Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
97

Literacki Nobel 2022
„Uratować coś z czasu, w którym się już nigdy nie będzie”

Dwa miesiące po przyznaniu tegorocznej Literackiej Nagrody Nobla francuskiej pisarce Annie Ernaux nadal mam ambiwalentne odczucia w stosunku do jej pisarstwa. Faktem jest, że nie przyznano tego lauru innemu pisarzowi francuskiemu, Michelowi Houellebecqowi,  pisarzowi niewątpliwie wybitnemu, ale awanturniczemu intelektualnie, o silnym oddechu ideowym, mistrzowi dystopii i niepoprawnemu z punktu widzenia publiczności czytającej od lewa do prawa, a przyznano pisarce  –  w porównaniu  z nim – konwencjonalnej, nie wolnej od rysów konfekcyjnych, choć bez najmniejszej wątpliwości utalentowanej i sprawnej. Pobieżna nawet analiza werdyktów jury sztokholmskiego na przestrzeni ostatnich zwłaszcza kilkunastu lat pokazuje, że owo jury i środowiska za nim stojące zdecydowanie odeszły od promowania literatury wysokiego diapazonu, kontynuującej tradycje wielkich idei i prądów artystycznych, od promowania nowatorstwa i ducha progresywnego w literaturze na rzecz nurtu skoncentrowanego na indywidualnych i kulturowych tożsamościach, na intymizmie, doświadczeniu indywidualnym, na kameralnym psychologizmie, na nowej jednostkowej autoidentyfikacji. To owoc upodobań ukształtowanych już po ogłoszeniu kresu „wielkich narracji” w kulturze i polityce. Proza Ernaux wydaje się dobrze wpisywać w oczekiwania wynikające z tego ducha.

Niewątpliwie klasyczną jego egzemplifikacją są „Bliscy”, tom wydany ostatnio przez Wydawnictwo Czarne, proza, która po francusku ukazała się w 1983 roku i na którą składają się trzy miniopowieści („Miejsce”, „Pewna kobieta”, „Druga córka”). To dość tradycyjnie napisana, w pierwszej osobie, historia dzieciństwa i młodości pisarki, portrety członków jej kręgu rodzinnego, koleżeńskiego i przyjacielskiego, historia dokonujących się z wolna we Francji przemian obyczajowych, społecznych, religijnych, mentalnych, rodzinnych, klasowych, zmian w pozycji społecznej kobiet. „Ta, niczym archiwistka pamięci, opisuje dziedzictwo swoich najbliższych, łącząc kobietę, którą jest teraz, z dzieckiem, którym była w przeszłości” – napisał o jej prozie Didier Eribon, dodając przy tym kilka nieco egzaltowanych i przesadnych komplementów („jej dzieła wyznaczają odrodzenie francuskiej literatury”), które niczego do zrozumienia istoty pisarstwa Ernaux nie wnoszą. Niewątpliwie Ernaux jest pisarką bardzo dobrą, sprawną, utalentowaną w bardzo rudymentarnym sensie tych określeń. Czy jednak czyni to ją pisarką aż wielką, aż godną Nobla? Nadal nie mam w tym względzie ugruntowanego przekonania, choć przyznać trzeba, że „Bliskich” czyta się bardzo dobrze, to proza świetnie skrojona.

Mój sceptycyzm zachwiał się jednak po lekturze drugiej, wydanej w okolicy Nobla prozy Ernaux, jaką są „Lata”, wydane po francusku 25 lat (2008) po „Bliskich”. Widać wyraźnie efekt procesu dojrzewania artystycznego jaki pisarka przeszła w ciągu tego ćwierćwiecza. „Lata” mają odmienną niż „Bliscy” formę narracyjną. To nie jest typowa opowieść wspomnieniowa w pierwszej osobie, lecz narracja bezosobowa, bezzaimkowa, w dość charakterystycznej dla prozy francuskiej formule „się” („on va”). Ten zabieg redukuje krańcowy subiektywizm autorski, nadając relacjonowanym zdarzeniom perspektywę oderwaną od subiektywizmu narracyjnego, akcentując biografię całego pokolenia i niejako nadając naturalny obiektywizm egzystencji dziejącej się „sama przez się”. Narracja Ernaux w „Latach” rozbita jest jakby na skrawki, niczym w formule lapidarium, rozczłonkowana na stopklatki, slajdy pamięci, krótkie „filmiki”, stare fotografie, błyskawiczne „rzuty okiem”, strzępy pamięci, a więc rejestrująca świat nielinearnie, lecz fragmentarycznie, zgodnie z mechanizmami naszej pamięci.

„Annie Ernaux pisze mięsem, jej proza paruje. (…) Pokazuje, że słowa pisane wielką literą, jak Wojna czy Wolność, są papierem, a hipnotyzuje szczegółem. Ernaux wysnuwa go z pamięci, która zaraz się rozpadnie. Kataloguje i układa powiedzenia, zbitki skojarzeń, powtórzenia. Opowieść mija krzywo wbite słupy lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych do dziś. Aż strach odejść od lektury, żeby nie rozpadł się w ostatniej chwili sklecony świat. To literatura pisana językiem pierwotnym, znakomicie przełożona” – napisała pisarka Grażyna Plebanek, niewątpliwie mająca prawo odczuwać swoiste powinowactwo z Ernaux. Ktoś inny napisał o „brawurowym języku” Ernaux, o „mistrzowskim laboratorium jej prozy”.

Ważnym, podstawowym kontekstem prozy Ernaux jest kwestia kobieca, fenomen wyzwolenia kobiet, rodzenia się feminizmu. Jej proza bardzo nasycona jest seksualizmem, często podawanym dosadnie, nawet naturalistycznie („był to czas, gdy serce biło mocniej, a pochwa wilgotniała”, o kontaktach małżonków po ślubie: „Przez kilka pierwszych nocy, zwierzyła się siostrze, kładła się do łóżka w majtkach pod koszulą nocną”. (…) zbliżenie fizyczne mogło odbyć się wyłącznie pod przykryciem wstydu, ale musiało do niego dojść, i to sprawnie, jeśli kobieta był „normalna”), albo akcentująca wagę erotycznego doświadczenia („zatriumfować nad śmiercią przez miłość i erotyzm”). Pojawia się też w „Latach”, jako zimne, abstrakcyjne widmo, Wielka Historia, m.in. w osobie generała de Gaulle zmiksowana w jeden ciąg z najbardziej elementarnymi doświadczeniami młodości („Toteż wystarczyła chwila zapomnienia o kalendarzyku, żeby niespodziewanie zostać małżeństwem i wkrótce potem rodzicami”), wzmianką o „wilgotnych majteczkach” i uwagą o urodzie popularnej aktorki Mylene Demongeot. O ile lektura „Bliskich” może wzbudzić wątpliwości, czy proza Ernaux to materiał aż na Nobla, o tyle klasa artystyczna „Lat” ten sceptycyzm bardzo  redukuje. Ale tak, czy inaczej, nie ulega wątpliwości, że proza Annie Ernaux to kawał dobrej literatury.

Annie Ernaux – „Bliscy”, przekład Agata Kozak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2022, str. 172, ISBN 978-83-8191-616-5

Annie Ernaux – „Lata”, przekład Krzysztof Jarosz, Magdakena Budzińska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2022, str. 237, ISBN 978-83-8

Po prostu: tajemnice Paryża

Moje pierwsze wspomnienia związane z „Tajemnicami Paryża” wiążą się nie z powieścią Eugeniusza Sue, lecz z filmem André Hunebelle, francuskiej produkcji z 1962 roku, z wielkim gwiazdorem Jeanem Marais w roli głównej, który na polskie ekrany trafił bodaj dwa lata później. Barwny obraz rozgrywający się w malowniczo pokazanej scenerii XIX-wiecznego Paryża cieszył się wielką popularnością wśród widzów. Pamiętam, że pierwsza próba dostania się na seans nie powiodła mi się. Wtedy pod kinami gromadziły się tłumy amatorów, a nabycie biletu było prawdziwą sztuką zapobiegliwości lub sprytu. Powieść „Tajemnice Paryża” ogromnie przyczyniła się do zbudowania promieniującej na cały świat legendy tego miasta, miasta miłości, rozkoszy, przygód, zbrodni, tajemnic, barwnych, romantycznych lub mrożących krew w żyłach legend, wielkich i sławnych postaci, bogactwa i nędzy, literatury, sztuki i filozofii, wielkiej historii i celebrowanej codzienności, miasta o wyjątkowej urodzie urbanistycznej, pełnego sławnych pałaców, kościołów, ogrodów i ulic, miasta które było natchnieniem dla tysięcy pisarzy i artystów, nie tylko francuskich.

„Ta słynna powieść ukazywała się w odcinkach w „Journal de Débats”. Dzięki uwodzącym prostotą i siłą wyrazu obrazom  XIX-wiecznej metropolii, a szczególnie osnutym mgiełką tajemniczości opisom nizin społecznych, stała się w swoim gatunku dziełem modelowym. Na jego kartach pojawiają się bohaterowie reprezentujący cały przekrój społeczny: budząca  współczucie Maria, biedna dziewczyna tyranizowana i zmuszana do nierządu przez starą sekutnicę; przebrany za robotnika, walczący o sprawiedliwość szlachetny książę Rudolf; mroczni zbrodniarze (Puchaczka, Bakałarz); nawrócony morderca Szuryner, zdemoralizowany i chciwy mieszczanin Jakub Ferrand; kilku przedstawicieli uczciwego ludu, takich jak dozorca Pipelet oraz szlifierz Morell. Zgodnie z oczekiwaniami rzesz czytelników przestępcy zostają ukarani, a dobrzy i uczciwi ludzie uratowani. Maria, która dzięki czystości serca zasłuży na rehabilitację, okaże się porwaną w dzieciństwie i poszukiwaną przez księcia Rudolfa córką. Nie przypadnie jej jednak w udziale tytuł księżnej de Gerolstein, gdyż wstąpi do klasztoru, gdzie zostanie przeoryszą. Wiele fragmentów tej książki przenikniętych jest szlachetnym i humanitarnym idealizmem. Wyprzedzając „Nędzników” Wiktora Hugo, Sue zwrócił uwagę na zalewającą wielkie miasta nędzę i wprowadził na karty literatury prost lud” – tak w „Słowniku dzieł i tematów literatury francuskiej” Michel Bouty napisał o „Tajemnicach Paryża” Eugeniusza Sue.

Przedstawiciele ludu, warstw plebejskich co prawda, ściśle biorąc, pojawiali się już wcześniej na kartach literatury, choćby u Balzaca, Stendhala czy Flauberta, ale w tle, jako postacie trzecioplanowe, a nie w rolach wiodących. Bouty trafnie określił „Tajemnice Paryża” jako powieść „wyprzedzającą „Nędzników” Wiktora Hugo. Można stwierdzić, że ta powieść to pra-”Nędznicy”, bo choć nie osiągnęła tej rangi artystycznej i wielkiego diapazonu duchowego co powieść Hugo, to stała się jej zapowiedzią, utorowała jej drogę i niewykluczone, że pisząc swoje monumentalne dzieło miał on powieść Sue w tyle głowy. Obie powieści łączy podobny czar wydobywania niezwykłości z pospolitości. Z ponurego w końcu, mrocznego, zabłoconego, mglistego, mimo swej urody, Paryża, w niczym niepodobnego do egzotycznych baśni Tysiąca i Jednej Nocy, obaj pisarze potrafili wyczarować miejsce nadzwyczajne, emanujące niezwykłością

Powróciłem do tej lektury, która bezpośrednio lub pośrednio towarzyszyła mojej młodości, nie po raz pierwszy, jak zawsze z sentymentem, z przywołaniem z otchłani pamięci dawnych fascynacji i dawnego, dziecięco-młodzieńczego głodu przygód i niezwykłości. Kto wybiera się do Paryża nie znając obu tych powieści, a przynajmniej „Tajemnic Paryża”, ten ducha i nastroju tego miasta ani nie zrozumie, ani nie odczuje. Zatem – do lektury proszę.

Eugéne Sue – „Tajemnice Paryża”, Wydawnictwo MG, str. 620, ISBN 978-83-7779-814-0

Artysta i obłąkanie

„Świat snu, obłędu, narkotycznych wizji, „demonów krwi i zbrodniczych instynktów, odpychający i fascynujący zarazem swoją chorobliwą urodą, to dla nas oswojony już poniekąd świat perwersyjnych Francuzów i wiedeńczyków katastrofistów, ale to również świat węgierskiej secesji (…) a przy tym oryginalnej i tak mało, niestety, znanej” – tak puentuje tematykę i klimat opowiadań Gezy Csátha (1887-1919) autorka posłowia Elżbieta Cygielska.

Csáth był prozaikiem, dramatopisarzem, krytykiem muzycznym, kompozytorem, skrzypkiem, pianistą, lekarzem psychiatrą (autorem naukowej rozprawy inspirowanej teorią Zygmunta Freuda, „Psychiczny mechanizm chorób umysłowych” (1911)), dandysem, maniakiem seksualnym, narkomanem, mordercą i samobójcą. Wszystko to oczywiście odcisnęło potężne piętno na jego twórczości, podobnie jak dekadencki klimat fin de siécle, który niejako prosto z metropolitalnego Wiednia docierał, drogą osmozy, na prowincję CK Austro-Węgier, którą była Panonia z Budapesztem. Na problematykę i klimat twórczości Csátha silnie wpływała jego lekarska profesja, jako że „chłodnym okiem lekarza studiował przypadki rozmaitych neuroz i psychoz, aby następnie ową metodę rzeczowego śledztwa zastosować w opisie mechanizmu, który doprowadza do ekstremalnych stanów jego bohaterów literackich”. Opowiadania Csátha przepełnione są postaciami patologicznymi, psychopatycznymi, pełne okrucieństwa, sadyzmu, naturalizmu. Przepełnione są lękiem, niepokojem, przeczuciem nadchodzącej katastrofy, poczuciem beznadziei i bezsensu życia. To nastrój ówczesnej „wiedeńskiej apokalipsy” z emblematyczną, tragiczną postacią „poety przeklętego” Georga Trakla na czele. U Csátha pojawiają się także takie motywy, jak nostalgiczne powroty do dzieciństwa, melancholia, perwersyjny erotyzm, ekshibicjonizm, nastrój moralny podszyty poczuciem winy i cierpieniem. Opowiadania Csátha nie mają konstrukcji regularnych sylogizmów wieńczonych eleganckimi, precyzyjnymi puentami. Są jakby nagłymi „wtargnięciami” w środek sytuacji nie zawsze jasnych, a zazwyczaj mrocznych, ponurych, podszytych obłędem i chorymi emocjami, bez początku i bez końca. Jego dziennik z lat 1912-1913 jest ekshibicjonistycznym, naturalistycznym na granicy pornografii obrazem jego wybujałego, frenetycznego życia seksualnego. Nie sposób jednak nie uwzględnić faktu, że proza Csátha wyrastała wprost z jego egzystencji, narkomana-morfinisty, człowieka głęboko nieszczęśliwego, radykalnie niezrównoważonego, chorego psychicznie. O tym potwornym, tragicznym aspekcie (zabójstwo żony i samobójstwo) jego egzystencji opowiada jego kuzyn, wybitny prozaik węgierski i Dezső Kosztolanyi w tekście „O chorobie i śmierci Gezy Csátha”. Gdy czyta się o Csátcie i jego prozie w kontekście przebiegu jego życia, przychodzi na myśl słynna, klasyczna rozprawa Cesare Lombroso, „Geniusz i obłąkanie”.  Wydaje się, że przypadek Csátha niejako wypełnia znaczenie tej rozprawy. Na koniec swojego wspomnienia o kuzynie i przyjacielu, Kosztolanyi porównuje go do E.T.A. Hoffmana i nazywa go jego „duchowym bratem”. Jednak, mimo pewnych podobieństw w klimacie opowiadań obu pisarzy, były między nimi dwie zasadnicze różnice. Opowiadania Hoffman były jednak baśniowe i metaforyczne, owiane aurą czarodziejską podczas gdy Csáth sięgał do trzewi egzystencji w sposób często naturalistyczny. A poza tym, przy całym czarodziejskim frenetyzmie swoich opowiadań, Hoffmann był twardo stojącym na gruncie praktycznego życia niemieckim urzędnikiem, podczas gdy Geza Csáth żył i umarł jako desperacki, węgierski szaleniec.

Géza Csáth – „Opium”, przekład zbiorowy, posłowia Elżbieta Cygielska i Dezső Kosztolanyi, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, str. 385, ISBN 978-83-8196-530-9

Ekscentryczny baron socjalizmu

Był postacią absolutnie niebanalną i nieszablonową. Nie da się go z nikim porównać. Jego fizjonomia, timbre głosu, modulowana intonacja, dykcja, mowa ciała jaskrawo kontrastowały z prospektem największych oryginałów. Być może można go porównać z Franzem Fiszerem, królem przedwojennych bywalców ekskluzywnych lokali, mistrzem bon motu? Nie wiem, nigdy, poza fotografią i karykaturą nie mogłem widzieć, a tym bardziej nie słuchać Franza Fiszera. Na dobrą sprawę bardzo interesująca opowieść Mariusza Urbanka o Jerzym Waldorffie, wydana przez „Iskry”  z podtytułem „Ostatni baron Peerelu” powinna być uzupełniona o płytę lub pendrajwa z dokumentalnym fragmentem, na którym zarezerwowane  byłyby fragmenty najbardziej bujnych i kpiarskich jego przemów, które wygłaszał podczas spotkań prywatnych i publicznych a także podczas występów telewizyjnych, zawsze z nieodłączną elegancką laską ze srebrną rączką, a przez pewien czas także z psem, jamnikiem Puzonem na kolanach. Archiwalny zasób rejestracji tych występów jest w archiwach TVP na pewno bardzo bogaty. Bez tego fizycznego, wizualnego i dźwiękowego aspektu wizerunek Waldorffa jest dalece niepełny. Nie o każdej nawet bardzo sławnej postaci można to powiedzieć. Bez tego żaden młody czytelnik, który nigdy nie widział i nie słyszał przemawiającego Waldorffa nie jest w stanie uzmysłowić się skali i charakteru jego fenomenu.

Opowieść Mariusza Urbanka o tym pisarzu, dziennikarzu i felietoniście muzycznym, namiętnym działaczu społecznym, postaci telewizyjnej, histrionie, arbitrze elegancji i człowieku stylizującym się na ekscentrycznego arystokratę jest tyleż fascynującym jego portretem, co jednocześnie kawałkiem historii PRL, w której Waldorff od samego zarania uczestniczył. Zawiera też jednak fragment historii przedwojennej, w której młody Waldorff zdążył uczestniczyć, kontrowersyjnie, jako dziennikarz i publicysta prawicowych pism, z „Prosto z mostu” na czele. Zostawił też Waldorff swój ślad po czasach okupacyjnych publikując „Godzinę policyjną”, powieść o Warszawie tego okresu. Urbanek zgrabnie ogarnął całość egzystencji Waldorfa: jako dziennikarza, felietonisty, nie tylko muzycznego, prozaika, dynamicznego i szyderczego, obrazoburczego polemisty, kpiarza, społecznika, homoseksualisty, pieniacza, sławnego przyjaciela sławnych, retora, zatroskanego o swój kraj i o swoje ukochane, acz bardzo krytykowane miasto Warszawę obywatela. Trzeba bowiem pamiętać, że Jerzy Waldorff był twórcą największej przed Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy jego imiennika Jerzego Owsiaka inicjatywy publicznej – zbiórki pieniędzy na szczytny cel. Od kilku dziesięcioleci, nadal dłużej niż WOSP, każdego 1 listopada, na cmentarzach całej Polski, znani i mniej znani ludzie zbierali i nadal zbierają datki na odnowę zabytkowych nagrobków, jako dziedzictwa kultury narodowej. I o tym jego nieśmiertelnym, żyjącym pośmiertnie dziele trzeba pamiętać rozczytując się w bujnym, pełnym anegdot życiorysie Jerzego Waldorffa.

Mariusz Urbanek – „Waldorff. Ostatni baron Peerelu”, „Iskry”, Warszawa 2008, str. 345, ISBN 978-83-244-0082-9

„Ojciec zmarł. Odeszło tylko ciało”

Ten tom osnuty jest wokół dwojga osób. Pierwszą z nich jest profesor medycyny, poeta i tłumacz (m.in. T.S. Eliota), w każdej z tych dziedzin wybitny, Krzysztof Boczkowski. Drugą – jego córka, Małgorzata Sokorska, także poetka, która jednakowoż, zgodnie z własną deklaracją, stała się nią za sprawą śmierci ojca zmarłego w 2018 roku. Jej tom „Upadł buk” jest poetyckim hołdem złożonym ojcu. Z wewnętrznej potrzeby podjęła ona zadanie utrwalenia pamięci o nim i o czasie, w którym przyszło mu żyć. Ta pamięć układa się w warstwy. Jedną z nich jest jego rodzinne miasto. „Mojego Ojca stworzyła Warszawa. Bardzo warszawski, łączył w sobie jej radość, potęgę, mocne trwanie w realnych czynach z nostalgią, kruchością, bujaniem w nierealnych obłokach warszawskiego romantyzmu. Ulice, po których chodził – Wilcza, Mokotowska, Marszałkowska – miejsca w których był – Filharmonia Narodowa, Park Ujazdowski – były częścią jego życia. Nim samym”.

Tom poezji Małgorzaty Sokorskiej jest jakością gatunkowo niejednorodną. Fragmenty prozatorskie, wspomnieniowe o ojcu, lakoniczne obrazki realistyczne z cechami metafory, impresje z podróży do Italii, przeplatają się w tomie Sokorskiej z jej poezją. Wszystko to tworzy zasób impresji, myśli, dygresji związany z jej ojcem, z nią samą i z relacjami między obojgiem. To świadectwo naprawdę niezwykłej miłości córki, miłości doprawdy w takiej postaci rzadko spotykanej, na granicy mistycznego kultu osoby Ojca.  To także jego bogaty, wielowarstwowy, intymny wizerunek – portret jego upodobań, pragnień, nawyków, zainteresowań, gustów artystycznych, przeżyć.

Poezja Sokorskiej tchnie prawdą. To nie jest poezja językowego popisu, poezja kunsztownych, „szumnych metafor”, przenośni, frazeologicznych błyskotek, efektów i innych sztuczek formalnych, to nie jest poezja zakochana we własnym brzmieniu. Jest to poezja skromna, wyzbyta egotyzmu, choć bardzo osobista, przeniknięta prawdą, liczy się w niej niemal wyłącznie jeden cel, jakim jest sportretowanie bohatera tego tomu – ojca i poety. A przy tym, to poezja wolna od sentymentalizmu, o który nietrudno byłoby się w tych okolicznościach otrzeć. Ta miłość córki do ojca, miłość wręcz frenetyczna, nie jest pokryta pozłotkiem czy lakierem czułostkowości. Czułość wyrażona jest w niej bez czułostkowości. To wielka i rzadka sztuka.

W wierszu „Zwolnienia na receptach” Sokorska napisała o tym, jak w jej czasach szkolnych ojciec pisał dla niej zwolnienia, usprawiedliwiające jej nieobecność na szkolnych zajęciach, które „podbijał pieczątką,  a potem podpisywał”. Po ojcu „został bloczek niepotrzebnych recept”. „Zakończyła się sztuka pisania recept. Magia pieczątek. Ojciec zmarł przed wprowadzeniem e-recept”.

Jedną z wartości, jednym z sensów poezji jest możliwość znalezienia w cudzym wierszu błysku naszego własnego uczucia, wrażenia, myśli, doświadczenia. Mój ojciec też był lekarzem. Nie byłem z nim tak związany jak Małgorzata Sokorska ze swoim. Nie pisał dla mnie zwolnień z lekcji, nie śmiałbym go o to poprosić, ale mnie także zostały po nim, po jego śmierci, „bloczki niepotrzebnych recept”. I pieczątki – metalowe, drewniane, plastikowe. On także zmarł przed wprowadzeniem e-recept. Przyznam, że trudno mi mojego ojca, człowieka bardzo tradycyjnego, wręcz anachronicznego w wielu wymiarach, wyobrazić sobie wystawiającym e-recepty.

Powtórzę: jedną z wartości poezji jest możliwość znalezienia w cudzym wierszu błysku naszego własnego uczucia, wrażenia, myśli, doświadczenia. Niejedno takie własne uczucie, wrażenie, myśl, doświadczenie znalazłem w poezji Małgorzaty Sokorskiej. I to jest moja osobista, skromna, najbardziej adekwatna z mojego punktu widzenia jej ocena.

„Ojciec zmarł. Odeszło tylko ciało. Jest przy mnie. Słyszę jego głos”  – napisała w wierszu „Ojciec zmarł”. Ten tom, to piękny hołd miłosny i szkatułka pięknej, przenikniętej prawdą poezji.

Małgorzata Sokorska – „Upadł buk”, Wydawnictwo Austeria, Kraków, Budapeszt, Syrakuzy 2022, str. 313, ISBN 978-83-7866-458-1

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko