Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
102

Stara, dobra Ernaux

Swego czasu miałem nieco za złe komitetowi noblowskiemu, że w 2022 roku uhonorował literacką nagrodą nie Michela Houellebecq, ale Annie Ernaux (rocznik 1940). Dziś nadal uważam, że mroczny prorok degrengolady naszej epoki, jakim jest twórca „Mapy i terytorium” w pierwszym rzędzie zasługuje na tę nagrodę, ale po wczytaniu się w prozę Ernaux doszedłem do wniosku, że i ona jest wybitną pisarką, choć o zupełnie innym niż Houellebecq pisarskim „DNA”.  Najpierw wczytałem się w „Bliskich”, tom wydany przez Wydawnictwo Czarne. To proza, która po francusku ukazała się w 1983 roku i na którą składają się trzy miniopowieści („Miejsce”, „Pewna kobieta”, „Druga córka”). To dość tradycyjnie napisana, w pierwszej osobie, historia dzieciństwa i młodości pisarki, portrety członków jej kręgu rodzinnego, koleżeńskiego i przyjacielskiego, historia dokonujących się z wolna we Francji przemian obyczajowych, społecznych, religijnych, mentalnych, rodzinnych, klasowych, zmian w pozycji społecznej kobiet. „Ta, niczym archiwistka pamięci, opisuje dziedzictwo swoich najbliższych, łącząc kobietę, którą jest teraz, z dzieckiem, którym była w przeszłości” – napisał o jej prozie Didier Eribon, dodając przy tym kilka nieco egzaltowanych i przesadnych komplementów („jej dzieła wyznaczają odrodzenie francuskiej literatury”), które niczego do zrozumienia istoty pisarstwa Ernaux nie wnoszą. Niewątpliwie Ernaux jest pisarką bardzo dobrą, sprawną, utalentowaną w bardzo rudymentarnym sensie tych określeń. „Bliskich” czyta się bardzo dobrze, to proza świetnie skrojona. To nie jest typowa opowieść wspomnieniowa w pierwszej osobie, lecz narracja bezosobowa, bezzaimkowa, w dość charakterystycznej dla prozy francuskiej formule „się” („on va”). Ten zabieg redukuje krańcowy subiektywizm autorski, nadając relacjonowanym zdarzeniom perspektywę oderwaną od subiektywizmu narracyjnego, akcentując biografię całego pokolenia i niejako nadając naturalny obiektywizm egzystencji dziejącej się „sama przez się”. Narracja Ernaux w „Latach” rozbita jest jakby na skrawki, niczym w formule lapidarium, rozczłonkowana na stopklatki, slajdy pamięci, krótkie „filmiki”, stare fotografie, błyskawiczne „rzuty okiem”, strzępy pamięci, a więc rejestrująca świat nielinearnie, lecz fragmentarycznie, zgodnie z mechanizmami naszej pamięci. „Annie Ernaux pisze mięsem, jej proza paruje. (…) Pokazuje, że słowa pisane wielką literą, jak Wojna czy Wolność, są papierem, a hipnotyzuje szczegółem. Ernaux wysnuwa go z pamięci, która zaraz się rozpadnie. Kataloguje i układa powiedzenia, zbitki skojarzeń, powtórzenia. Opowieść mija krzywo wbite słupy lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych do dziś. Aż strach odejść od lektury, żeby nie rozpadł się w ostatniej chwili sklecony świat. To literatura pisana językiem pierwotnym, znakomicie przełożona” – napisała pisarka Grażyna Plebanek, niewątpliwie mająca prawo odczuwać swoiste powinowactwo z Ernaux. Ktoś inny napisał o „brawurowym języku” Ernaux, o „mistrzowskim laboratorium jej prozy”. Ważnym, podstawowym kontekstem prozy Ernaux jest kwestia kobieca, fenomen wyzwolenia kobiet, rodzenia się feminizmu. Jej proza bardzo nasycona jest seksualizmem, często podawanym dosadnie, nawet naturalistycznie („był to czas, gdy serce biło mocniej, a pochwa wilgotniała”, o kontaktach małżonków po ślubie: „Przez kilka pierwszych nocy, zwierzyła się siostrze, kładła się do łóżka w majtkach pod koszulą nocną”. (…) zbliżenie fizyczne mogło odbyć się wyłącznie pod przykryciem wstydu, ale musiało do niego dojść, i to sprawnie, jeśli kobieta był „normalna”), albo akcentująca wagę erotycznego doświadczenia („zatriumfować nad śmiercią przez miłość i erotyzm”). Pojawia się też w „Latach”, jako zimne, abstrakcyjne widmo, Wielka Historia, m.in. w osobie generała de Gaulle zmiksowana w jeden ciąg z najbardziej elementarnymi doświadczeniami młodości („Toteż wystarczyła chwila zapomnienia o kalendarzyku, żeby niespodziewanie zostać małżeństwem i wkrótce potem rodzicami”), wzmianką o „wilgotnych majteczkach” i uwagą o urodzie popularnej aktorki Myléne Demongeot. Proza Annie Ernaux to kawał dobrej literatury. Po ponad półtorarocznej przerwie od lektury jej „Bliskich” i „Lat”, dostałem do rąk jej „Ciała”. Tom składa się z trzech obszernych opowiadań. „Zdarzenie” to rodzaj pamiętnika dziewczyny, która zaszła w niechcianą ciążę we Francji sprzed uchwalenia „prawa Veil”, czyli prawa do aborcji i czyni starania, aby się jej pozbyć. „Pamięć dziewczyny”, to introspekcja przeżyć seksualnych dziewczyny w konserwatywnym społeczeństwie, z wszystkimi ich konsekwencjami, jak rozkosz i wolność, ale i lęk i upokorzenie. „Młody mężczyzna” to anatomia romansu 54-letniej z kobiety z mężczyzną młodszym o trzydzieści lat. Pierwsze i trzecie opowiadania napisane zostało w osobie trzeciej, środkowe w osobie pierwszej, ale nie zmienia to silnego nasycenia tej prozy autobiografizmem, o ile nie są one w całości autobiograficzne. I podobnie jak w innych utworach Ernaux imponuje jej dar przetwarzania pozornej banalności zdarzeń i postaci w fascynującą narrację otwierającą nowe punkty widzenia na ową banalność. Rekomenduję tę wyborną lekturę, aczkolwiek jako najbardziej frapującą lekturę Ernaux zapamiętałem brawurowych „Bliskich”, najnowszą historię społeczną Francji, widzianą przez pryzmat pospiesznej narracji nastolatki, w której cień generała de Gaulle pojawia się naprzemiennie z „wilgotnymi majteczkami” francuskich nastolatek tamtych lat. To naprawdę świetna proza, ale ciągle nie mogę wyzbyć się wątpliwości, czy naprawdę aż na miarę literackiej Nagrody Nobla?

Annie Ernaux – „Ciała”, przełożyła Agata Nowak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024, str. 231, ISBN 978-83-8191-840-4

Aldous Huxley – pisarz i prorok kontrkultury

Aldous Huxley (1894-1963) należy do tego osobliwego gatunku pisarzy, których wpływ na literaturę, kulturę i cywilizację jest znacznie silniejszy niż siła obecności i oddziaływania jego konkretnych literackich dokonań. Nawet „Kontrapunkt” czy „Niewidomy w Gazie”, należące do jego najgłośniejszych powieści nie rezonują dziś w literaturze, ich bohaterowie nie weszli po pocztu emblematycznych postaci, jak „Bracia Karamazow” Dostojewskiego, Bloom z „Ulissesa” Joyce’a, Józef F. z „Procesu” Kafki czy Hans Castorp z „Czarodziejskiej góry” Thomasa Manna. Jedynie „Nowy, wspaniały świat” (1932), głównie jako tytułowa fraza funkcjonuje w literaturze. Bo Huxley to przede wszystkim ktoś, był prekursorem kilku nurtów kulturowych, które zapanowały w XX wieku: spirytyzmu, mistycyzmu, New Age, fascynacji kulturą i filozofią Indii, buddyzmu, tantry, jogą, a także narkomanii (psylocybina, meskalina, LSD) jako forpoczty kontrkultury („po meskalinie poznałem kontemplację w jej najwyższych przejawach”), jako duchowego eksperymentatora, proroka nowych, nieinstytucjonalnych nurtów religijnych, synkretyzmu religijnego, ekologii, pioniera kontrkultury, bo w pewnym też, ogólnym sensie można go także uznać za prefiguratora ruchu hippisowskiego. Jake Poler przywołuje nazwiska swoich poprzedników, biografów Huxleya, ale zwraca uwagę, że żadne z nich nie podjęło  (jest wśród nich także kobieta) tematu postaci Huxleya czemu on poświęcił swoją biografię, na drugim planie stawiając analizę jego twórczości literackiej. „Pomimo iż Huxley znany jest przede wszystkim jako autor „Nowego, wspaniałego świata”, to właśnie „Filozofia wieczysta”, „Drzwi percepcji” i „Wyspa” wywierały najbardziej znaczący wpływ na kulturę w dziesięcioleciach, jakie upłynęły od jego śmierci. Spuścizna duchowa i filozoficzna Huxleya niewątpliwie odcisnęła piętno na kontrkulturze, ruchu potencjału ludzkiego lat 60, jak też ruchu głębokiej ekologii powstałym w latach 70, na ideologii New Age lat 80 oraz 90, czy wreszcie na orientacji, której początki datują się na lata 90, która rośnie w siłę w naszym stuleciu i której naczelne hasło brzmi „duchowość, lecz nie religia”. I właśnie tę pionierską rolę Huxleya wraz z jego trudnym, skomplikowanym życiem prywatnym opisał w swej bogatej biografii Jake Poller.

Jake Poller – „Huxley”, przekład Bartłomiej Zborski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2024, str. 330, ISBN 978-83-8196-585-9

Ryk, groza, groteska

Ta lektura wciąga z miejsca, na samym progu, bez „rozbiegówki”. Wciąga swoim brawurowym zuchwałym, sarkastycznym, dosadnym językiem. Na abstrakcyjną dla mnie dotąd, bo znaną tylko z jego epokowego dzieł „Zmierzch zachodu (1918-1922) postać filozofa Oswalda Spenglera, natykam się od razu jako na postać cielesną, z krwi i kości. Nie miałem pojęcia, że był to kolos o tubalnym głosie, elegant o dostojnym sposobie bycia, epikurejczyk, hedonista, cierpiący na żarłoczność, na gargantuiczny apetyt i na totalny brak poczucia humoru, zwłaszcza w stosunku do siebie. Tematem dziennika Friedricha Recka-Malleczewena (1884-1945), pisarza, lekarza, dziennikarza i krytyka teatralnego, emigranta wewnętrznego w hitlerowskiej III Rzeszy, namiętnego wroga Hitlera i nazizmu jest jego ojczyzna. Język jego „Dziennika lat trwogi” z lat 1936-1945 to język ostrego, sarkastycznego pamfletu na niemiecki nazizm i na jego protagonistów, ale też na niemieckość jako taką. Jest to język soczysty, dosadny, obrazowy. Dla niego Franz von Papen „pod maską dżentelmena kryje honor i sumienie psa rzeźnika i który zawsze wyobrażał sobie wielką politykę jako łańcuch przekupstw i zuchwałych kradzieży”. Ale Papen to tylko bohater jednorazowego epizodu obecności w dzienniku  Recka, w przeciwieństwie do Hitlera, który ciągle wraca niczym groteskowy upiór. W literaturze można napotkać na wiele sformułowań o Hitlerze do cna pogardliwych, ale chyba niewiele z nich może dorównać pogardzie Recka. „Ze swoim tłustym lokiem opadającym mu na twarz w trakcie zajadłych peror, sprawiał wrażenie oszusta matrymonialnego, który opowiada, w jaki sposób zamierza wywieść w pole spragnione miłości kucharki” (…) „widziałem go w Berlinie, kiedy jako już sławna osobistość wszedł do holu swojego hotelu: w pierwszej z tych sytuacji czekał ze wzrokiem bitego psa na dobre słowo ze strony małego, niskiego w hierarchii sądowej sędziego sądu rejonowego (…), w drugiej zaś stanął naprzeciw portiera hotelu w zgarbionej postawie człowieka, który ma ochotę zjeść coś na kredyt w restauracji hotelowej, lecz spodziewa się wyrzucenia na ulicę”. Kilka powrotów do postaci Goeringa, jego kabotyńskich, groteskowych, błazeńskich przyodziewków i jego otoczenia, to szydercze opisy megalomanii i pychy nowej, wywodzącej się z dołów społecznych elity towarzyskiej Niemiec hitlerowskich („kobiety, wczorajsze stenotypistki obwieszone podstępnie zdobytą biżuterią (…) niemieckich rodów”). Z drugiej strony obraz Niemiec zalewany przez hitlerowską barbarię („Na Ludwigstrasse, mijając od frontu florenckie pałace, pchają przed sobą wózki z piszczącą progeniturą biodrzaste kobiety, żony zalewających Bawarię pruskich funkcjonariuszy, w hotelowych korytarzach wystawiane są wszędzie przed drzwiami paskudne wysokie buty artyleryjskie mężczyzn o fizjonomiach feldfebli awansowanych na „oficerów”. I znów Hitler: „Następnego dnia przed kancelarią Rzeszy, stłoczony w ludzkiej ciżbie, atakowany dźwiękami tub i waleniem w bębny przemaszerowujących oddziałów, oglądam to święto, słyszę ten ryk tłumów, widzę zachwycone twarze kobiet  oraz tego, który jest adresatem tego gromadnego zachwytu. Tam oto stoi on (…) jak konduktor w tramwaju  w mundurze (…) z rękami splecionymi jak zwykle na brzuchu. Obserwuję przez lornetkę jego twarz. Wszystko w niej drży od niezdrowej wyściółki tłuszczu, wszystko w niej wisi, wszystko jest zwiotczałe, pozbawione anatomii – galaretowate, grudowate, chore” (…) A mimo to ciągle te uparte i na dłuższą metę idiotycznie brzmiące okrzyki: „Heil Hitler”, wokół histeryczne kobiety, niedorostki w transie, cały naród w stanie ducha wyjących derwiszy”. „Ten naród jest umysłowo chory”. „Niedawno w jednym z berlińskich kin widziałem tę kronikę filmową … tę okropną scenę, kiedy Hitler, przyjmując informację o kapitulacji Francuzów  przed historycznym wagonem w lesie Compiégne, zaczął niczym Indianin tańczyć na jednej nodze – stary plugawiec udający chłoptasia…”. I te opisy koszmarnych egzekucji na gilotynie. Ten dziennik, cały napisany jest w tym stylu, wyborny w lekturze, a przerwany aresztowaniem po denuncjacji i śmiercią Recka w Dachau.

Friedrich Reck-Malleczewen – „Dziennik lat trwogi”, przekład Urszula Poprawska, Państwowy Instytut Wydawniczy, str. 202, ISBN 978-838196-645-0

Egzystencja jako zaburzenie

Zawsze mi się wydaje dziwne to, że ten austriacki buntownik i austriacki ojkofob nie żyje już od 35 lat. Thomas Bernhard (1931-1989) jest jakiś taki nasz współczesny. „Czytałem, czytałem, czytałem” – napisał po lekturze „Zaburzeń” Peter Handke. Jedni tę wydaną w 1967 roku prozę chwalili jako „nową, potrafiącą sprostać epoce formą prozy narracyjnej” (Günter Blöcker). Inni chwalili „gęstość i napięcia” tekstu oraz jego „zmysłową bezpośredniość”, „językową i myślową intensywność”. Słynny krytyk Marcel Reich-Ranicki uznał „Zaburzenie” za „ocean banałów”, ale docenił oryginalność jej walorów formalnych. Eisenreich zobaczył w niej obraz emocji antycywilizacyjnych, antyracjonalnych i antymiejskich czyli faszyzujących. Niewątpliwie mroczny styl czarnej logorei Bernharda robi czytelnicze wrażenie. Mocny, jemu tylko właściwy styl bernhardowskiego pisma. Jest w niej czarna wizja egzystencji, totalne zwątpienie, czarnowidztwo, nihilizm, śmierć, zniszczenie. Cokolwiek się o wymowie tej prozy pomyśli, czuję się jej destruktywną, złą energię, ciemny elan vital,  mroczne libido nienawiści, które ją przepajają z każdej frazie. Jak interpretuję tytuł? Czym jest tytułowe zaburzenie? Świat cały jest jednym wielkim zaburzeniem. Świat cały, cała egzystencja ludzka i znienawidzona przez Bernharda ojczyzna Austria. Te bernahardowską logoreę czyta się niełatwo, bo to chaotyczny strumień świadomości, daleki od klasycznej i logicznej, linearnej narracji. Jednak taki tok myślenia, choć daleki od naszych podstawowych przyzwyczajeń czytelniczych, jest, paradoksalnie, bliższy prawdy, bo nasze myślenie znacznie częściej przypomina chaotyczny nurt strumienia niż  sekwencję regularnych sylogizmów. 

Thomas Bernhard – „Zaburzenie”, przełożyła Sława Lisiecka,  Czytelnik, Warszawa 2024, str. 253, ISBN 978-83-07-03582-6

Ksawery Reporter

Nic oczywiście nie zastąpi prawdziwej autobiografii, choćby najbardziej subiektywnie podanej, ale skoro Ksawery Pruszyński (1907-1950) nie pozostawił pamiętników (umarł zbyt wcześnie i to w pełni twórczych i życiowych sił), musi nam wystarczyć ta kompozycja złożona z fragmentów jego publikacji. A że był pisarzem wyśmienitym, a autor kompozycji sporządził ją bardzo umiejętnie, rzecz jest naprawdę w lekturze satysfakcjonująca. Pruszyński był klasykiem polskiego reportażu, a gdy się go czyta po kilkudziesięciu latach, to widzi się, że był to reporter z „wańkowiczowskiej półki”. Ba, nie sposób nie dostrzec nawet pewnych podobieństw stylu Pruszyńskiego do stylu Melchiora Wańkowicza, poniekąd nieuchronnych, biorąc pod uwagę, że starszy o generację twórca „Monte Cassino”, pierwszoplanowa gwiazda już przedwojennego reportażu, siłą rzeczy musiał oddziaływać, choćby na podświadomość młodszej generacji reporterów. Oczywiście, Pruszyński ma swój własny styl, mniej od wańkowiczowskiego „sarmacki”, mniej nasycony rubasznym humorem, choć, z grubsza biorąc, wywodził się nawet z tej samej krainy co mistrz Melchior („Przyszedłem na świat na rozdrożu światów i czasów, kultur i wiar, mów i ras, warstw i narodów…” – napisał w jednym z tekstów). Kolejne segmenty  „Pruszyńskiego” sygnowane są datami od roku 1931 po rok 1949. Pierwszy z tych segmentów dotyczy kresowego dzieciństwa Ksawerego i historii rodziny, co stwarza pewne podobieństwo do wańkowiczowskiego „Tędy i owędy”, następne: politycznej młodości, otarcia się o „Myśl Mocarstwową”, współpracy z redagowanym przez młodego Jerzego Giedroycia „Buntem Młodych”, przemianowanym później na „Politykę”. Dalej pojawia się niemiecko-polski, niespokojny Gdańsk lat 1931-1932, niespokojne lata trzydzieste w Europie z kwitnącym faszyzmem i rodzącym się nazizmem, sprawa Palestyny, losów narodu żydowskiego, a także kwestia antysemityzmu i syjonizmu. Hiszpania lat 1936-1937, to oczywiście wojna domowa opisana przez niego w głośnej książce reporterskiej, a następnie wybuch II wojny, udział Ksawerego w walkach Brygady Strzelców Podhalańskich pod Narvikiem (czego owocem był m.in. cykl opowiadań z „Droga wiodła pod Narvik” na czele), pobyt w ZSRR, analizy wojennej sytuacji geopolitycznej, zamiarów „Sowietów”. Okres finalny to poruszanie się przez Pruszyńskiego w trudnej strefie między Zachodem,  z którym do pierwszych powojennych lat był związany, a Polską Lubelską (późniejszą PRL), do współpracy z którą coraz bardziej się przychylał (jako „realista”). Nawiasem mówiąc, jego esej o „Aleksandrze Wielopolskim” był swoistą deklaracją wyboru politycznego realizmu w stosunku do Rosji, tym razem pod szyldem ZSRR.

„Pruszyński” to także prawdziwy „zasobnik” faktograficzny i personalny, zawierający dziesiątki nazwisk i zdarzeń, napisany barwnym, gawędziarskim stylem, pełnym anegdot, kapitalnych portretów „menażerii ludzkiej” (że użyję tytułu opowiadania Zapolskiej), odwołań do licznych źródeł, fotografii, wspomnień, artykułów, listów. Jest też sporo o literaturze jako takiej, odwołań do znanych pisarskich nazwisk, a że Pruszyński był typem człowieka (nie tylko jako reporter) „ciekawego wszystkiego”, stąd intensywna i bardzo interesująca dygresyjność jego narracji. A takie anegdoty, jak zapis wspomnienia z udziału młodego Ksawerego w grupowym spotkaniu z Piłsudskim w Belwederze, czy o kresowym księdzu, który pogardliwie odmawiał picia herbaty, nazywając ją „trunkiem moskiewskim”, naprawdę czytelniczo bardzo smakują.

„Pruszyński. Narrator rzeczywistości. Autoportret odczytany”, wybór Karol Płatek, Ośrodek Karta, Warszawa 2023, str. 384, ISBN 978-83-66707-99-3

Dwanaście biblijnych kobiet

Te biblijne imiona kobiece brzmią znajomo, ale zazwyczaj mało lub nic o nich nie wiemy poza samym dźwiękiem lub jakimś uproszczonym hasłem. Czasem przypomina się proza Williama Faulknera z postaciami kobiet o biblijnych imionach. Dlatego warto zapoznać się z pracą księdza Waldemara Chrostowskiego, „Kobiety w piśmie świętym”, choć raczej należałoby napisać w tytule: w Starym Testamencie. Dzieje dwunastu biblijnych kobiet, czy niewiast, jak je kiedyś z archaicznej polszczyźnie, ale całkiem ładnie, nazywano, ułożył Chrostowski, wybitny biblista we wzór wyznaczający odwieczny katalog rozmaitych, rzecz by można dawnych, klasycznych  życiowych ról kobiecych. Opowieść zaczyna od Ewy, pramatki ludzkości, by przejść do Sary, matki wierzących, Tamar – wyrażającej kobiece pragnienie macierzyństwa, Miriam – uosobienia posłannictwa siostry, Rachab, Debory, Jael i Dalili – uosobieniom kobiecej przebiegłości, Rut i Noemi – wzorom wierności i zaradności, Annie, matce Samuela – uosobieniu cierpliwej wytrwałości, Abigail – ucieleśnieniu kobiecej roztropności, Betszebie, wybrance królewskiej, Jezebel, wyrażającej siłę zła i nieprawości, Judycie – sile spokoju i Esterze, troszczącej się o swój naród. Piękna, pouczająca, bogato ilustrowana lektura.

Waldemar Chrostowski – „Kobiety w piśmie świętym”, Biały Kruk, Kraków 2022, str. 279, ISBN 978-83-7553-348-4

Ateizm stary jak świat

We współczesnej potocznej świadomości, tej zwłaszcza karmionej przez literaturę i media konfesyjne oraz prawicowe, pojawia się bardzo często, wręcz nagminnie, pogląd, że ateizm, kryzys religii i wiary religijnej, laicyzacja itd., to owoc ostatnich  – mniej więcej – dwustu lat i że początek tych procesów trzeba sytuować najdalej w epoce Oświecenia. W odniesieniu do Polski te czasowe granice bywają przesuwane nawet do XX wieku, a ściśle do okresu PRL, państwa programowo laickiego. Wielu konfesyjnych i prawicowych publicystów o zacięciu dewocyjnym z rozrzewnieniem odwołuje się choćby do czasów, gdy prymasem Polski był kardynał Stefan Wyszyński, gdy w 1949 roku przed katedrą w Lublinie tysięczne tłumy asystowały „cudowi łez”, które miały wyciekać z tamtejszego obrazu Matki Boskiej i gdy w 1966 roku Nowennę Tysiąclecia Narodu obchodzono na Jasnej Górze w Częstochowie z udziałem setek tysięcy pielgrzymów. Młodsi wspominają zwłaszcza pierwsze lata pontyfikatu Jana Pawła II, jego inauguracyjną podróż do ojczyzny w czerwcu 1979 roku w asyście wielkich tłumów. I to wszystko pomimo „urzędowej walki z religią”. W ich mniemaniu to dopiero wejście Polski w orbitę Unii Europejskiej otworzyło bramę przed negatywnymi, wrogimi religii i wierze tendencjami laicyzacyjnymi.

Tymczasem tom „Ateizm” profesora Andrzeja Nowickiego (1919-2011) bardzo silnie uzmysławia, że ateizm jest niemal tak stary jak ludzka cywilizacja i kultura. Nina Sankari, autorka wstępu do zbioru jego tekstów wydanych przez Stapis pod tytułem „Ateizm. Dzieła wybrane”, przypominając koronne daty znaczące bezprzykładną klerykalizację Polski, jaka dokonała się  w latach dziewięćdziesiątych XX wieku (wprowadzenie religii do szkół (1991), ustawowe wprowadzenie nakazu respektowania wartości chrześcijańskich w sferze publicznej (1992), zawarcie konkordatu RP-Watykan ( 1993), ustawa o zakazie aborcji ( 1993), przyznanie duchownym funkcji urzędnika stanu cywilnego (1998) czy kryminalizacja „obrazy uczuć religijnych”), tym mocniej, w kontekście zawartości działa Nowickiego uświadamia, jak bardzo anachroniczna była ta sekwencja w sytuacji, gdy metryka ateizmu jest głęboko starożytna, a w Europie Zachodniej procesy z przeciwnym znakiem do polskiego dokonały się kilkadziesiąt lat wcześniej (francuski intelektualista katolicki, który w latach osiemdziesiątych odwiedził Polskę i uczestniczył w procesji Bożego Ciała, powiedział do żony: „Patrz, oglądamy Francję sprzed pół wieku”). Dla Andrzeja Nowickiego ateizm nie był jedynie po prostu światopoglądową, intelektualną postawą, lecz warunkiem niezbędnym do osiągnięcia przez człowieka osobistego szczęścia, do spełnienia i cieszenia się życiem po uwolnieniu się od religijnego strachu, religijnych nakazów i zakazów. Taka postawa była diametralnie odmienna od powszechnie pokutującego poglądu, że to religia jest źródłem szczęścia, co mają jakoby potwierdzać badania prowadzone wśród wierzących.

W otwierającym tom tekście „Starożytni o religii” (1959) Andrzej Nowicki dokonał obszernego, wyczerpującego zestawienia antycznych, na ogół greckich filozofów pod kątem ich stosunku do religii. Listę areligijnych filozofów otwiera Hezjod, twórca Kosmogonii, w której pojawiają się akcenty wyraźnie materialistyczne. Niektórzy określili Hezjoda jako ateistę i „architekta ateizmu”. Krytyczna postawa wobec religii (choć sformułowana nie wprost) zawarta jest też  w „Iliadzie” i „Odysei” Homera, gdzie bogowie przedstawiani są jako istoty pełne gniewu, nienawiści, mściwości, a przy tym ani wszechmocne ani wszechwiedzące. Tales z Miletu wywodził świat nie od bogów, lecz z wody, pierwiastka materialnego i pierwszej zasady. Pierwszym greckim myślicielem, którego powszechnie uznano za ateistę był Hippon z Samos, kontynuator Talesa z Miletu. Z materii wyprowadzali egzystencję także Anaksymander i Anaksymenes, a Ksenofanes i Heraklit z Efezu byli otwartymi krytykami religii. Wierzył w bogów tragik Ajschylos, ale ten z kolei ich nienawidził („Nienawidzę wszystkich bogów”). Ateistą był też słynny Anakreont, wielki poeta grecki, podobnie jak Anaksagoras, który „cuda” wyjaśniał przyczynami naturalnymi. Także materialista Demokryt całkowicie obywał się bez bogów, podobnie sofista Anaksagoras. Nie ma co mnożyć tej długiej listy, dość że z trzech największych filozofów greckiej starożytności (Arystoteles, Sokrates  i Platon) tylko ten ostatni  uznawał religię, a tego pierwszego „schrystianizował” święty Tomasz z Akwinu. I dodajmy, że to starożytność wydała prekursorów dojrzałego ateizmu i krytyki religii, czyli Euhemera i Lukrecjusza. Widać z tego zestawienia, że pogląd o naturalności religii w dziejach człowieka w sytuacji, gdy już u zarania jej myśli pojawił się ateizm, jest fałszywy. Najbardziej uderzająca w tym wszystkim jest nie tyle duża liczba ateistów, sceptyków w stosunku do religii, lub całkowicie wobec niej obojętnych, ile to, że nie sposób wskazać w starożytności filozofa (nawet Platona), którego można by uznać za prekursora chrześcijaństwa w jego najbardziej podstawowym kształcie. Kolejne rozdziały poświęcił Nowicki takim tematom, jak nepotyzm papieży, działalność Inkwizycji, wrogość papieży do niepodległości Polski, życiorysom ateistów Vaniniego i Kazimierza Łyszczyńskiego. Ostatni szkic, „Ateizm” (1964), jest portretem nowożytnego ateizmu i jego korzeni sięgających XVI wieku, modelom krytyki religii i klasyfikacji ateizmu, analizie jej języka i marksowskiej formule religii jako „opium ludu”. Na puentę Andrzej Nowicki wystawia ateizmowi jeszcze jeden komplement (który jednak nie wszystkich ateistów może ucieszyć), że religianci korzystają z niektórych myśli i doświadczeń ateistów dla umocnienia religii. A niech im będzie na zdrowie!

Andrzej Nowicki  „Ateizm. Dzieła wybrane”, przedmowa Nina Sankari, Stapis, Katowice 2024, str. 452, ISBN 978-83-7967-293-6

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko