ROMAN LIS – POEZJA JAKO SUPERDESTYLAT DUCHA LUDZKOŚCI (5)

0
44


1.
Wstęp (zawsze inny)

Był sad. Jesienią 1965 roku szedłem obok niego z moim ówczesnym przyjacielem Czesiem Małachowskim. Działo się to w Sanoku, mniej więcej tam, gdzie obecnie są Schody Balowskie. Gdyśmy mijali dojrzałe śliwki, powiedziałem:

śliwki jak krople atramentu lśnią

Czesiu popatrzył na mnie z zainteresowaniem (wiedział, że piszę wiersze i czasem mówię na głos jakieś dziwactwa), ale odezwał się dopiero, gdy kilka metrów później pokazałem mu gestem patetycznym leżące na trawie jabłka i powiedziałem:

a renety opadają koło domu z rozpaczy

– To naprawdę brzmi jak poezja! – powiedział z uznaniem. – Chyba wreszcie zaczną cię drukować!
Wtedy wyjąłem z kieszeni marynarki gazetę « Nowiny Rzeszowskie », gdzie w jej dodatku literackim « Widnokrąg » był tego dnia opublikowany wiersz Wiesława Kulikowskiego [wyżej częściowo zacytowany], aby mój przyjaciel mógł poznać autora  i te wersy utworu, których nie zapamiętałem z porannej lektury.
Proroctwo Czesia, że wnet zaczną mnie drukować spełniło się w lipcu następnego roku. Zadebiutowałem w tej samej w/w gazecie « Widnokrąg ». Zaś  poetę Wiesława Kulikowskiego też poznałem niedługo później; należy on do pierwszej dziesiątki artystów słowa, z którymi zetknąłem się na żywo, mogłem pogadać, dłoń uścisnąć, wódki się napić (choć nie był to typowy poeta « trunkowy »).


2.
Wiesław Kulikowski, « Powrót do zburzonego domu w zamieci bzów »*

Miałem w życiu kilka przygód, które nazywam mistycznymi. W jednej z wizji (ale można powiedzieć śnie) doświadczyłem równoczesnego życia w różnych czasach: szedłem ku pewnej budowli i już w niej byłem, a także widziałem ją daleko przed sobą. (« Jakbym swoje nogi w różnych czasach miał » – tak to wtedy zapisałem).  Owa równoczesność różnych czasów generowała niezwykłe natężenie rozkoszy.
Taki odmienny stan świadomości, który występuje też wywołany sztucznie odpowiednią medytacją, jest naturalnym wymiarem poetyckim rzeczywistości. (A we śnie doznajemy go za darmo, ponieważ jego znajomość jest nam potrzebna dla zdrowia bieżącego życia). Artyści w ogóle usiłują wywołać ten stan swoimi utworami, a poeci sprawiają, że doświadczamy tego samego wymiaru na czas kontaktu z wierszem, co czasem nazywamy też zachwytem (inną postacią rozkoszy).
Wiesław Kulikowski jest właśnie typowym poetą, który stwarza ten wymiar własnym układem słów w wierszu. Ale jeśli np. u Leśmiana, możemy w dosłownym sensie zostać zauroczeni atmosferą wiersza, to u Kulikowskiego widzimy, że także sam język (substancja tej atmosfery) doznał stanu « śnienia się », czyli np. pojawiania się słów nie na swoim miejscu, jakby na zasadzie błędnych rycerzy, bo poezja w tym wypadku zaanektowała także gramatykę i jej składnię. W niektórych wierszach ja liryczne nie daje się zlokalizować, jakby narratorem utworu był byt o niejasnym współczynniku realności, może nawet o kondycji anielskiej. Takim agregatem różnych ja jest na przykład ta oto słowna czasoprzestrzeń [jednego z wierszy]:

Były tylko kwitnące drzewa,
dużo jabłoni, sad ogromny.
Już niczyj.
I niczyj sen, w którym szukaliśmy zgubionych imion.
Ania została w ogrodzie, 
po niczyich śladach biegliśmy,
by się spotkać z tymi
którzy tu stali nieruchomo,
jak na fotografii przy jednej jabłoni, w jednym czasie.

[Szukałem we śnie śladów, pamiątek po tych, których nie ma] 

Lecz wiemy, że choć sen był już niczyj, ani i że nie śnił go też Wiesław Kulikowski, bo zapisywał go akurat dla nas poza snem, to fotografia przy jabłoni została zrobiona, mimo że Ania została w ogrodzie, w jednym czasie. Skorzystałem w tym ostatnim zdaniu z tego samego poetyckiego sposobu, aby unaocznić [czytelnikowi mało obeznanemu z poezją], że zrozumienie słów « po niczyich śladach biegliśmy » może nastąpić, jeśli zobaczymy, że na wspólnej fotografii przy jabłoni nie ma Ani, ale we wspomnieniu jest ona poszukiwanym śladem. Stany doznań estetycznych wywołują wrażenia z kręgu rozkoszy i zachwytu, a jako takie będą poszukiwane przez społeczeństwo, jeśli tylko nauka rozumienia poezji nie będzie zakłócana przez politycznych decydentów o drewnianych uszach.
I tu doznaję tego smutku, który dopada mnie zawsze w połowie pisania recenzji, gdy zdaję sobie sprawę, że nic jeszcze nie powiedziałem, a już trzeba kończyć. Zostaje mi więc dać tylko kilka przykładów, żeby pokazać ową dziwną piękność tych wierszy: to ich bycie snem (a nie opisem snu); to, że nie dają się one czytać tak szybko jak gazeta codzienna, bo ukazują swą pełnię dopiero przy powolnym śledzeniu sensów słów (jakby był to list nie wiadomo od kogo):

List nie wiadomo od kogo
i przez kogo pisany
jak sprzed wieków,
ale czytany przeze mnie tak zachłannie
jakby z pól lawendowych,
na których byliśmy na jawie, w letnie południe.
Na plaży w Nicei błąkał się pies włóczęga,
nie mogący znaleźć dla siebie miejsca.
Dopiero później znalazł dla siebie miejsce w moim śnie,
jak pies Van Gogha, niósł w pysku jak list gałązkę jabłoni,
list od Ani dawny.
Przypomniał zapach pól,
sad,
zapach; czas przekroczył.
Mój pies
biegł do mnie w nocy, już nie skomlił.

[List nie wiadomo od kogo]

[Domyślamy się, że Ania jest zmarłą wcześniej żoną poety]. Podobne wrażenie rozpaczy, jakby słuchania czyjegoś szeptu spoza świata, i z jakichś innych czasów, gdy nie istniał nawet list List do Koryntian, pojawia się także w tym oto wierszu:

Miałem jeszcze w rękach ten klucz
do jednego domu, 
który przepadł w podróży,
był dla wszystkich,
w najdalszej podróży w czasie,
zagubiony
na kanale korynckim,
z róży dla Safony
wypadł mi z ręki.
Na dno, była noc
jednej róży,
z góry nie widziałem nic.
Nie było też śladów Neobuli,
nie było domu Safony,
ani kluczyka, ani listu do Koryntian
jak do nas wszystkich.
Nie było żadnych śladów.

[Zgubiony klucz]

Wiersz ten robi na mnie wrażenie jak strzęp [czyjejś] świadomości (bo tu też nie wiadomo, kim jest ja), który zaistniał osobno przed stworzeniem świata albo po jego końcu. Ale w wierszach Wiesława Kulikowskiego są też chwile radości, a niektóre metafory są wykwintnym żartem, jak np. gdy bławatki uciekają z pól, zawstydzone piękniejszym błękitem sukienki [ale pomoże tu nam znów dosłowność cytatu]:

Ta, która tonęła w zbożach
na drodze do stacji,
w sukience w kolorze łubinu.
Musi zostać na tych polach
i nie może zapomnieć
o tych, którzy nie mogli jej dostrzec.
Musi zostać w czystym polu,
zatrzymać deszcz
taki, jakim jest naprawdę,
i zatrzymać bławatki w kolorze sukienek,
by nie uciekły z pól zawstydzone kolorem
i ocalić kamienie
jak krople,
o które raniła ręce
i stopy.
Nie może opuścić deszczu,
musi biec z nim razem,
by dobiec
tam, gdzie pole jest zielone.

[Malująca zadeszczone pola]


3.
Genus irritabile vatum

We wstępie do tomiku Marek Pękala pisze: « Zastanawia natomiast nieobecność w tym tomie motywów z obszaru chrześcijaństwa. Wcześniej odwrotna sytuacja nie była regułą, ale i nie jawiła się jako zaskakująca. Jakby, poza  ‘Listem do koryntian’ o miłości, przestało się ono mieścić w autorskiej wersji personalizmu, a osobowa Transcendencja została ukryta pod jeszcze większym znakiem zapytania. ‘Wierzę w wiersz’ – napisał poeta w innym tomie. Więc sam wiersz jest dla niego aktem religijnym i to powinno nam wystarczyć. Chociaż wiadomo [komu wiadomo? – przyp. własny – R. L.], że rzadko który twórczy poryw sięga sacrum ».
Właśnie z powodu tych słów powiedziałem autorowi wstępu, że nie podoba mi się jego tekst. Zobaczyłem wtedy Marka Pękalę jako zatroskanego ojca, który skarży się światu, że synek gdzieś od litery wiary odstępuje i wszystkich wyznawców personalizmu zdradza, łącznie z Janem Pawłem II. Osobiście byłbym za tym, żeby o tym, czy « poryw sięga sacrum », wiedział tylko autor [w momencie, gdy wiersz tworzył], bo tylko od czytelnika zależy, czy to ewentualne sacrum odbierze [są tacy, którzy nigdy nie odbiorą, choćby im wiersze puszczać w drewno uszu z kwadrofonią decybeli]. W tak delikatny sposób prawidłowej postawy światopoglądowej domagać się mogą tylko kandydaci na inkwizytorów. Mam jednak nadzieję, że Święte Oficjum w Polsce nie powstanie i nadzieje dewotów nie spełnią się tak prędko (tu muszę jednak dodać, że osobiście jestem za istnieniem wszystkich religii, ale też przeciw każdej z osobna, jeśli tylko przejawiają  one ciągoty hegemonistyczne).
Innym powodem, że nie podoba mi się ten wstęp, jest fakt, że na trzech stronach utworu przywołuje on 11 poetów i artystów, w tym 5 w niniejszym akapicie:
« To tylko rąbek tajemnicy spowijającej tę trudną do zracjonalizowania a wybitną poezję, na której szczerbiły swoje pióra takie tuzy krytyki, jak Julian Rogoziński, Helena Zaworska, Józef Nowakowski, Krzysztof Lisowski, Konstanty Pieńkosz i wielu innych ».
Dlaczego aż tylu? Pytam naprawdę szczerze, bo nie kpię, ale i nie rozumiem!

PS: Mam nadzieję, że śledzący ten mój cykl recenzji, są tym razem zadowoleni, że trzecia jej część ma wreszcie jakiś sensowny związek z jej tytułem?

Montrouge, 6 III 2023

__________________
* Wiesław Kulikowski, Powrót do zburzonego domu w zamieci bzów, Wydawnictwo  Książkowe Carpathia, Rzeszów 2021, ISBN 978-83-955018-5-2

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko