Rekomendacje książkowe z Biesiady Literackiej SPP

0
39

Wacław Holewiński
Legenda, która nie przetrwała

16 grudnia to w polskiej historii data tragiczna. Tego dnia równe sto lat temu doszło do zabójstwa Gabriela Narutowicza, wybranego ledwie kilka dni wcześniej na urząd Prezydenta państwa. „Człowiek znikąd”: urodził się w Lipawie, to dziś Łotwa, studiował w Petersburgu, potem w Szwajcarii, której był obywatelem. Mógł wieść spokojny, dostatni żywot. Zdecydował się na służbę Polsce. Był ministrem w rządzie Grabskiego i Witosa. 9 grudnia został wybrany Prezydentem, choć już w pierwszej turze wyborów (wybierał Parlament) mógł odpaść. 11 grudnia Narutowicz składa przed przysięgę…

Główny zarzut w stosunku do Narutowicza to to, że został wybrany głosami mniejszości narodowych. Dzisiaj mało kto sobie to uświadamia, ale w polskim Sejmie była spora grupa parlamentarzystów reprezentujących Niemców, Ukraińców i Żydów.

Obrzucano go błotem, kamieniami. Nie miał ochrony. To dziś wydaje się nie do pomyślenia.

Patryk Pleskot napisał książkę o mordercy pierwszego polskiego Prezydenta, o Eligiuszu Niewiadomskim. Człowieku świetnie wykształconym, dobrym malarzu, teoretyku sztuki, ochotniku wojny w roku 1920. Z tej książki wyłania się obraz bez wątpienia psychopaty. Chciał zabić Józefa Piłsudskiego, Narutowicz był mu kompletnie obojętny. Ale skoro Naczelnik Państwa nie chciał startować do urzędu Prezydenta… Twierdzi się, że Niewiadomski był endekiem, że był związany z ruchem narodowym. Z racji charakteru nie mógł przynależeć do żadnej organizacji, partii. Szybko skłócał się z każdym. Wszystko wiedział lepiej. Był chorobliwym antysemitą, podobał mu się faszyzm włoski…

Proces Niewiadomskiego był próbą, z jego strony, tworzenia własnej legendy. Nie chciał łaski, nie chciał aby uznano go za osobę chorą psychicznie, nie chciał aby obrońca „czynił swoją powinność”. Chciał umrzeć w glorii

Chowano go w tajemnicy, ale tysiące osób przyszło złożyć hołd zabójcy „uzurpatora”. Nie wygrał, legenda nie przetrwała

Patryk Pleskot – Portret mordercy. Artysta, który zabił prezydenta, Znak 2022, str. 379

Zbigniew Zbikowski
Wszystko się skończyło

Tytuł tej książki nieodmiennie przywołuje na myśl „Akwarium” Wiktora Suworowa. A kiedy okazuje się, że autorem jest Tomasz Potkaj, historyk i dziennikarz, autor znany już z paru pozycji z obszaru polskiej kultury, wyobraźnia podsuwa legendarny warszawski klub jazzowy o tej właśnie nazwie, który zabiła komercja w czasach odzyskanej wolności. Dopiero podtytuł rozwiewa wszelkie wątpliwości: jest to opowieść o Związku Literatów Polskich w PRL-u. Niedokładnie tak, bo autor ciągnie historię do czasów współczesnych, ale owszem, jest to przede wszystkim obraz ZLP z okresu jego prawdziwej potęgi. Tak związku, jak i jego najwyższych kręgów. „Oni żyli w akwarium, mieli swoje kluby, samochody, żyli po prostu w izolacji, stworzono ten zamknięty krąg ludzi, którzy odbijali sami siebie” – cytuje Potkaj na samym początku opinię Zbigniewa Herberta, stanowiącą motto książki i źródło jej tytułu[1].

Jak na historyka i solidnego dziennikarza przystało, autor sięga po wszelkie dostępne źródła informacji: już istniejące pozycje, w tym po powieść ostatniego prezesa rozwiązanego w 1983 roku ZLP Jana Józefa Szczepańskiego „Kadencja”, bogate archiwalia (oto do czego może się przysłużyć Biblioteka Donacji Pisarzy Polskich w Domu Literatury), zachowane protokoły zebrań, materiały audio i wideo, no i własne rozmowy ze świadkami i uczestnikami opisywanych wydarzeń, bądź tymi, którzy relacje nieżyjących już świadków poznali. Same przypisy zajmują czterdzieści stron. W ten sposób powstała gęsta w fakty i opinie opowieść o tym nie najczystszej wody akwarium, którego zamulone zakamarki wydobyte zostały na światło dzienne i ukazane z perspektywy badacza – bez upiększających zabiegów, ale też zbędnych wykrzykników podkreślających, tam, gdzie ona wystąpiła, brzydotę.

Z perspektywy czytelnika zamieszanego jakoś we współczesne życie literackie, czyta się tę książkę z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony bowiem chciałoby się, żeby pisarze, których sytuacja materialna i życiowa w ogóle – poza nielicznymi wyjątkami twórców literatury pop – spadła do poziomu nienotowanego od dziesiątków lat, doznawali porównywalnego wsparcia ze strony państwa z tym, jakie mieli twórcy w okresie PRL, z drugiej zaś, wiadomo, nie ma darmowych obiadków. Za tę pozycję i wsparcie trzeba było płacić niewymienialna walutą – własnym honorem i uległością wobec systemu. Zaraz więc pojawia się pytanie: czy warto?

Tomasz Potkaj beznamiętnie, krok po kroku, pokazuje sylwetki i koleje pisarzy od samego zarania PRL – od Jerzego Borejszy, który organizował życie literackie po wojnie według sowieckich wzorów, poprzez rządy Jerzego Putramenta, aż po dozgonną prezesurę Jarosława Iwaszkiewicza i jego następców – ich zaangażowanie ideologiczne i przemiany następujące w rytm przemian politycznych. Różne one były. Jedni płynęli spokojnie obrzeżem nurtu (bo stypendia, wczasy, talony…), inni z piewców socrealizmu stawali się (po przejrzeniu na oczy) dysydentami, jeszcze inni trwali na pryncypialnych pozycjach. Nazwiska są powszechnie znane, kto nie zna, znajdzie je w książce. Kreśląc te sylwetki, autor odnotowuje ponadto ciekawe zjawisko. Ludzie pióra bywali wobec siebie częściej bezwzględni niż przyjacielscy i wyrozumiali. Nawykli w okresie stalinowskim do tępienia różnych „potknięć” i „odstępstw” od pryncypiów formułowanych w kręgach raczej politycznych niż literackich, równie ochoczo przystępowali do rozliczeń w okresach odwilży i kolejnych „śrub”, aż Wojciech Żukrowski, drugi prezes tzw. neo-ZLP – nowej organizacji utworzonej w stanie wojennym w miejsce rozwiązanego Związku Literatów Polskich tylko pod tą samą nazwą, musiał upomnieć swoich kolegów, aby zechcieli się powstrzymać przed literacką dintojrą.

Lektura książki mogłaby skłonić do pogłębionej refleksji obydwie strony – i twórców literatury, i polityków trzymających władzę, naturalnym porządkiem rzeczy powołanych do sprawowania mecenatu nad kulturą i sztuką z powodów, których już nawet nie chce się wymieniać. Jak wielką czujność i wyczucie trzeba wykazywać, aby z jednej strony odrzucić pokusę zaprzęgania literatów do rydwanu ideologicznego i szukać w nich piewców swoich zamysłów – odwrotnie, wspierając literaturę, pozwolić jej na autonomię twórczą, z drugiej zaś, korzystając z systemu zachęt, stypendiów i nagród, uważać na cienką czerwoną linię, po przekroczeniu której pisarz spostrzega, że uprząż, którą wraz z tymi dobrami przywdział, jest jednocześnie jego kagańcem.

I to niekoniecznie poprzez ZLP (czy Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, bo obie organizacje na podobnych jadą wózkach), bo poza mecenatem państwowym różnych nowych dróg i sposobów wspierania pisarzy trochę jednak się pojawia. Andrzej Zaniewski w książce konstatuje: „Związek stracił możliwość oddziaływania na cokolwiek. Nikt się z nim nie liczy”. A Teresa Gniazdowska, która bywa w biurze ZLP raz w tygodniu, stwierdza: „Wszystko było i wszystko się skończyło”.

I pewnie nie wróci. Ale pisać jest ciągle o czym.

Tomasz Potkaj, Akwarium, Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2022, s. 528, ISBN: 978-83-8191-572-4


[1] Zbigniew Herbert w rozmowie z Jackiem Trznadlem, Hańba domowa, Warszawa 1986.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko