Leszek Żuliński – Księgi posępne

0
140

Leszek Żuliński


Księgi posępne

W zasadzie nie pamiętamy, że literatura tanatologiczna – tak ją nazwijmy – jest stara jak świat i posiada ogromne tradycje. Tren, epitafium, elegia, lament, rapsod – to gatunki liryczne, które rozwijały się już w antycznych czasach. Potem przyszły średniowieczne misteria i te wszystkie rozmowy ze śmiercią, dance macabre i ascetyczne memento mori. Kiedy Kochanowski pisał Treny, zapewne znał cykl Sur la morte de Marie Ronsarda. A niebawem wkroczył do literatury wielki Sęp, który lubował się w pisaniu nagrobków i epitafiów, i pozostawił po sobie m.in. tę wspaniałą strofę:

 

Ehej, jak gwałtem obrotne obłoki
I Tytan prętki lotne czasy pędzą,

A chciwa może odciąć rozkosz nędzą

Śmierć ó tuż za nami spore czyni kroki!

W dobie kontrreformacji aż za często zadawano sobie ból rozmyślania o Sądzie Ostatecznym, a po okresie saskiego rozprężenia oraz oświeceniowego racjonalizmu znów romantyzm przywołał cmentarne pejzaże, porozwieszał czarne woale i kiry nad całą niemal literaturą, które w mgławicach śmiertelnych smętnic powróciły wraz z modernizmem. Mieliśmy wielkich Poetów Śmierci – Micińskiego, Leśmiana, Lieberta. Wiek XX miał wielkich Filozofów Śmierci – Jaspersa czy Heideggera. I wielkich ludzi sztuki owładniętych obsesją śmierci – Bergmana, Bunuela czy Arrabala. Poświatowską czy Gielniaka. A ileż takich wierszy znajdziemy u Grochowiaka!

Ileż scen, epizodów, całych utworów poświęcono majestatowi śmierci, jej eschatologicznej Tajemnicy, jej Nicości i jej Nadziei. Ale gdyby mnie ktoś zapytał o mój najbardziej przeżyty, zapamiętany tekst tanatologiczny – wymieniłbym mało znaną, niepozorną książeczkę Jalu Kurka pt. Godzina X, którą sam redagowałem, gdy w latach 70. pracowałem w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej. Lecz gdy czytałem Aleję Przyjaciół Iwaszkiewicza czy Zabawę w chowanego Żukrowskiego i wiele podobnych książek – też doznawałem tej dziwnej refleksji, że żyjemy nie tylko pośród żywych. Niedawno były minister kultury, Józef Tejchma, wydał rzecz osobliwą: zbiór swoich mów „nadgrobnych”… Czytałem też ostatnio, z dużym przejęciem, dwa „tanatoidalne” tomiki młodopoetyckie: Zabawę w chowanego Beaty P. Klary i Dormitoria Karola Samsela.

Co dziwne, w naszych czasach, libertyńskich i hedonistycznych, zafascynowanych bardziej orgazmem niż agonią, obalających kolejne zasieki obyczajowości, demonstrujących postmodernistyczną arogancję wobec wszelkiego sacrum – w tych czasach może właśnie jedynie śmierć pozostała nietknięta śmiechem cyników i piórem kpiarzy. Przed jej majestatem wciąż wszyscy bledną, milkną, nabierają powagi. Chyba naprawdę tylko wtedy czują się równi.

Nasila się wręcz tendencja obyczajowa do zachowywania pamięci o przodkach, do otaczania kultem świata zmarłych, do pielęgnacji naszego szacunku wobec dziedzictwa dziadów i ojców. Nic w tych uczuciach i postawach nie uległo taniej trywializacji czy erozji spowodowanej lichym duchem czasów. I sądzę, że tej tradycji podważać nie można. Jest ona w zasadzie ważnym toposem i etosem kultury, dowodem stabilizowania się tożsamości człowieka na wszystkich jej poziomach – od rodzinnego po narodowy.

Jednym z ciekawych przejawów tej tendencji jest wzrastająca moda na pewien rodzaj ksiąg i dokumentów – tych mianowicie, które upamiętniają nasze narodowe nekropolie.

Każdy naród ma swój Pere-Lachaise. Może to być miejsce nietypowe: piramidy w Gizie lub Kaplica Zygmuntowska. Może być Verdun, może być Monte Cassino. Może być Cmentarz Nowodziewiczy w Moskwie czy cmentarz w Laskach pod Warszawą. Bo każdy naród musi mieć swoją Aleję Zasłużonych, swój Panteon, swój Kurhan Chwały.

Cmentarze wielkich miast to po prostu muzea przeszłości. Muzea tętniące życiem i będące osobliwym negatywem aglomeracji zza muru. Są tu dzielnice bogatych i biednych, są główne ulice i dalekie kwatery, sektory willowe i masowe osiedla, place chwały i rewiry hańby pod murem. Są pałace i są slumsy. Wielkie muzealne katakumby na pokaz i zatrzaśnięte niepamięcią magazyny Hadesu. Dzieła sztuki i architektury oraz dzieła bezguścia. Kwitnie tu wyrafinowana skulptura i sztuka liternictwa. Granity z Tatr lub z Chin, marmury z Carrary i lastriko od domorosłych kamieniarzy… Jedno tu tylko inne niż za murem – anioły! Jest ich dużo i są dotykalne. Demonstrują swoją obecność w nachalny i rutynowy sposób.

Może za naszych czasów to właśnie Jerzy Waldorff jak nikt inny uświadomił nam istnienie tego miasta w mieście, jakim jest cmentarz? Jego kwesty, jego agitacje, jego książki uczyniły warszawskie Powązki zabytkiem, który musimy wspólnym trudem ratować jako skarbnicę największych narodowych wartości. Przypomnę, że Waldorff m.in. wydał wspaniały album Za bramą Wielkiej Ciszy (1990) – była to nie tylko dokumentacja nekropolitalnej rzeźby, ale osobliwy przegląd Galerii Cieni, gdzie wielkie postaci naszej historii leżą pogodzone tą wspólną kategorią czasu, jaką jest wieczność.

Największym skrybą i dokumentalistą w tej dziedzinie stałą się chyba zmarły w 1987 roku Stanisław Szenic, który wydał w latach 1979-1983 wielką, trzytomową monografię Cmentarz Powązkowski. Zmarli i ich rodziny. Szenic w mniejszym stopniu patrzy na cmentarz okiem historyka sztuki. Jest raczej zawziętym biografistą. Idzie wzdłuż grobów tak, jakby szedł wzdłuż domostw i nagle te ulice, choć brukowane w różnych czasach, ożywają jedną wspólną ideą: uprzytomnieniem, ile za głuchymi głazami kryje się zdarzeń i wartości. Tę samą metodę Szenic zastosował w swojej monografii o warszawskim cmentarzu ewangelicko-augsburskim przy ulicy Młynarskiej. W zasadzie chodząc po cmentarzach, opisywał historię Polski poprzez historię jej rodów.

Z tej tradycji zrodził się inny znakomity dokumentalista nekropolii, profesor Sławomir Stanisław Nicieja, rektor Uniwersytetu Opolskiego. Opisał on dwa sławne cmentarze lwowskie: Łyczakowski i Cmentarz Orląt Lwowskich. Nicieja zaczynał od elementarnych danych: o projektach obu nekropolii (któż np. pamięta postać Romana Indrucha, projektanta Cmentarza Orląt?), o ich tradycjach, o wielkich rodach kamieniarskich, których rękę i styl utrwalają poszczególne kwatery, w końcu o bardziej lub mniej znanych ludziach, którzy pozostali we Lwowie na zawsze. Miałem okazję na własnej skórze przekonać się o sumienności i skrupulatności profesora Nicieji. Gdy zauważył na Łyczakowskim sporo grobów rodu Żulińskich, odnalazł mnie w Warszawie tylko po to, by zapytać, czy coś mnie łączy z tamtymi śladami i czy coś wiem na ich temat. Ale obie księgi Nicieji odegrały przede wszystkim tak rewelacyjną rolę, bo weszły na rynek, gdy właśnie podnosił się szlaban zabraniający przez tyle lat wkraczania na „lwowskie tematy”. Ludzie czytali te księgi ze łzami w oczach, odbywali dzięki Nicieji podróż sentymentalną do własnych koleb i do całego tego etosu kulturalnego, który uosabiał Lwów, nie mówiąc już o Cmentarzu Orląt, który wskrzesza tradycję polskich Termopili i cuci heroiczne nastroje.

Nekropolią spod hasła martyrologii stał się oczywiście Katyń opisywany w coraz liczniejszych publikacjach i wykorzystywany jako symboliczny pretekst do narodowych rewindykacji moralnych. Wszelkie miejsca kaźni stalinowskiej stają się nekropoliami o szczególnie silnej, nie tylko symbolicznej wymowie.

Powracamy też do zrównanych z ziemią kirkutów. Nasiliły się próby ocalania zaginionego świata Żydów, zaczęły działać w Polsce różnego typu organizacje, jak np. Fundacja Nissenbauma, przeżyli swój renesans Singer i Stryjkowski i w sumie… ukazało się sporo monografii cmentarzy żydowskich, w tym świetne książki Małgorzaty Niezabitowskiej i Tomasza Tomaszewskiego. Czas upomniał się o wydostanie spod aktów bolesnej profanacji potłuczonych moheli i macew.

Czy nazwać ten rozdział piśmiennictwa – modą? Myślę, że zły to pomysł. Chodzi jednak o coś więcej i o coś bardziej autentycznego. O prawdziwą potrzebę zewidencjonowania przeszłości i podtrzymania serdecznych, metafizycznych w zasadzie z nią więzów. Ta „moda” dlatego niechaj się szerzy, niechaj nie mija. Mam np. w ręku monografię cmentarzy w Kętach. Małe miasto. Żadna metropolia, żadna nekropolia. A jednak Władysław Droździk napisał i wydał tę książeczkę poświęconą aż sześciu kęckim cmentarzom i zaczyna swój wykład tymi prostymi, acz jakże ważkimi słowami: Stosunek do przeszłości, a zwłaszcza pamięć o przodkach jest zawsze miarą kultury żyjącego pokolenia.

Uzasadnienia wydają się oczywiste. Podsumujmy je więc wypowiedzią Jerzego Waldorffa (nieżyjącego od – przypomnę – 1999 roku): Coraz jaśniej zdawałem sobie sprawę, że trzeba ocalić świadectwa przeszłości dlatego, bo jakakolwiek była, stanowiła część historii narodu, naród zaś pozbawiony historii przemienia się w bezbronne stado. Takimi drogami obserwacji i rozmyślań doszedłem do pierwszych prób ratowania zabytków cmentarza starych Powązek w Warszawie, a teraz – po latach – obserwując rezultaty trudnego przedsięwzięcia, widzę z pełnym ukojenia spokojem, że kiedy odejdę z życia, z którym mnie coraz mniej łączy, sam też odnajdę utracony świat i spotkam cienie wszystkich bliskich za bramą wielkiej ciszy narodowego cmentarza.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko