Z Olgierdem Łukaszewiczem rozmawia Krzysztof Lubczyński

0
262

Z OLGIERDEM ŁUKASZEWICZEM, aktorem i animatorem kultury, rozmawia Krzysztof Lubczyński


Jest Pan aktorem, byłym prezesem ZASP, ale także zapewne widzem i czytelnikiem. Czy bardzo uważnie śledzi Pan to, co się dzieje w tej dziedzinie? Jak ocenia Pan dzisiejszy stan kultury w Polsce?

– Dzieje się tak dużo, tak obficie, że nie jestem w stanie śledzić tego wszystkiego na tyle uważnie, by zająć jakieś stanowisko. W ciągu ostatniego półtora roku widzę jednak charakterystyczne zjawisko:  powrót  publiczności do teatru, w ogóle powrót  do zjawisk artystycznych, do „na żywo” tworzonej kultury, także w małych ośrodkach, a zarazem trochę odwrót od telewizji.

Widzę też, że ludzie w terenie, w tym także nauczyciele, coraz bardziej zauważają wartość kultury. Suwerenność samorządów kazała im postarać się o nową infrastrukturę dla kultury, tym bardziej że pojawiły się pieniądze ze źródeł europejskich. Czasami robi to wrażenie czegoś na wyrost, jak n.p. budowa opery w Białymstoku czy teatru w Płocku, a także siedziby teatralnej i zespołu „Mazowsze” w odległym od centrum Warszawy Karolinie. Takie budynki na miarę przyszłości powstały  PRL w Elblągu, Opolu – do dziś kłopot jak zapełnić tam widownię. Kilka lat temu brałem udział w działaniach na rzecz dramatu polskiego, nowych tekstów. Wiązało się to z nadziejami na teatr alternatywny w przestrzeni postfabrycznej, w „Koneserze” na Pradze warszawskiej, nie za bardzo spełnionymi. Później powstało Laboratorium Teatru przy Narodowym, scena offowa w garażu przy Powszechnym. Jednak w międzyczasie zakusy na ten teren miał pobliski Carrefour Wileńska, który chciał tam zainstalować miejsca garażowe dla samochodów dostawców. Nasze happeningi zatrzymały jednak te zakusy, pokazały, że to miejsce może być obiektem kultury. Włączając się do działań stowarzyszenia „Monopol warszawski” włączyliśmy się w rewitalizację Pragi. Jeden z tych budynków jest wykorzystywany teatralnie, ale nie zrealizował się mój szalony pomysł otwarcia tam operetki, której patronem byłby związany z ulicą Ząbkowską Wiesław Ochman. Za to tam m.in. zrealizował przedstawienia Krzysztof Warlikowski i  – dla teatru telewizji  – Maciej Prus „Wyzwolenie” Wyspiańskiego. Jak widać kultura przestaje być tylko słowem, którym przerzucają się politycy w celu zdobycia głosów, lecz tworzy się od dołu, że jest jej autentyczna potrzeba. Wiele dzieje się też n.p. w ośrodkach kościelnych, które prezentują poezję w sytuacji, gdy przestały się nią interesować domy kultury. W kościołach odbywają się koncerty. Żywo działają jednak także domy kultury w małych ośrodkach, które oparły się tendencji likwidacji ośrodków kultury. N.p. w Lesznie Wielkopolskim w centrum kultury utworzono regularny teatr z zawodowymi aktorami, teatr objazdowy.  Poza tym po Polsce jeżdżą autobusy z widzami z małych ośrodków na spektakle do Warszawy czy Krakowa. To nie przymusowe wycieczki, lecz inicjatywy miejscowych bibliotek czy wręcz kręgów znajomych.  Ja sam organizuję letni teatr „W Remizie” na Helu, gdzie wystawiana jest literatura najwyższego lotu, z dużym powodzeniem. Jeśli uda mi się to zrealizować i w przyszłe wakacje, to będzie to już jego piąty sezon. Widać, że nie tylko kabarety i show mają swoja letnią publiczność.

 

Czy władze, lokalne i centralne jakoś pomagają tej tworzącej się oddolnie kulturze?

– Wielu działaczy samorządowych docenia wagę obecności kultury. Jednak politycy ciągle nie umieją tego zjawiska przełożyć na swój język. Wracają uparcie do kultury jako czegoś co powinno się samofinansować albo czegoś, na czym można by zrobić interes. W Polsce teatr prywatny na przykład jest zostawiony samemu sobie, podczas gdy w Niemczech, które dobrze znam może korzystać z publicznych pieniędzy na kulturę. Niemcy rozumieją, że kultura wpływa na napędzanie gospodarki.

W PRL władza dawała na kulturę, choć starała się ją cenzurować politycznie, dziś nie ma oficjalnej cenzury, ale władza znacznie mniej się kulturą interesuje.

– Mówimy o rosnących potrzebach kulturalnych, ale one są w Polsce ciągle za małe, nierozbudzone. My i Zachód pod tym względem to dwa różne światy i my nadrabiamy ogromny dystans. W PRL realizowano romantyczną koncepcję niesienia kaganka oświaty w lud, ale ten był nieprzygotowany do odbioru kultury i to się niewiele zmieniło w ostatnich 20 latach. Na Śląsku rozmawiałem z prostą kobietą słuchając głośno Chopina i zapytałem ja jak się jej podoba” „Choby się psy gryzły” – powiedziała, choć przecież aura muzyki Chopina nie może kojarzyć się z gryzącymi się psami. Być może przeszkadzał jej hałas. Śląsk to kopalnia talentów muzycznych.

Jak żyją twórcy kultury? To ważne pytanie, bo to też decyduje o poziomie kultury.

– Dotyka pan ważnej kwestii statusu społecznego, materialnego artystów i w ogóle ludzi kultury. Znam ludzi piszących książki, którzy nie mają z czego żyć. Jak przekonałem się na kongresie kultury województwa śląskiego władze nie wykorzystują lokalnych funduszy na pomoc stypendialna artystom. Przygotowany przez obecne ministerstwo kultury projekt  nowelizacji ustawy o działalności kulturalnej pokazuje, że ministerstwo nie stara się zobaczyć rzetelnie całości zjawiska, twórców i ich dzieł.

Co proponują z tej nowelizacji?

– Mówiąc najogólniej, chcą likwidować etatowość w instytucjach kultury, także n.p. w teatrach, chcą wyjąć organizację pracy w instytucjach kultury od kodeksu pracy. Wyraźnie inspirują się wzorcami zachodnimi, ale nie biorą pod uwagę tamtejszego, wysokiego poziomu zabezpieczenia socjalnego twórców, którego u nas nie ma, a perspektyw na podniesienie wynagrodzeń też nie ma. Jeśli w uzasadnieniu do tej nowelizacji  zawarte są sformułowania, że budżet nie poniesie przy okazji tej nowelizacji żadnych, kosztów, to znaczy, że koszta poniosą sami artyści. Mowa jest natomiast m.in o transferach artystów. Bzdura. Jakie teatry stać na podkupywanie artystów z innego miasta lub na płacenie bajońskich sum innemu teatrowi? Aktorzy w Niemczech mają zapewnione tanie  mieszkania służbowe,  jest dbałość o ich kondycje i wypoczynek. U nas marszałek województwa szczecińskiego ukarał dyrektora teatru za zakup mieszkania ze środków teatralnych, którego dokonał, by uwolnić teatr od wynajmu  drogich pokoi hotelowych i w dalszej perspektywie zaoszczędzić. Nikt też nie mówi o tym, jakie wynagrodzenie netto otrzymuje artysta. Kiedy angażowałem się do Niemiec, objaśniono mi moja sytuację finansową netto. Zrobiono to w celu, abym wiedział, że pracodawca zdaje sobie sprawę z proponowanego wynagrodzenia. W proponowanej przez sąd nowelizacji ustawy narzuca rozwiązania, które powinny być wynikiem dialogu społecznego artystów z pracodawcami, tj. organizatorami działalności kulturalnej, w więc samorządami. Polska jest jedynym krajem Unii Europejskiej, w którym nie ma dialogu społecznego w sferze kultury a minister występuje wyłącznie w roli arbitralnego pracodawcy. U nas dialog traktuje się jako gadaninę i poklepywanie po ramieniu, a nie konkretne negocjacje z udziałem prawników. Niepokoi mnie np. proponowana możliwość łączenia instytucji według uznania władz samorządowych. Niedawno skutecznie broniłem połączenia Opery Szczecińskiej z Domem Kultury Zamek Książąt Pomorskich. Niepokoi brak kasy pomocowej dla artystów niezatrudnionych. (to nie to samo co bezrobotnych!) – jak jest we Francji. Składka na te kasy to problem w istocie …pracodawców. Projektodawcy nowelizacji często powołują się w uzasadnieniu na to, że takie rozwiązanie przyjęto w krajach UE. Nie podaje się jednak w których, bo to jest tam różnie regulowane. Oburza mnie pozostawianie do oceny samorządu, kto może być dyrektorem teatru. Byłem świadkiem jak prezydent miasta powołał swojego znajomego, nie mającego pojęcia o teatrze. Ów dyrektor zwolnił zastępcę do spraw artystycznych. Oświadczył, że artystyczne kwalifikacje będzie zamawiał „na mieście” (sic!). Nowelizacja dopuszcza oddawanie teatrów w zarząd fundacjom, w konsekwencji wolną amerykankę bez płacenia składek ZUS.

Którą z ekip ministerstwa kultury minionego 20-lecia ocenia Pan najwyżej?

– Najwyżej stawiam działalność ministra Waldemara Dąbrowskiego. N.p. ratując budżet teatru Polskiego we Wrocławiu doprowadził do nowelizacji  ustawy, by ministerstwo mogło wraz z samorządami finansować instytucje kulturalne wraz z samorządami. Dziś w tym samym resorcie krytykuje się działania tamtego okresu. Minister Dąbrowski stworzył Instytut Teatralny,  Instytut Fryderyka Chopina, sfinalizował ustawę o kinematografii, dzięki czemu powstał Polski Instytut Sztuki Filmowej, nota bene wbrew Platformie Obywatelskiej, która była wtedy w opozycji, uwolnił twórczość kulturalną od kategorii działalności gospodarczej. Nareszcie po wielu latach spowodował, że odbudowa Arkad Kubickiego w Zamku Królewskim ruszyła. Takich działań można by wymienić więcej. Dąbrowski rozwiązywał problemy kultury, a nie wykorzystywał rozgrywania jej w polityce. Był ze świata kultury, ale nie posługiwał się nią dla polityki, a ministerstwo  nie było urzędniczą twierdzą.

Jaką rolę przypisuje Pan edukacji kulturalnej? Jak i gdzie wychowywać odbiorców kultury? W szkole?

– Były pomysły połączenia ministerstw kultury i edukacji, nie pozbawione logiki, ale wzięte z innej, zachodniej rzeczywistości. Na pewno szkoły powinny sprzyjać amatorskiej działalność artystycznej uczniów. Mam z tym związane wspomnienia z mojego liceum w Katowicach-Ligocie, gdzie włączyłem się do kółka recytatorskiego, a potem to potoczyło się jak śnieżna kula. Miałem wspaniałą przewodniczkę na zajęciach świetlicowych, osobę z iskrą bożą, panią Halinę. Spod jej rąk, jako recytatorzy, wyszli też utalentowani Krzysztof Globisz i Aldona Grochal. Poznałem też młodą nauczycielkę Krystynę Nietrestę, która przy piśmie „Filipinka” założyła klub miłośników teatru. Tymczasem ostatnio poznałem dwóch licealistów z Nowego Sącza marzących o tym, by zostać filmowcami. Okazało się, że nie mają gdzie robić filmów, mimo że dziś nośniki filmowe są tak tanie. W PRL  Pałacu Młodzieży w Katowicach było to możliwe. Właśnie dlatego, że są tacy młodzi ludzie z wartościową pasją, szkoły powinny ich wypatrywać i otaczać ich opieką w kółkach kulturalnych, artystycznych, a także przekonywać młodzież, że warto pisać, grać, robić filmy, czytać, podtrzymywać w niej zapał lub go budzić. Bez odpowiedzialności starszych za młodszych nie ma budowania wrażliwości i potrzeb kulturalnych. I wtedy często pozostaje alkohol, narkotyki i te głośne ostatnio, nieszczęsne dopalacze.

Dziękuję za rozmowę.

Olgierd Łukaszewicz – ur. 7.09. 1946 w Chorzowie, wybitny aktor teatralny i filmowy. Do jego najważniejszych kreacji teatralnych należą role w Teatrze Powszechnym w Warszawie  w „Sprawie Dantona” St.Przybyszewskiej w reż. A. Wajdy (1975), w „Locie nad kukułczym gniazdem” K. Keseya w reż. Z. Huebnera (979). Swoje najważniejsze role filmowe zagrał m.in. w „Dancingu w kwaterze Hitlera” J. Batorego (1968), „Brzezinie” A. Wajdy (1970), „Soli ziemi czarnej” K. Kutza (1971), „Perle w koronie” K. Kutza (1972), „Dziejach grzechu” W. Borowczyka (1975),  „Lekcji martwego języka” J. Majewskiego (1978),„Seksmisji” J.Machulskiego (1983), „Magnacie” F. Bajona (1988)

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko