Leszek Żuliński: Piękny Instalator

0
554

Leszek Żuliński

Piękny Instalator

 

Ten obraz namalował Jerzy Duda-Gracz w 1977 roku. Kiedy go pierwszy raz zobaczyłem, dostałem kopniaka. Ten instalator wpisuje się – `a rebours – w poetykę Giocondy. W galeriach całego świata wiszą portrety pięknych, wysoko postawionych szlachcianek czy dam lub ich dostojnych pleni titulo małżonków i nagle okazało się, że na podobny obraz zasługuje sobie zwykły plebejusz bez korony i gronostajów, nieogolony, niezbyt wypielęgnowany, na dodatek chyba hydraulik, a więc ktoś bliski żelastwa, smarów, rdzy, szamba i podłej pracy. Parweniusz. Robol. Nikt.

 

Za jego plecami ani pejzaż Toskanii, ani rzymskich ruin, ani pozłacane wezgłowie tronu, ani nawet nasza swojska, wawelska ściana z arrasem przedstawiającym sceny biblijne. Za jego plecami toposy rozpoznawcze, czyli rury, a więc świat, do którego Piękny Instalator przynależy. Czujecie zapach wilgoci, towotu, szlamu, może nawet ten swąd używanej przed chwilą spawarki? Może pod nogami leży jakiś młotek, klucz francuski, kłębek pakuł, brudna, wielka torba na narzędzia?

 

Wzrok dziki i suknia plugawa… Ale przyjrzyjcie się: on patrzy na nas trochę jak Gioconda. Stalowe, pewne siebie oczy wbija w nas – wie, że go podziwiamy. Czegoś brakuje? Oczywiście; brakuje tego od wieków nie zdefiniowanego uśmieszku Giocondy, który błąka się w kącikach jej ust.

Duda nie mógł uśmieszku namalować. Piękny Instalator jest raczej kimś ze świata Rabelais’ego; tacy bohaterowie się nie uśmiechają – oni co najwyżej zanoszą się śmiechem, często sprośnym, rubasznym, ludycznym.

 

Może, gdyby pożenić Instalatora z Giocondą, mielibyśmy coś na kształt Pięknej i Bestii? Esmeraldy i Quasimodo? Lub tej egzaltowanej mieszczki, którą na łodzi woził cham z opowiadania Orzeszkowej? Co najwyżej sprośna Małgośka z Villona pasowałaby do niego lub jakaś dziewka folwarczna z dawnych niesielankowych sielanek. Zola by także coś tu do pary wymyślił (na pewno w zamtuzie, nie w alkowie).

 

Może krzywdzę pięknego instalatora? Może jest on mężczyzną niegłupim, spokojnym, statecznym, wzorowym mężem i ojcem, który etos swojej pracy dzierży wysoko? Może! Ale tu mówimy o stereotypach.

 

Proszę zauważyć, że Piękny Instalator patrzy nas z obrazu z dystansem i zadziwieniem. Jakby wiedział, że my jesteśmy gdzie indziej, że należymy do innego świata. Patrzy nieufnie. Między nim a nami jakaś przepaść. Gioconda ma w swojej twarzy więcej pewności siebie i spokoju; jego fizys kryje jakąś obawę. Ona ma jeszcze świadomość, że nie jest osobą anonimową, wiemy przecież, że była żoną bogatego florenckiego kupca i nazywała się Lisa Gherardini; on jest człowiekiem bez nazwiska i „bez życiorysu”. Różni ich wszystko.

 

Ale proszę też zauważyć, co ich łączy. Łączy ich otóż majestat. Instalator jest majestatyczny, emanuje jakąś dumą, jego wspomniana niepewność siebie nie jest paniczna, to raczej dystans, ostrożność, jednak rozsiadł się na drewnianej skrzynce jak basza; on wie, że sroce spod ogona nie wypadł.

 

Nie wiem, czy instalator byłby tak piękny, gdyby nie było wcześniejszych obrazów i rzeźb socrealizmu. Dawniej herosów tworzyła władza i charyzma, czyn bitewny i legenda, genealogia i fama. Okazało się, że mogą zejść ze swoich tronów i pomników, że są teraz wszędzie, są kimś z nas – anonimowym, zwyczajnym, prostym. Tu należałby się wykładzik o demokratyzacji dziejów i sztuki, o rekonfiguracjach hierarchii społecznych, plebejskich rewolucjach i przypadkowych „awangardystach” w rodzaju Żdanowa, z którym przegrał Fidiasz.

 

Portret robola? To się nawet filozofom nie śniło (no, może Marksowi), ale tak musiało się stać, od kiedy sztuka wyszła z salonów na ulice, do fabryk, w plebs, i to nie postrzegany sielankowo, lecz naturalistycznie i realistycznie. Od kiedy opuściła pałace i własną dworskość. U nas to się zaczęło od literatury pozytywizmu, od obrazów Chełmońskiegi i Ruszczyca. Zabrnęliśmy dzisiaj tam, gdzie są Katarzyna Kozyra i Francis Bacon.

A gdy oglądać obrazy łaźni rzymskich i łaźnię Kozyry – to uderza nas amplituda estetyczna. „Filozofia piękna” przeżyła rewolucję wywracającą wszystko do góry nogami. Na salony wdarł się m.in. turpizm. On zdzierał maski patosu, subtelności i uznanego piękna. Nie negował go; mówił tylko o jego względności. Zastanówmy się: być może Quasimodo jest piękniejszy od Esmeraldy? Ma w każdym razie mocny atut: dramat jego żywota, puls jego egzystencji, zaćma jego bólu, łaknienia, nadziei, świadomość klęski… – może to piękniejsze niż wszystkie inne prawdy? Może dotychczasowe kryteria estetyczne były gabinetem kosmetycznym, a teraz stały się otwartym krajobrazem, także po bitwie, bez retuszu?

 

Tak to się wszystko przewartościowało, że nawet lepiej być teraz w kufajce czy flanelowej koszuli niż w gronostajach, mieć brud za paznokciem, a nie pierścienie na palcach?

 

A po drodze zdarzył nam się jeszcze Gombrowicz i jego „kompleks parobka”. Szkody to on trochę narobił, bo krucjata przeciw „inteligencikom” okazała się głupia i groźna; nie wystarczyła zamiana lorgnon na okulary – nawet one świadczyły „przeciw” i dawały argument, by panowie od historii zabijali panów od biologii.

 

Piękny Instalator urodził się, na szczęście, w lepszych czasach. Ale rodził się długo, przez całe stulecia. Rodził się przeciw wielmożom i monarchom, dworom i salonom, hierarchiom i standardom , ozdóbkom i sztukateriom, rokokom i bel-epokom. Przeciw konwencjom. Świat obrócił się pionowo na własnej osi. Zbuntował się, wierzgnął kopytami, stanął na głowie. Według proroctwa: ostatni i będą pierwszymi.

 

Rewolucja konwencji estetycznych miała tę siłę, że zmieniła także kategorie weryzmu i etyki. Drugorzędne uczyniła pierwszorzędnym, zaściankowe – światowym, a „brzydkie” – „pięknym”. I przecież w kategoriach, o jakich tu mówimy, nie naruszało to żadnego racjonalizmu czy porządku ostatecznego. Naruszało tylko uzusy, szablony, szufladki. Przemeblowany dom nadal nadaje się do zamieszkiwania i pozostaje domem.

 

Jerzy Duda-Gracz był turpistą, stańczykiem i rewaloryzatorem skostniałych tworzydeł oraz idei. W jego krzywym zwierciadle prawdy prostowały kręgosłup i wygrażały pięścią zadufanemu światu. Groteska nie była czczą prześmiewczością, już raczej szkłem korekcyjnym, kaduceuszem i witką wierzbową, która w łaźni pobudza krążenie krwi.

 

Piękny Instalator jest dla mnie nie tylko piękny. Jest także – uwaga! znowu Gombrowicz! – zamianą słabości w siłę, odwróceniem porządku myślenia i, może przede wszystkim, konfrontacją antypodów społecznych, obyczajowych, estetycznych. On nie jest szyderstwem z konwencji, raczej ze wszelkiego konwencjonalizmu. A tego boimy się od wieków najbardziej. Uczyli nas tego wszyscy – od Kościoła począwszy, na Profesorze Pimko skończywszy. W rzeczywistości polifonicznej i wielowartościowej rzecz staje się oczywista. Pozostaje dylemat relatywizmu. Tak, tu się zaczynają schody, bo chociaż nie każde „dobro” jest dobrem i nie każde „zło” złem, to nie każde dobro można zamienić dowolnie na zło, i na odwrót. A wiec istnieje granica i instynkt racji. W sztuce bywają one zachwiane. Mogą być prowokacją, lecz groźne stają się dopiero wtedy, gdy zamieniają się w ideologię.

 

Duda-Gracz nie budował ideologii. I Piękny Instalator żadnej ideologii nie służy, nie naprawia. On wywalczył sobie prawo do takiego honoru jak Lisa Gherardini. Lub jak ten prostaczek Cogito, który zaczął się błąkać po ogrodach wiedzy i sztuki, sięgać po niedostępne owoce.

Czy przełamie stereotypy?  Chciałbym, bo tylko wtedy, step by step, zdobywamy więcej miejsca w biocenozie naszego intelektu i dajemy nawzajem sobie wszystkim szansę. Na co? A cholera to wie!

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko