Andrzej K. Waśkiewicz: Kazimierz Furman

0
311

Andrzej K. Waśkiewicz

 

Kazimierz Furman

 

 

Jan StępieńJedną ze swoistych cech lubuskiego środowiska literackiego była swoista zacność. Nie było tu głośnych skandali, ani obyczajowych, ani tym bardziej politycznych. Pisarze byli ustabilizowani, pracowali w typowych inteligenckich zawodach. Bywali dziennikarzami, nauczycielami, urzędnikami; zdarzało się, że i funkcjonariuszami politycznymi. Przykładni obywatele, czynni w życiu społecznym. Po prawdzie dla innych nie było tu miejsca.  Ci nieliczni, preferujący bardziej artystowski styl życia, jeśli już się pojawili, to przelotem. Tak było w latach sześćdziesiątych, tak bywało i później…

 

Na tym tle Kazimierz Furman różnił się radykalnie. „Był chłopcem z marginesu: –pisał Zdzisław Morawski we wstępie do zbioru Wiersze (1995) – miał na nadgarsku wytatuowaną literę «U» co znaczyło «ultio», a po polsku brzmiało «zemsta». Był to znak, że kiedyś zetknął się przelotnie z satanistami-mścicielami. Nosił w uszach kolczyki, włosy wiązał w kitkę: miał modną w tych czasach, jak mówiła pani MM, «fryzurę łysych”. Nigdzie  nie pracował. Utrzymywał się z drobnego handlu, gry w karty, pieczeniarstwa. Pił bardzo mocną herbatę, piwo, wódkę, czynszu za mieszkanie nie płacił, w czym był podobny do malarza swego czasu, Gordona, ale za tego czynsz na ogół płaciło miasto – plastyków zawsze w Gorzowie faworyzowano. Pisał wiersze.  Wysyłał swoje utwory na różnorakie konkursy, by parę złotych zarobić, często konkursy wygrywał, nabrał nawet w tym względzie profesjonalnej wprawy. «Muszę obsłużyć lampkę górniczą»  –  mówił o konkursie śląskim. «Muszę obsłużyć Popiełuszkę»  –  mówił o konkursie, jaki ogłoszono w rocznicę zabójstwa księdza. Jego stosunek do tych konkursów był ambiwalentny: są wariaci, co ogłaszają konkursy do obesłania i wygrywania przez Furmana, tedy wypijmy ich zdrowie za ich pieniądze. Tu Furman był bliski demoralizującego tytułu-hasła Andrzeja Wajdy Wszystko na sprzedaż”.

 

Tekst Morawskiego nosi tytuł Gorzów w czasach Furmana. Traktuje  m. in.  o czymś, co można by nazwać odrzuceniem, czy – łagodniej mówiąc – nieakceptacją. „Czy parafialne «miasto średniej wielkości»  – pyta – mogło go zaakceptować? Zwłaszcza jego żółtawą chudość, kitkę, kolczyki,  brak zatrudnienia, wiersze w których Chrystus schodzi z krzyża prosto w objęcia Marii Magdaleny, by w krzakach pod krzyżem kopulować. Taki człowiek wymaga potępienia nie nobilitowania. Takiego odmieńca średniactwo nie może znieść…”

 

Niby prawda, ale nie całkiem. W tym zakresie, o którym dotąd mowa, Furman wpisuje się w dość charakterystyczny wzorzec poety zbuntowanego, „przeklętego”, tak jak on funkcjonował w średnich i późnych latach PRL. Był jedną z marginalnych wersji procesu społecznego awansu.  Autorzy ci wywodzili się z reguły z małych miejscowości, ze środowisk plebejskich. Pokończyli różne szkoły, najczęściej średnie. Przez czas jakiś pracowali, z reguły w zawodach kwalifikowanych jako fizyczne (Furman jako drukarz w gorzowskiej Silwanie, pisze Alfred Siatecki w informatorze Pisarze lubuscy, 1981). Ocierali się o różne formy instytucjonalnego ruchu młodoliterackiego, uczestniczyli w zjazdach, sympozjach, seminariach. Byli, by tak rzec, dwuśrodowiskowi. Mentalnie przynależni kulturze wysokiej, faktycznie funkcjonowali w środowiskach, z których wyszli, albo w podobnych. Za nimi stał walor, wysoko wtedy cenionej, autentyczności, przeciw – niemożność wyartukułowania swego stanowiska w języku, który na takich spotkaniach obowiązywał. Reagowali więc agresją, skandalizowali. Opisywałem to kiedyś na przykładzie zachowań  Ryszarda Milczewskiego-Bruno. Kilkanaście lat wcześniej mogliby swą autentyczność, związek z warstwami, jakby nie było doktrynalnie najważniejszymi, wygrywać,  być swoistym wzorem. Teraz nie, prym bowiem na tych spotkaniach wiedli studenci, lub niedawni absolwenci, wyćwiczeni w seminaryjnych dyskusjach. Tu nie byli partnerami, a reguły mieli świadomość własnej wartości. Więc skandalizowali.

 

Szczególność ich sytuacji polegała i na tym, że – tak czy inaczej – buntując się i skandalizując – funkcjonowali w państwie, które było ich, nie seminaryjnych mędrków. I to państwo było zobowiązane do świadczenia na nich. Honoraria, konkursowe i lokalne nagrody, doraźne wsparcia, spotkania autorskie, pomoc w kwestiach mieszkaniowych… Jakoś dawało się przeżyć.

Zwłaszcza gdy, jak Furman w Gorzowie, było się jedynym takim.

Urodzony w 1949 r. (w Jędrzejewie w dawnym województwie pilskim) debiutował w 1974 r. w „Nadodrzu”, pierwszy tomik wierszy (Powrót do osłupienia) wydał w 1976 nakładem Gorzowskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego. Kolejne książki też wydawał w Gorzowie, z reguły w niskonakładowych seriach.

 

„Ostatnie roczniki lat czterdziestych – pisałem we wstępie do zbioru Odmienne stany świadomości (1998) – poeci, którzy znaleźli się między Nową Falą a Nowymi Rocznikami, trochę tu, trochę tam, a naprawdę – osobno. To nie tylko przypadek Furmana, także np. Stanisława Gostkowskiego, Czesława Sobkowiaka czy np. Kazimierza Nowosielskiego. Aksjologia jest nowofalowa, ale bez uroszczeń zbiorowego «my», słabo uległa hipostazom; empiryczna, tak, ale zarazem pozbawiana wiary w spełnienie programowych przekształceń. Raczej po stronie rzeczy niż idei, problemów człowieka pojedynczego, nie zbiorowości.

 

Ale unikając zbiorowych fascynacji, wiar i wmówień – pozostawał jakby na uboczu. Z poetami bardziej głośnymi dzielił podobne przeświadczenia o tym, jaką jest rzeczywistość, zdaje się jednak, że słabo wierzył w to, iż wystarczy  ujawnić mechanizm kłamstwa, a odsłoni się czysta twarz rzeczywistości, zniewolenia ustąpią, gdy wskażemy winnych…”

 

Czesław Sobkowiak w skądinąd trafnym szkicu (zob. „Pro Libris” 2006, nr 1) pisze, iż w momencie debiutu „te problemy […] raczej mało musiały go obchodzić”. Mniemam, że było jeszcze inaczej – on ich po prostu nie dostrzegał. Ruch nowofalowy był w swej genezie i inteligencki, i środowiskowy. Zrodził się wewnątrz studenckiego ruchu kulturalnego, jako swoiste odbicie wielkiej rewolty 1968 roku. Miał, przynajmniej na początku, dwie wielkie odmiany: kontestację polityczną i kontestację obyczajową. Ta druga rychło się zmarginalizowała, ta pierwsza zaś (w obu swych odmianach – lingwistycznej i „mówiącej wprost”) niezbyt jest zrozumiała bez, z jednej strony, nadziei „paryskiego marca”, z drugiej zaś dyskusji o „kapitalizmie państwowym”, „czerwonej burżuazji”, alienacji władzy, przesłon, które wytwarza, by ukryć swe rzeczywiste interesy. Rozgrywało się to w e w n ą t r z marksistowskiej aksjologii, i tak z początku było określane. Co prawda Jan Kurowicki mniemanych marksistów miał za zwykłych indywidualistów mieszczańskich, ale to w tej chwili mało istotne. Dość że problematyka ta, iżby mogła być artykułowana, wymagała pewnego poziomu uogólnienia, spojrzenia, tak powiedzmy, z zewnątrz, iżby doświadczenia status quo jawiły się jako element procesu, i dodatkowo odniesienia tego procesu do doktryny. Wówczas bowiem można było stwierdzić na ile stan faktyczny odbiega od postulowanego. Ale też owo spojrzenie z zewnątrz w pewnym momencie przemieniało się, co trafnie zauważył Kurowicki, w postawę obserwatora, czy wręcz „wizytatora”.

Furman był wewnątrz tego procesu, poniekąd nawet był jego produktem:

 

Moja matka należała do SP

Nosiła mundur

Oficerki

Krawat

Krzyk mody ostatniej wojny

Śpiewała szlagiery lat czterdziestych

I piosenki retro

Recytowała wiersze o Piłsudskim

Wprzęgnięta w wóz historii i czasu

Dowoziła taczką cegły do rusztowań

Była z tego dumna

 

Zamieszkała w suterynie

W miasteczku na Ziemiach Odzyskanych

Jej najmłodsza córka bawiła się z myszami

Czasem do łóżeczka właził szczur

Wtedy matka gotowała kocioł wody na płycie

Wrzątek wlewała dziurami pod podłogę

Chciała wytopić to paskudztwo

Nie wiedziała że pokój jest arką noego

 

Jeszcze mieszka w suterynie

Jest dumna że budowała warszawę

Dziś robi szale na drutach

By jakoś związać koniec z końcem

(Z życiorysu własnego matki)

 

Mówiąc prosto: on nie musiał wzywać, by spojrzeć w szare oczy anonimowego przechodnia, wczuć się zmęczonych ludzi idących szarym świtem do pracy, ponieważ to były jego realne doświadczenia, i jeśli czegoś chciał to raczej wyzwolenia się od nich. Zamieszkać w enklawach kultury wysokiej.

Ta sytuacja miała jeszcze jeden aspekt słabo zauważalny z perspektywy tych, o których pisał Kurowicki. Otóż by coś odrzucić, skontestować trzeba wpierw to mieć. Nie tyle posiąść, ale właśnie mieć, jako rodzaj stanu naturalnego, przynależnego z racji urodzenia, wychowania, środowiska.

We wczesnych wierszach Furmana, który w swym debiutanckim tomie deklarował (za Różewiczem!) „uczę się słów prostych”. Przekładało się różnie. Np. na takie deklaracje:

 

Jesteś mi Kraju jak Matka

Jak marzenie

Na dotyk bliski

Na kawałek chleba

Na echo odległy

Na oddech

Jesteś mi kraju solą

I przymierzem z dłonią

[Inc.”Jesteś mi Kraju jak Matka”]

 

W innym wierszu  ten sam motyw pojawi się w formie wezwania. Otóż – powiada Furman – poeci powinni pisać tak jakby „dopiero uczyli się Ojczyzny / Jakby was dopiero z krwi matki obmyto”. W tym samym wierszu mówi:

 

Wszak Ojczyzna to kilof i kawałek chleba

A więc i pole i wieśniak i rębacz i piekarz

Ojczyzna to dzień pospolity jak żurawie w kluczach

Jak klucze u drzwi co jak psy warują

 

W 1979 r., kiedy ten wiersz powstał, brzmiało to cokowiek egzotycznie. Nic dziwnego, że na skrzydełku obwoluty Andrzej Tchórzewski napisał, że „może tu za dużo wierszy autotematycznych, może za dużo «bogoojczyźnianych»”. To wszakże, co u jego rówieśników i autorów nieco starszych było przedmiotem kontestacji, u niego było wartością zdobywaną. Przyznam się, że nie wiem czy końcowe zdanie tego fragmentu jest polemiczne, wobec nowofalowego „kartoferlandu” czy jest po prostu zwykłym oznajmieniem:

 

Sam Ciebie Kraju sobie wolnym czynię

Sam Ciebie Kraju wymyślam na jutro

Myślą wolną

Kraju mych ojców

Ziemio kartofli…

 

To jest trochę tak, jak w wierszu o biografii matki. Zaszczurzona suteryna i bieda nie przekreśla swoistej dumy z dokonań, choćby nie miały one żadnego wpływu na indywidualny los. Tak jest i tu. Czym innym są jego realne doświadczenia, czym innym zaś zespół  najbardziej ogólnych (i zasadniczych) wartości. Nie kwestionuje ich, zakładając, iż sprzeciw może tyczyć tylko, tak powiedzmy, konkretnych przejawów, nie zaś całości. Ta bowiem jest nienaruszalna.

 

Ale też, mniemać można, on to poczucie zdobywał. Uświadamiał się sobie jako poeta, a więc przyjmował te zobowiązania, które miał za przynależne statusowi poety. To dopiero później dostrzegł jego dwuznaczność.

A także szczególność swego miejsca.

 

W pewnym sensie jest ono podobne do tego, które opisywałem analizując poezję Czesława Sobkowiaka, a także – może nawet bardziej – do tego, które przejmująco artykułuje Mieczysław J. Warszawski. Rozziew między wysokim posłannictwem a realnym bytowaniem. Miejscem w literaturze i realnym miejscem w społecznej hierarchii.

 

„Życiowy przybłęda / Nieudacznik / Zakała” – to po stronie społecznych i życiowych realiów, a równocześnie ten, który – to po stronie posłannictw – „wymyśla na jutro” Kraj i czyni go „sobie wolnym”!

To się, tak naprawdę, pogodzić nie da. Jednym ze sposobów oswojenia jest przyjęcie perspektywy „świętego szaleństwa”. To wiersz Romansidło opisujący przygodę pewnego Antosia, który po tym jak „piorun trzasnął gdzieś blisko” zaczął pisać wiersze. Dwojakiego zresztą typu. W jednym z nich programował świat, opisywał jak siłę pioruna „zaprząc do pługa”, w drugim, bo był z niego „bystry obserwator”, dokumentował dziejącą się rzeczywistość, pisząc „Nie kocham Zośki bo rucha się z wszystkimi na łące”. Miarka wszakże przebrała się dopiero wtedy, gdy jął kontestować uznane wartości usymbolizowane:

 

Pewnego razu na całą wieś krzyczał

Że widział

Panienkę Przenajświętszą klęczącą przy krzyżu

Co stoi na samym końcu drogi

A Chrystus zszedł z krzyża i całował jej stopy

A Panienka tuliła go do piersi swoich

Później poszli w krzaki

 

Wszelako, i to jest pewnie w tym wierszu najważniejsze, żadne z tych działań nie było w stanie zmienić otoczenia:

 

Ludzie pukali się w czoło

Jego już nie uleczy się

Mówili

Antoś ciągle pisze wiersze

 

Nie sposób nie zauważyć, iż wiersz ten przyjmuje perspektywę obserwatorów jego działań. Historia Antosia – a jest to skrótowy opis strategii poezji dwudziestowiecznej – rozgrywa się w enklawach, które – tak naprawdę – na rzeczywistość nie mają wpływu. Ale – i to jest różnica w stosunku do ujęć wcześniejszych  pozostają one bez sankcji. Poza jedną – odrzuceniem.

To z perspektywy, tak powiedzmy, zewnętrznej. Z perspektywy wewnętrznej ten sam dylemat da się opisać inaczej. Przy pomocy figury Chrystusa. Jak w tym Załączniku do autobiografii (2):


Nazywam się Jezus Chrystus

Nie mam stałego miejsca zamieszkania

Ani stałej posady

Zwolniono mnie dyscyplinarnie za opilstwo w Kanie

Teraz utrzymuje mnie opieka społeczna

Ale najczęściej stoję przy kościele

Z wyciągniętą ręką

Udając ślepca

Znam przecież takie różne czary-mary

 

Ludzie mną gardzą

Bo jestem życiowym nieudacznikiem

W moim wieku powinienem mieć dom żonę syna

Posadzone drzewo

A nie włóczyć się po świecie

Czy bujać w obłokach

 

Skazany na życie

Ukrywam prawdziwe imię i nazwisko

 

Nie da się ukryć – jest to opis historycznie wierny, jeśli realia nowotestamentowe przełożyć na współczesne. Tak mógł być postrzegany! My wszelako wiemy co z tego wynikło!!

I tak, zdaje się, swe działania traktuje poeta-Furman. Nie Furman-szczególne indywiduum, doświadczające takich a nie innych przygód życiowych.

Choć zapewne jest i tak, że właśnie te doświadczenia ma za wartość. Są one bowiem tym, co go od innych odróżnia.

Tak mi się mnie pisać

Tak mnie się spodziewać

Dopokąd jeszcze życia jak zamiarów

 

– pisze w wierszu Rzecz o schodach dedykowanym „pamięci Zdzisława Morawskiego”.

Intencją jest

 

Ażeby słowu miano słowa nadać

By wyjąć je z młyna byle jakich znaczeń

I tak je położyć aby się znaczyło

 

Można to zrobić różnymi sposobami. W przywoływanym już wstępie do Odmiennych stanów obecności tak opisywałem wersję Furmana:

„Bo to jest tak, iż on nie ma złudzeń. Ani co do tego, jakim jest świat, w którym żyje, ani co do tego, jakim jest on sam. Tyle tylko, że potrafi to powiedzieć, patrząc – na siebie i świat – równie bezlitośnie.

W pewnym momencie była w tej poezji pokusa mitografii, opisania siebie jako kolejnej wersji «poety przeklętego». Na szczęście porzucona.

«Życie toczy się byle jak» – pisze w jednym z wierszy. Ale w tej bylejakości dostrzec i grozę, i piękno – to już jest zadanie poetyckie. Byle jak, więc ani z rozpaczą, ani z sentymentem, bez upiększeń i brutalizacji, takie jakie jest. Niby to proste.

A przecież jakże trudne.

 

I tak jest z tymi wierszami. Niby proste, niby zwykły opis, albo konfesyjne wyznanie, a przecież rozbłyskują wewnętrznymi znaczeniami, sytuują się polemicznie wobec utartych (albo właśnie ucierających się) sądów o świecie. One nie chcą do niczego dołączać się i dopisywać. Są po stronie realności, rzeczywistości doświadczanej prawdziwie, aż do bólu”.

 

Różne interpretacje dla wyjaśnienia tej postawy można przyjąć. Można wywieść ją (zresztą zasadnie) z poezji Różewicza, jak uczynił to Jerzy Madejski w pracy opublikowanej w zbiorze Dziedzictwo kulturowe regionu gorzowskiego. Na patronat Różewicza Furman zresztą powoływał się wielokrotnie. Można, jak uczynił to przywoływany już Czesław Sobkowiak interpretować ją psychologicznie. Mnie w tym miejscu interesowała wykładnia socjologiczna. W owym tak dramatycznie akcentowanym poczuciu obcości (zob. wiersz Obcy w zbiorze Odmienne stany obecności) widzę bowiem bardzo indywidualną wersję przygody ostatniej generacji, która doświadczała procesu awansu społecznego. Tego jej szczególnego odłamu, który owego awansu doświadczył jakby połowiczne. Awansując, tak powiedzmy, mentalnie, społecznie pozostał tam, skąd wyszedł. Wszędzie obcy, i jakby nie na swoim miejscu. To całkiem inna przypadłość niż opisywane przez pisarzy starszej generacji (Zygmunta Trziszkę chociażby) „koszty własne” tego procesu. Bardzo niewielu pisarzy potrafiło tego dokonać bez mentalnych zafałszowań. Opisać ową dwoistość bytowania, dramaty, które rodzi; sprawdzić na sobie samym wewnętrzne napięcia, nieprzystawalność różnych aksjologii, w których działania są oceniane (włączając w nie samoocenę)… To zapewne więcej niż pisać piękne, „antologijne” wiersze.

 

Zapisać proces społeczny, z perspektywy (powiedzmy nieładnie) produktu, przedmiotu nie podmiotu, bez hipostaz i aporiorycznych założeń, to znaczy tyle, co ukazać jego realność.

A jeśli jeszcze tak przejmująco, jak to potrafił Furman…

To coś naprawdę ważnego!

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko