Krystyna Habrat –  KSIĄŻKI, KTÓRE ZMIENIAJĄ ŻYCIE

1
55

Zapytał ktoś na Facebooku o książki, jakie wywarły na nas największe wrażenie, może nawet zmieniły bieg życia.

 Od razu wiele osób  zgłasza tytuły takich książek, czasem autorów. Z żalem stwierdzam, że nie jestem już tak na bieżąco, a może książek   wychodzi u nas ostatnio tak dużo, że nie orientuję się w tym za dobrze. Co gorsza, choć czytam często   wspaniałe, poruszające, książki,  trudno mi wybrać takie, co byłyby w stanie zmienić moje życie.

Ale o takie zmiany momenty zwrotne łatwo we wczesnej młodości, gdy co rusz, coś wzrusza, ekscytuje, rozbudza emocje i wyobraźnię i staje się przyczyną nowego wyboru drogi życiowej z jej zakrętami, bo wyboru zainteresowań, zawodu, kierunku studiów, stylu życia, towarzystwa i kogoś na całe życie. To wszystko wydarza się najczęściej w szkole średniej, na studiach i jest możliwe do pierwszego  etatu,  kiedy zaczynamy zasiadać  każdego dnia na tym samym krześle, przy tym samym biurku, tak na całe lata.  Tu wyznam, że stała jestem tylko w miłości – raz, ale na całe życie,  za to każdy etat szybko mnie nudził są jednostajnością, monotonią, rygorami i rządzeniem szefa/owej, więc je często zmieniałam, że medalu nigdzie się nie zdążyłam dorobić.

Tylko książki czytałam stale i nieodmiennie. Ciągle inne. Czasem po kilka razy ulubioną.  Jednak największe wrażenie, takie „przełomowe”,   robiły na mnie takie książki w czasach licealnych i niedługo potem.

 Wracam więc do książek, które wywarły na mnie największe wrażenie jeszcze w czasach szkolnych.

Jak miałam 15 czy 16 lat (w liceum) tak znaczącą książką okazał się   najzwyczajniejszy „Słownik wyrazów obcych”.  Trafiłam do niego od „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego, gdzie w czasach paryskich Judyma jest mnóstwo słów francuskich z objaśnianiami. Dotąd pamiętam z tej powieści, że  riposta poniewczasie,  jaka przychodzi do głowy za późno, lecz zaraz na schodach po wyjściu z miejsca zażartej dyskusji, to: „esprit d’escalier”.  Pamiętam, bo mnie się to też często zdarza. Po prostu nie miałam okazji nauczyć się pyskowania czy odszczekiwania na czyjeś złośliwości. Wśród moich dobrze wychowanych koleżanek żadna nie musiała  mieć ciętego języka, ale przegrywała z każdą cwaniarą. To nawet opisałam w tytułowym opowiadaniu ostatniej książki. Ale na razie w liceum od  wspomnianej  powieści Żeromskiego zaczęła się moja nauka francuskiego,  parę lat później wycieczka do Paryża. Byłam tym legendarnym miastem oczarowana. Tylko  pod Luwrem okazało się, że zamknięte, bo akurat dziś i jutro tam strajkują. I  już nie było mi więcej dane obejrzeć Wenus z Milo, przy której Judym spotkał piękne panny z Polski. Przewodnik zabrał nas na cmentarz Pe’re-Lachaise,  gdzie zobaczyliśmy groby Chopina i Edith Piaf, którą byłam od dawna oczarowana, ale, czy to  zrekompensowało tamto?

 I tak od „Słownika wyrazów obcych” podążyłam do encyklopedii i  kolejnych słowników, bliskoznacznych, frazeologicznych…   Fascynowały mnie te dwie kolumny  haseł na każdej stronie, gdzie przy każdym tyle czegoś niezwykłego można się  dowiedzieć. To wykraczało daleko poza otaczającą mnie rzeczywistość, najpierw miasta białych bloków i szarych sosem, potem Krakowa z jego wspaniałościami, bo w słownikach było czegoś dużo więcej. Jakieś obietnice niezwykłości. Nawet potem encyklopedie już tak nie czarowały.  Ile ja z  przeglądania   tego zaczerpnęłam pomysłów do pisania! Ono u mnie jeszcze nieprędko się zaczęło, ale już coś w tę stronę ciągnęło!  Już zapamiętywałam ładne słowa, które z czymś się kojarzyły i przyciągały kolejne, nizały na nitkę tematyczną w coś niezwykłego. Zapełniały notesy. Jeszcze nie wiadomo w jakim celu?

 Wcześniej była  książka Stanisława Ossowskiego „U podstaw estetyki”.

A zaczęło się to na studiach, na IV roku, gdy zbierałam materiały do pracy magisterskiej „Geneza pomysłu twórczego”. Siedziałam raz w  czytelni krakowskiej biblioteki Na Groblach, pilnie coś  czytając i notując, a ile razy podniosłam wzrok,   na stoliku obok, gdzie siedział ktoś dyżurujący, kusiły mnie dwie książki o   intrygujących tytułach: „Filozofia indyjska” i  „U podstaw estetyki” Ossowskiego. Bardzo chciałam je otworzyć i poczytać, lecz to, co czytałam było pilniejsze. Obiecałam sobie do tych  niezwykłych książek powrócić. Na pierwszą nigdy już nie trafiłam, lecz pracę Ossowskiego  – kupiłam. To z niej nauczyłam się lepiej widzieć literaturę i sztukę, czego nie znajdowałam nawet w książkach o poetyce. Latami do niej powracałam. Jak i do drugiej: „Z zagadnień psychologii społecznej”, którą autor pisał podczas okupacji niemieckiej. Wówczas, gdy podczas nalotów bombowych Warszawa była zaciemniona, zdarzał się moment na rozmyślania o życiu i świecie. Jak i odkrycia. Choćby takie – jak zapamiętałam – że podczas zaciemnienia miasta lepiej widać niebo i gwiazdy, podczas gdy oświetlenie je przygasza.

 Ta wcześniej wspomniana książka Ossowskiego dała mi też niejedną wskazówkę do późniejszego pisania, gdy już znalazłam na to czas poza życiem zawodowym czy rodzinnym, i kipiałam nadmiarem pomysłów,  które koniecznie  chciałam innym przekazać. Wtedy tak się myśli nieco naiwnie.  Z latami człowiek się uspokaja. Uspakaja też swoje aspiracje i zamiary. Nie chce tylko wiedzieć, że nikt jego mądrości specjalnie nie potrzebuje. Stąd tylko krok do stanu, gdy już żadna książka  nie ma dla nas przełomowego znaczenia.

Zresztą teraz  takie fascynacje książkami, a tym bardziej zwykłym słownikiem, mogą wydać się nieco śmieszne. Nawet dla tych, co w młodości ustawiali się po taki słownik albo encyklopedię w kolejkę pod księgarnią o szóstej rano. To wszystko naprawdę nie zrobi na nikim wrażenia, ale  tamto było w czasach przedkomputerowych.

Właściwie to komputery już były. Wielkości potężnej szafy gdańskiej. Widziałam taki, gdy zaproszono mnie raz na oglądanie go w biurze projektów jako coś niezwykłego. Ale wiele z tych książek, co tu wspominam, niełatwo było kiedyś  zdobyć. Pierwsze encyklopedie ukazały się u nas pod koniec lat 50. Potem bywały na nie zapisy, prenumeraty, kolejki, konkursy.

Nie zapomnę, jak w wieku 14, może 15 lat poprosiłam w szkolnej bibliotece encyklopedię, a było to  zanim ukazał się wspomniany wyżej słownik. Profesor przyjrzał mi się zdziwiony,  w końcu zapytał: „A jaką literę?  „E” – odparłam szybko, bo na tę literę znałam wiele  niecodziennych słów, nieużywanych nawet w szkole: ekstrawersja, ekscytacja, emfaza…  Ale chciałam zobaczyć encyklopedię, gdzie spisana jest – jak mi się zdawało – cała wiedza świata. No, ile się zmieści. Czekałam więc w podnieceniu, aż profesor podał mi plik pożółkłych kartek, formatu  raczej większego niż A4, ze skruszałymi od starości brzegami. Były wyjęte z niezszytego, przedwojennego chyba,  tomu encyklopedii, którego nigdy nawet na oczy w całości nie zobaczyłam. Usiadłam w pustej po lekcjach klasie i  podekscytowana wypisywałam z tych luźnych kartek hasła na  literę „e”. Może właśnie te słowa, które wtedy z przejęciem wypisywałam, poprowadziły mnie wkrótce do studiów na Psychologii? Ale już  na III roku miałam  własną encyklopedię. Małą. I załatwioną przez tatusia subskrypcję na trzynastotomową, a wkrótce jej pierwszy tom, potem drugi… Słowniki też. Do francuskiego, angielskiego, rosyjskiego i Wyrazów Obcych. Tylko niech nikt nie dopytuje podstępnie, ile jeszcze z tego pamiętam! A uczyłam się jeszcze łaciny i kilkoma cytatami sypnę, np. „Barba crescit, caput nescit”. Tłumaczenie w Google.

I  teraz, a myślę o ostatnich latach,   nadeszło to najgorsze – ogólny przesyt książek.

Każdy teraz może sam wydać swoją książkę i ją z pewną opłatą wydać. Kiedyś wydanie własnym sumptem było w pogardzie. Niektórzy nadal tak sądzą, dopóki sami tym sposobem nie wydadzą swojej. Ale nie wiem, na ile to jest regułą ogólną. Natomiast panuje opinia, że każdy może napisać jedną dobrą książkę – o swoim życiu. To nawet widać, gdy ktoś popularny taką o sobie wyda i zasypany pochwałami,  , pisze drugą, a tu – klapa, nie bardzo ma już o czym pisać i idzie mu jak po grudzie.  Zresztą ludzie mniej teraz czytają, jeszcze mniej książek kupują.

 Już nie kupuje się encyklopedii czy słowników, bo wszystko można znaleźć w internecie. Mieć w kieszeni na smartfonie. Chyba nie chciałabym teraz być licealistką, nawet z komputerem, smartfonem i tabletem ze specjalnym piórkiem do pisania, bo ominęłyby mnie tamte fascynacje. Choćby te zachwyty dla słów w pionowych szeregach na każdej stronie słownika. Ile z nich wynikło pomysłów na opowiadanie, potem większą całość. Teraz, gdy wszystko to tak łatwo dostępne, nic z tego  specjalnie nie fascynuje. Taka normalka.

Tak mnie wciągnęły  tamte  moje fascynacje, że aż tyle o nich napisałam. Więcej jednak czytuję literatury pięknej. Zatem przedstawię  moje zachwyty z ostatnich miesięcy.  

  Niektóre czytane w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki, gdzie co miesiąc dostajemy inną lekturę do przeczytania. Potem ją w gronie miłych pań, a zdarzają się też panowie, omawiamy, siedząc dookoła wielkiego stołu i popijając aromatyczną herbatę. Co ciekawe, na niektóre z nich nigdy bym nie trafiła, bo wychodzi teraz tak dużo książek, że niełatwo wyłowić te, które są najbardziej w naszym guście. Tym bardziej, że przewodnicy po książkowym świecie, czyli pisma  typu Nowe Książki czy Literatura na Świecie nie leżą już w kioskach na poczesnych miejscach i w pośpiechu sięga się po książki tak po omacku, gdy przeczytana przypadkiem recenzja wystarczająco zachęci. Już nie kartkuje się ich z rozmysłem w księgarni, bo nie ma już księgarń na każdym rogu. Kupuje się książki znalezione w internecie, dokładając do koszt przesyłki. Czasem przewyższający cenę książki. Dlatego w DKK często dostaję do przeczytania coś, co mnie zaskakuje, że aż tak mi się to podoba. W ten sposób mój gust czytelniczy się rozszerza, nabiera rumieńców i nowych perspektyw.

 Takim odkryciem była ostatnio powieść, osnuta wokół historii starego, norweskiego kościoła z niezwykłymi dzwonami, jaki rozbierano i przenoszono do Austrii, aby tu zbudować większy.  Przenoszono, jak nasz Wang w Karpaczu i o nim tam też się wspomina. W powieści wokół kościoła żyją ludzie ze swoimi historiami, emocjami i marzeniami i wspaniałą naturą nad fiordem, i starymi legendami, a z  tego powstaje piękna powieść. Poetycka i pełna namiętności, że trudno się oderwać.

A wracając do naszego kościółka Wang z Bierutowic, obecnie znowu Karpacz, to w którymś z podobnych do niego kościółków w Norwegii, ze 20 lat temu widziałam w kruchcie  zdjęcia, może  ośmiu najpiękniejszych tego typu. Jakże się oburzyłam, gdy naszemu z Karpacza przypisano inny i na zdjęciu widnieje długi,  brzydki baraczek bez charakterystycznego stylu i ozdób, gdzie zamiast wykwintnej budowli drewnianej z załamaniami dachu a plastyczną dachówką i sterczącymi  głowami smoków. Czyżby ktoś  wydumał, że niemożliwe, aby w Polsce mógł być taki piękny?  Zostawiłam w gablotce karteczkę z informacją o błędzie, ale nie wiem, czy odczytali i dokonali erraty.

 A oto  10 książek, wybranych z większego spisu:

  1. Lars Mytting – Siostrzane dzwony;
  2. Delia Owens – Gdzie śpiewają raki;
  3. Kazuo Ishiguru – Malarz świata ułudy;
  4. Toshikazau Kawaguchi – Zanim wystygnie kawa;
  5. Alain Faurnier – Mój przyjaciel Meaulnes;
  6. Alister E. McGrath – Intelektualny świat C.S.  Lewisa;
  7. C.N. Parkinson – Prawo pani Parkinson;
  8. Michelle Obama – Becoming. Moja historia;
  9. Halina Ewa Olszewska – Nie tylko chwile;
  10. Marjorie Wallace – Milczące bliźniaczki.

Powinnam te książki po kolei omówić, lecz jest ich tyle, że zgubił by się mój wątek tematyczny. Powiem tylko, że  wszystkie   mają w sobie coś niezwykłego, a wiersze Haliny Olszewskiej od lat czytuję z zachwytem.

Krystyna Habrat
13.01.2024r.

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko