotarło do mnie, aż się zdziwiłam sama. Dziwne uczucie. Świadomość przynależności. Do Władka. I tego, że on nieodwołalnie przynależy do mnie.



ŚWIT


         Mieszkałam na waleta. W służbówce mojej mamy. Była wychowawczynią w internacie. Powinna odejść na emeryturę, a dla nas to oznaczało wyrok. Bezdomność, rozdzielenie, w najlepszym razie łaskę krewnych. Lecz dyrektorka i jej mąż to byli przyzwoici. ludzie, podarowali mamie jeszcze rok.

         Groza naszego położenia nie w pełni docierała do mnie, bo byłam w tamtych dniach głównie zajęta sobą i zakochanym we mnie Alkiem.

         Mama ciułała grosz do grosza, ja tylko kupowałam książki. Gdzieś wewnątrz siebie niczym płód nosiłam wielką powieść. Wiedziałam, że ją napiszę. Jak będę sama. Miesiąc, dwa. To było nieosiągalne. Z rana w tym małym pokoiku z mamą, wieczory na ulicy z Alkiem. Powieści nie napisałam. Krótkie opowiadanie „Owce”, i może jeszcze coś, co się zawieruszyło potem w licznych przeprowadzkach.

         A z Alkiem wiecznie niespełnieni, ograniczaliśmy się do pocałunków i do dotyku w kinie. Nie było innych możliwości. To prawda; jego rodzina miała własny dom, ale on z kuzynem zajmował przechodni pokój. Nic tam nie mogło się wydarzyć, bo ktoś mógł nagle wejść. Jego rodzice? Tacy sobie. W stosunku do mnie podejrzliwi, nie uważali mnie za kogoś, kto byłby odpowiedni dla ich syna. Biedota ubrana w przenicowany płaszcz. Zupełne nic. Artystka?

         Błąkaliśmy się po ulicach, a moja mama zbierała grosz do grosza na wynajęcie czegoś poza miastem.

         Któregoś dnia kolega Alka użyczył nam pokój na godzinę. Poszliśmy spięci obydwoje, tak jakby to był obowiązek. Niechlujny studencki pokój, szary koc. Nie zdjęłam nawet płaszcza, chciałam natychmiast wyjść. Alek wyraźnie poczuł ulgę. To nie mógł być ten pierwszy raz. Znowu byliśmy na ulicy.

         Robiło się coraz cieplej; marzec, kwiecień , maj. Zbliżał się termin odejścia mamy na emeryturę. Miała już parę złotych, więc dałam ogłoszenie: Studentka ASP szuka pokoju poza miastem. Musiałby się zdarzyć cud, żeby ktoś się zgłosił. A jednak cud się zdarzył. Mama dostała list. Pisali państwo B. gotowi wynająć pokój. Nie było to nawet zbyt daleko. Godzina jazdy pekaesem

 

         Widziałyśmy go z daleka. Niewielki domek obrośnięty winem. Po jednym oknie na piętrze i na parterze. Uliczka, nie uliczka, po drugiej stronie park, który jak powiedzieli nam państwo B. niegdyś należał do nich. Teraz został im tylko domek. Wynajmowali go artystom, bo sami uważali się za artystów. Przyjeżdżali tu na niedziele. Starzy. Zdziwaczali

         Na dole mieszkał Bułgar- kompozytor. Nasz pokój był na pięterku. A nam po wejściu do pokoju dech zaparło. Umeblowany antykami. Łóżko z intarsją, mahoniowy stół, komoda z marmurowym blatem, fotel zwieńczony wyrzeźbioną różą.

         Umowę mama podpisała jeszcze tego dnia. Mogłyśmy się przeprowadzić.

         Mama przez dzień lub dwa miała w Warszawie załatwiać formalności związane z emeryturą, Alek i ja zwoziliśmy bagaże. Niewiele tego, pościel, książki. Byliśmy sami w tym pokoju z wielkim, skrzypiącym łożem. Otworzyłam szeroko okno. Za oknem był ten park i coś pachniało intensywnie. Lipa? Krzątaliśmy się nerwowo, jakby nie zdając sobie sprawy z sytuacji. Postanowiliśmy wyjść, rozejrzeć się. W głębi podwórka stały drewniane budki klozetowe. Wodę wyciąga się ze studni. Z kołowrotu zwisało zardzewiałe wiadro. Byliśmy świadomi tego, że mamy przed sobą noc. Ale wciąż było jeszcze widno.

         Może to co się miało stać było zbyt łatwe, oczywiste? Nie wyszło. Inkrustowane łoże zbyt szerokie, a my po raz pierwszy nadzy, początkowo jakby zdziwieni. Patrzyliśmy ukradkiem, on na mnie, ja na niego. Nasze ciepłe i miękkie ciała usiłowały się połączyć. Byliśmy tacy sobie bliscy, a jednocześnie w tym bezradni. Czułość zaczęła być przeszkodą. Nie było w niej namiętności.

         Kiedy zaczęło świtać leżeliśmy wyczerpani. Odezwały się pierwsze ptaki.

         Mama przyjechała przed południem objuczona resztą naszego dobytku. Byliśmy wtedy na spacerze. Za domem gęsty las ciągnął się aż do odległej wsi. Całe połacie mchu miękkiego jak to inkrustowane łoże. Nie mieliśmy do siebie żalu, nie byliśmy rozczarowani. Przed nami całe lato, a wiec nic nie jest przesądzone.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko