Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

1
78


Martwe dusze strasznej Rosji

Kolejne polskie wydanie (któreż to już!) „Martwych dusz” Mikołaja Gogola we wspaniałym przekładzie Władysława Broniewskiego przypadło na niezwykle dramatyczny okres. Napaść Rosji na Ukrainę wywołała zrozumiałą falę potężnych emocji antyrosyjskich. Wśród tych emocji były i takie, które podpowiadały postulaty i żądania całkowitego wyrugowania z polskiego obiegu wszelkich zjawisk kultury rosyjskiej, XIX-wiecznej, wielkiej klasyki literackiej nie wyłączając. W moim odczuciu były one absurdalne i niesprawiedliwe. Niektórzy polscy czy ukraińscy autorzy tych haseł obwiniają literaturę rosyjską o znieprawienie moralne Rosjan. Co prawda Gogol nie stał się obiektem największych oskarżeń, ale n.p. Dostojewskiego pisarka ukraińska Oksana Zabużko oskarżyła wręcz o ojcostwo wielkorosyjskiego szowinizmu, agresji i demoralizacji, formułując frazę, że to powieści twórcy „Biesów” utorowały drogę rosyjskim czołgom. Podobne oskarżenia skierowano pod adresem twórcy „Wojny i pokoju”, Lwa Tołstoja.

Tym cenniejsza była myśl nieocenionego Wydawnictwa MG, by nadal wydawać wielką literacką klasykę rosyjską. Jeśli bowiem w rzeczywiście znieprawionej moralnie Rosji jest jakaś przestrzeń, w której schronił się  humanizm i pragnienie dobra, to jest nią wielka rosyjska klasyka XIX wieku. Do takich wielkich powieści należą „Martwe dusze”, ta nieprawdopodobna „realistyczna fantasmagoria” będąca zupełnie wyjątkowym oskarżeniem moralnym rzuconym w twarz „ohydnej mordzie”  Rosji niezmiennego samodzierżawia i poniżenia jednostki ludzkiej. Groteskowe, napisane przy użyciu najbardziej finezyjnego, groteskowego humoru przygody Pawła Iwanowicza Cziczikowa pokazują w krzywym zwierciadle najstraszliwsze i niezmienne potworne wady Rosji, są wyrzutem sumienia jednego z gigantów rosyjskiej literatury. Paradoksem jest, że choć po krótkim okresie buntu Gogol przeszedł, jako „grażdanin”, na pozycję konformizmu i wiernopoddaństwa wobec caratu i uległ mętnym wpływom prawosławno-państwowego, mistycznego słowianofilstwa, to nigdy nie przeszedł na te pozycje jako artysta, genialny, do tego stopnia, że w jego ukochanym Rzymie, kamienicę w której mieszkał zdobi tablica poświęcona mu jako twórcy „Martwych dusz”. Sama powieść jest niesłychanie bogata, wielowarstwowa, zarówno w uwagi na niezrównany artyzm Gogola, jak i fakt, że odzwierciedlają się w nim wręcz trudne do zliczenia wpływy wielkiej tradycji literackiej, od Homera, poprzez Dantego, Cervantesa, po XVIII-wieczną powieść oświeceniową i XIX-wieczny realizm. Konstrukcyjnie „Martwe dusze” zbudowane zostały jako aluzja do „powieści drogi, wędrówki” (n.p. „Odyseja” Homera”, „Boska komedia” Dantego, „Przypadki Idziego Blasa” Lesage’a, „Historia Toma Jonesa” Fieldinga czy „Klub Pickwicka” Dickensa itd.). Miała to być podróż jako pretekst do pokazania panoramy „całej Rusi”, synteza powieści realistycznej, satyrycznej i poematu. Siłą artystyczną „Martwych dusz” Gogola nie jest psychologia postaci, które wyrastają z bujnej groteski i raczej przypominają kukły lub zjawy niż realne osobowości, lecz bujna, potężna siła wizji i gargantuiczny, karnawałowy, choć gorzki u źródła humor. Zbiorowym bohaterem tej powieści, będącej fascynującą mieszaniną romantyczno-groteskowej fantasmagorii i przyziemnego realizmu, jest ponura, śmieszna i straszna Rosja, wtedy carska, mikołajewska. Cziczikow wędruje przez nią, w celu „handlowym”, by skupować „martwe dusze” chłopskie, goszcząc w kolejnych miasteczkach i majątkach karykaturalnych „pomieszczików” niczym Dante przez Piekło, tyle że sam, bez towarzystwa Wergiliusza.

Z osobą i twórczością Gogola wiąże się też aktualne dziś zagadnienie jego „podwójnego” pochodzenia, rosyjskiego i ukraińskiego. W swoim głośnym przemówieniu wygłoszonym w Teatrze Polskim w Warszawie w 1952 roku, w setną rocznicę śmierci Gogola, Maria Dąbrowska uznała, że na jego twórczość składają się dwa pasma: ukraińskie, wywodzące się z jego dzieciństwa spędzonego na Ukrainie, przepełnione bogactwem folkloru i pogodną fantazją rodem z tych ziem oraz rosyjskie, mroczne, groźne, którego epicentrum jest rdzenna Rosja z Petersburgiem i Moskwą. „Martwe dusze” należą do tego drugiego pasma. Niektórzy krytycy ukraińscy wywodzili z tego ukraińskość pisarstwa Gogola, jednak przeważyła opinia, że sentymenty ukraińskie wynikały jedynie z sentymentalnego, romantycznego rodem regionalizmu i że jest to pisarz na wskroś rosyjski. Zdarzały się jednak spory rosyjsko-ukraińskie, w których z obu stron padały oskarżenia Gogola o narodową, rosyjską względnie ukraińską apostazję. Najlepsza puentą do tej powieści jest scena przywołana przez przyjaciela Gogola,  wybitnego krytyka Wissariona Bielińskiego, w której ktoś bardzo śmiał się nad lekturą „Martwych dusz” po czym spoważniał i powiedział: „Ach, jak ta nasza Rosja jest smutna”.

Mikołaj Gogol – „Martwe dusze”, przekład Władysław Broniewski, Wydawnictwo MG, Warszawa 2022, str. 247, ISBN 978-83-7779-791-4

Od Indii, Vera Cruz, przez busz polski, po podróż z Herodotem

Studium Krystyny Strączek, w odróżnieniu od opublikowanego ponad dekadę temu „Kapuścińskiego non-fiction” Artura Domosławskiego nie jest biografią Ryszarda Kapuścińskiego. Jest monografią analityczną jego twórczości i meandrów, którymi ta twórczość wędrowała. Jednak zdecydowanie przeważająca większość jej zawartości poświęcona jest nie drobiazgowej analizie morfofologii poszczególnych jego utworów, lecz rozbudowanej odpowiedzi na pytanie, które przez całe jego twórcze życie nurtowało zarówno jego samego, jak i analityków i krytyków jego dokonań: czy Kapuściński był pisarzem, beletrystą, autorem prozy literackiej czy też reporterem? Kwestia pogranicza tych dwóch gatunków, a raczej dróg pisania w przypadku tego pisarza nie była bynajmniej zagadnieniem czysto teoretycznym, materiałem do chłodnej analizy, lecz autentycznym zagadnieniem twórczym, intelektualnym, które nie na niby nurtowało pisarza myślowo i emocjonalnie, można by nawet rzec, egzystencjalnie. Jest może nawet nieco zaskakujące, że autor tej miary, który pod koniec życia zdobył światową renomę do tego stopnia, że pisali o nim John Updike, Susan Sontag czy Salman Rushdie, tak bardzo koncentrował swoją uwagę i emocje na gatunkowym samookreślaniu się. Mimo swej pozycji nie potrafił zdobyć się w tej kwestii na wewnętrzny luz i nieco nonszalancji. Nie dawało mu spokoju, że ciągle sam widział się i tak też był odbierany, jako autor z „pogranicza” literatury i reportażu. Sam właściwie cierpiał z tego powodu, że nie został z poetą, jako że od poezji zaczynał drogę twórczą. Słaby odzew jego tomiku poezji, który wydał już w latach swojej dojrzałej sławy reporterskiej był źródłem jego frustracji, a wyrażone marzenie, by na nagrobku mieć wypisane słowo „poeta”,   świadczy skądinąd o „romantycznym”, marzycielskim rysie jego osobowości. Kto wie, może w tle tych jego ambicji był Joseph Conrad, także – poniekąd – polski podróżnik w randze kapitana, ale też wielki pisarz i moralista, którym Kapuściński także chciał być i był.

Pomimo tego, że, jako się rzekło, praca Krystyny Strączek nie jest biografią Kapuścińskiego, rozpoczęła ona ją od skrótowego przytoczenia jego życiowej genealogii, z uwypukleniem początków jego twórczej drogi w okresie stalinowskim. Chociaż Kapuściński, od reportaży ze swoich pierwszych podróży zagranicznych do Indii i Afganistanu powszechnie kojarzony jest jako reporter-podróżnik po świecie, to nigdy nie stał się on standardowym „podróżnikiem-przygodowcem”, dla którego najważniejsza jest „baśniowa egzotyka ciepłych krajów”, lecz pisarzem z krwi i kości konsekwentnie dążącego do osiągnięcia wysokiej pozycji na polu literatury, a jednocześnie myślicielem, antropologiem, socjologiem i psychologiem w jednym, wprawdzie nie z formalnej kwalifikacji, lecz za to z prawdziwego powołania. Świadczy o tym choćby fakt, że pośród kilkuletniego okresu pierwszych podróży afrykańsko-azjatycko-południowoamerykańskich, zatrzymał się przy sprawach krajowych poświęcając czas na napisanie „Buszu po polsku” (1962), od którego zaczęła się jego uświadomiona droga do literatury. Po raz drugi podobny ruch, choć w zupełnie innych okolicznościach i innej przestrzeni tematycznej, wykonał Kapuściński w 1980 roku, podczas historycznego strajku w Stoczni Gdańskiej imienia Lenina, publikując w warszawskim tygodniku „Kultura” klasyczny dziś tekst „Notatki z Wybrzeża”, ze słynnymi frazami o „Święcie Wyprostowanych Ramion i Podniesionych Głów”. Jednak i wcześniej i później pisał swoje „rzeczy zagraniczne” publikując swoje najważniejsze dzieła, takie jak „Chrystus z karabinem na ramieniu”, „Wojna futbolowa”, „Cesarz”, „Szachinszach”, „Imperium”, „Heban”, czy „Podróże z Herodotem” i ugruntowując swoją pozycję w literaturze.

Krystyna Strączek towarzyszy drodze twórczej Kapuścińskiego, kontrapunktując ją towarzyszącym jej recenzjom i analizom krytyków, dziennikarzy, literaturoznawców. Konsekwentnie dążąc do „ustalenia” statusu twórczego Kapuścińskiego, autorka nie miała łatwego zadania z uwagi na polifoniczny charakter opinii poszczególnych, licznych, polskich i zachodnich komentatorów jego pisarstwa. Nie pomija też wątku związanego z wątpliwościami, na ile proza Kapuścińskiego jest „rzetelnym” reportażem w klasycznym, rudymentarnym znaczeniu tego słowa, a na ile owocem litentia poetica, zmyślenia, kreacji, wyobraźni. Jednak konsekwencja autorki się opłaca, bo znajduje kogoś, kto twórczość autora potrafił trafnie zdefiniować. Tym kimś jest krakowski literaturoznawca i krytyk Jerzy Jarzębski. „Reportaże Kapuścińskiego były (…) od początku tekstami przemyślanymi od strony literackiej formy, kunsztownie i celowo skonstruowanymi, grającymi wielością stylistycznych środków” – napisał Jarzębski. Za utwór, w którym dokonała się najpełniejsza krystalizacja literackiego artyzmu Kapuścińskiego uznał krytyk „Wojnę futbolową”, „w której materiał organizowany był raczej przez zamysł pisarski niż przez historię osobistych przeżyć reportera”. Drogę twórczą Kapuścińskiego zdefiniował Jarzębski następująco: „Jego droga do mistrzostwa prowadziła nie od reportażu do literatury, ale od reportażu klasycznego do reportażu-literatury, to znaczy iż nie opuszczał on ram wybranego gatunku, ale podnosił go do na wyżyny, nadając mu cechy właśnie literackiej doskonałości”.

Studium Krystyny Strączek, pięknie i klarownie napisane, wolne od modnej dziś analityczno-literackiej nowomowy zwanej czasem „ibeelowską”, nie jest, jako się rzekło, biografią pisarza, nie zawiera więc opisu mrożących krew w żyłach „przygód literackiego polskiego Ryszarda Lwie Serce”. Mimo to jest w lekturze pasjonujące.

Krystyna Strączek – „Kapuściński. Trudny talent”, Czytelnik,Warszawa 2022, str. 342, ISBN 978-83-07-03522-2

Bagdad. Dzieje upadku miasta

„Bagdad, położony w samym sercu islamu, to miasto dobrobytu; są tutaj talenty, o których wiele się mówi, panuje elegancja i kurtuazja. Tutejszy wiatr jest balsamiczny, a nauka wnikliwa. Znajduje się tu najlepsze, co tylko można znaleźć, a wszystko jest piękne. Stąd pochodzi wszystko warte uwagi, to miasto przyciąga wszystko, co eleganckie. (…) Zbyt jest znane, by potrzebowało opisu, wspanialsze niż wszelkie nasze próby nakreślenia jego portretu, żadne pochwały tego nie oddadzą” – tak brzmi fragment tekstu z X wieku naszej ery, który rozpoczyna pierwszy rozdział z wydanego przez Wydawnictwo Czarne potężnego dzieła Justina Marozziego o historii i anatomii Bagdadu na całej przestrzeni jego dziejów. („Bagdad. Miasto pokoju, miasto krwi”). Niejednemu Bagdad, niegdyś miasto ogrodów, pałaców kalifów, szerokich bram, gwarnych bazarów, zgrabnych mostów, łaźni publicznych, miasto pełne aromatów, barw i różnorodnych kształtów, wspaniałych uczt u kalifa Haruna ar Raszyda, gdzie najwspanialsze wiktuały i wina piętrzyły się na złotych i srebrnych misach, pośród dźwięków muzyki i gibkich ciał tancerek – kojarzy się też z „Baśniami Tysiąca i Jednej Nocy”, opowieściami Szeherezady, o Sindbadzie Żeglarzu czy o Ali Babie i czterdziestu rozbójnikach. Apogeum świetności Bagdadu to czas pięciowiekowego panowania dynastii Abbasydów (750-1258), którego wizytówką był okres panowania Haruna ar Raszyda. Był to czas „sypiącego złotem mecenatu sztuki i literatury”, choć także nie wolny od wschodniego okrucieństwa

Dziś ten baśniowy, rajski niemal obraz historii Bagdadu jest już tylko bladym wspomnieniem, a współczesny Bagdad jest w gruncie rzeczy obrazem nędzy i rozpaczy. Najazdy Mongołów i Tatarów, inwazja Persów, a później czterowiekowe panowanie Turków, Imperium Ottomańskiego (1534-1917), panowanie brytyjskie (1917-1958), zamieniły to miasto uważane za jedną z pereł Bliskiego Wschodu, a w okresie największej świetności za centrum świata i bogactwa, w ruinę, jaką jest dziś. Pierwszy raz słowa „ruina” w odniesieniu do Bagdadu użył egipski historyk Al-Makrizi w roku 1264, po mongolskiej i tatarskiej zawierusze. Upadku Bagdadu dopełniło panowanie współczesnych okrutnych i wojowniczych tyranów, z Saddamem Husajnem na czele (za którego dyktatury okrucieństwo, zawsze obecne w dziejach Orientu, osiągnęło niespotykany paroksyzm). Jeszcze jednak za panowania Brytyjczyków, bynajmniej nie lekkiego, Bagdad, podobnie jak niegdyś Kair czy Stambuł, był miastem w dużym stopniu kosmopolitycznym, gdzie „przez kręte uliczki sunął niekończący się pochód rozmaitych nakryć głowy: turbanów, gezów, hełmów tropikalnych, słomkowych kapeluszy, mycek, arabskich ikali przytrzymujących chusty. (…) Byli tam bosonodzy kulisi z Buszahru  w angielskich surdutach, Bengalczycy opasani dhoti, służący z Madrasu z kołami w uszach, uczenie wyglądający Chińczycy (…) potomkowie Proroka w zielonych turbanach ocierali się o Irańczyków w czarnych sztach, parsów, dziko wyglądających  mieszkańców Zanzibaru, Suahili i Etiopczyków, Greków i Żydów, chrześcijan wszelkich obrządków, od chaldejskiego i ormiańskiego po sabejski, nestoriański i jakobicki”. Dziś po tej kosmopolitycznej różnorodności, istniejącej jeszcze przed II wojną światową, różnorodności,  która współtworzyła koloryt wielu przygodowych filmów i powieści, od „Złodzieja z Bagdadu”, słynnego filmu Raoula Walsha z 1924 roku z Douglasem Fairbanksem po cykl przygód Indiany Jonesa z Harrisonem Fordem, nie został nawet blady ślad, a nad niegdysiejszym migotliwym i wielonarodowym Orientem zasnuła się totalitarna kurtyna wojowniczego, nacjonalistycznego, zglajszachtowanego kulturowo, wrogiego wolności człowieka islamu. Jaki jest najważniejszy wniosek z lektury tego erudycyjnego dzieło o Bagdadzie? Bardzo pesymistyczny. W dziejach Bliskiego Wschodu, który przy całym swoim okrucieństwie był niegdyś przynajmniej pełen splendoru mamy do czynienia z procesem wielowiekowego upadku, a Bagdad nie jest jedynym miastem tego regionu, które z miasta pokoju i bogactwa stało się miastem nędzy, strachu i krwi. Ludzkość, a przynajmniej jej część, zamiast rozwijać się korzystając z dorobku przeszłości, gnije i niszczeje, często na własną prośbę.

Justin Marozzi – „Bagdad. Miasto pokoju, miasto krwi”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, str. 536, ISBN 978-83-8049-481-7

Od skocznego życia do skoku samobójczego

Bolesław Wieniawa-Długoszowski (1881-1942) był wytworem czasów, gdy jeszcze żyli i rodzili się tzw. oryginałowie, a wyrastać oni mogli tylko na glebie dworkowej szlachetczyzny. Dzisiejsza, zglajszachtowana cywilizacja klonów ludzkich, takich typów wytworzyć nie może. Ułan z ułańską fantazją, dobry oficer, który dosłużył się stopnia generała, hedonista, biesiadnik, bibosz, pojedynkowicz, bywalec „kultowych” wtedy restauracji warszawskich, z „Ziemiańską” i „Adrią” na czele,  przyjaciel artystów, dowcipny i elokwentny jako dusza towarzystwa, autor tzw. bon motów, które weszły do historii kultury obyczajów („Panowie, skończyły się żarty, zaczęły się schody”), poeta, kobieciarz, czarujący i życzliwy człowiek – te atrybuty można by długo mnożyć, bo nazywano go na różne sposoby i porównywano do różnych postaci historycznych i literackich, m.in. Cyrano de Bergerac czy Doriana Graya. Sam był postacią jakby rodem z kręgu typów z ulubionej przez siebie sienkiewiczowskiej Trylogii (i nie tylko) choć po prawdzie nie był podobny do żadnej konkretnej postaci. Zapewne miał coś z biboszowstwa i dowcipu Zagłoby połączonego z duchowością Petroniusza i powierzchownością oraz zadzierzystością, choć nie okrucieństwem Kmicica. Jego odpowiednikiem w światku cywilnym przedwojennej Warszawy był Franz Fiszer. O Wieniawie napisano już setki artykułów, a wzmianek o nim w książkach i tekstach poświęconych czasom legionowym 1914-1918 i II Rzeczypospolitej można by naliczyć zapewne tysiące, a także kilka już książek (m.in. „Ulubieniec Cezara. Bolesław Wieniawa-Długoszowski” Jacka M. Majchrowskiego czy „Wspomnienia o Wieniawie i o rzymskich czasach”, Mariana Romeyko). Z nich wszystkich opowieść Mariusza Urbanka wydaje się być najpełniejsza, obejmująca zarówno biografie osobistą, drogę kariery wojskowo-politycznej, jak i twórczość poetycką, nie najwyższego lotu, ale pełną rycerskiego-szlachecko-artystowskiego wdzięku. „Wieniawa połączył  w swoim życiu rzeczy skrajnie różne. Był lekarzem i żołnierzem podczas wielkiej wojny 1914-1918, a potem podczas wojny polsko-bolszewickiej. Był adiutantem i przyjacielem marszałka Józefa Piłsudskiego, towarzyszem zabaw i bohaterem wierszy największych ówczesnych poetów – Tuwima, Słonimskiego, Wierzyńskiego (esej poświęcił mu sam Gilbert Keith Chesterton). Był ambasadorem w Rzymie i przez cztery dni, we wrześniu 1939 roku, prezydentem Rzeczypospolitej. Ale najbardziej przylgnął doń tytuł, który najbardziej ukochał: Pierwszy Ułan II Rzeczpospolitej”.

Jego samobójcza śmierć w Nowym Jorku jest w jego biografii paradoksem, na tle jego wesołego, bujnego, witalnego usposobienia i jest niej coś szczególnie odzwierciedlającego tragizm życia człowieka w ogóle, istoty,  która miota się od optymizmu, witalności, wesołości i nadziei do ostatecznego, najciemniejszego mroku psychiki. Jeszcze kilka lat wcześniej Wieniawa pełnił swoją rolę ambasadora RP w Rzymie, czarując swoją elokwencją, inteligencją, wesołością i kulturą elitę polityczno-kulturalną Wiecznego Miasta i podobno liczył (o święta naiwności!) na podkopywanie aliansu faszystowskiej Italii z III Rzeszą.

Mariusz Urbanek opowiedział o Wieniawie lekko, barwnie i zajmująco. Rekomenduję tę lekturę.

Mariusz Urbanek – „Wieniawa. Szwoleżer na pegazie”, „Iskry”, Warszawa 2015, str. 354, ISBN 978-83-244-0414-8

Gorzkie, sczerniałe śląskie czereśnie

„Śląska saga, śląskie drogi. Czasem los plącze ścieżki życia. Czasem ktoś mu w tym pomaga…Mała Lenchen ma analityczny umysł: świetnie liczy i błyskawicznie kojarzy fakty. Kiedy w 1945 roku do jej rodzinnej miejscowości, niedużego śląskiego miasteczka, wkracza Armia Czerwona, jej dotychczasowe życie się kończy. Gdy Lenchen nieco dorośnie, nauczy się – już jako Helenka – że może liczyć tylko na siebie. Zwłaszcza że tajemnicza postać z przeszłości dołoży wszelkich starań, by uprzykrzyć jej życie i niekorzystnie pokierować jej losem. Zaboli nie raz. Powieść Michaela Sowy ujmuje ciepłym, pełnym zrozumienia spojrzeniem na Śląsk i Ślązaków – przywiązanych przede wszystkim do ziemi, na której się urodzili. To opowieść o walce o niepodległość, o wojnie i o pokoju ustanowionym przez „narzuconych swoich”… O tym, że na krętych śląskich drogach łatwo o poplątane losy. I o tym, że jest czas zemsty i czas przejrzałych czereśni” – lubię posłużyć się notami wydawniczymi dotyczącymi fabuły prozy,  lubię dać się im w tym wyręczyć, jako że jestem czytelnikiem, który do fabuły jako osi utworu literackiego przywiązuje akurat znacznie mniejszą wagę niż do literackiej formy i idei artystycznej

Wbrew sformułowaniu o „ciepłym” ujęciu problematyki podjętej przez pisarza, ta realistyczna powieść nie jest jednak lekka, łatwa i przyjemna w czytaniu, przyjemna w klasycznym sensie tego słowa jako źródło kojącej satysfakcji z lektury. Jest to powieść szorstka, fragmentami bardzo przykra, z dużymi pasmami naturalistycznymi, nie zawsze jak się wydaje, koniecznymi. Napisana jest jednak bardzo sprawnie, potoczyście, przepełniona wyrazistymi postaciami i ciekawie zarysowanym obyczajowym tłem. Dla czytelnika postronnego, nie wywodzącego się ze Śląska, takiego, który zaledwie kilkoma krótkimi podróżami otarł się o tę krainę, jak piszący te słowa, pełne zrozumienie litery i ducha tej problematyki nie jest łatwe. Śląsk stanowi inny świat niż rdzenna, „środkowa” Polska, kształtowany był przez zupełnie inne procesy polityczne, obyczajowe, kulturowe, psychologiczne.. Swoją powieść autor „oznakował” datami rozsianymi po dość rozległej przestrzeni przeszłości, od roku 1927 do 1989. To sygnał, że ambicją autora było stworzenie, poniekąd, na pewno nie calościowek=j, nie komplementarnej, panoramy losów śląskich i pewnej wizji syntetycznej śląskiej mentalności, by nie rzec – duchowości. Dodatkowym tego sygnałem jest brzmienie podtytułu: „Losy uwikłane w historię”. Acz, po prawdzie, losy każdego niemal człowieka w taki czy inny sposób, w takim czy innym stopniu wplątane są w historię, większą czy mniejszą.

Warto przy tej okazji wspomnieć o autorze opowieści. Michael Sowa to Ślązak z Opolszczyzny, od wielu lat mieszkający w Niemczech. Doktor fizyki zajmujący się cząstkami elementarnymi, pracownik naukowy CERN i politechniki w Akwizgranie, nauczyciel w Berlinie, pisarz, tłumacz literatury niemieckiej i polskiej. Ponadto technik mechanik i ślusarz w jednej osobie – domyślać się wypada, że w trybie amatorskim. Jego powieść,  podobnie „śląską” i podobnie gorzką w lekturze, „Tam, gdzie nie pada”, wydanej nakładem wydawnictwa Lira, recenzowałem kilka miesięcy temu.

Michael Sowa – „Czereśnie od świętej Anny”, Wydawnictwo Lira, Warszawa 2022, str. 329, ISBN 978-83-67388-21-4

Reklama

1 KOMENTARZ

  1. Kulturze rosyjskiej pora powiedzieć WON! Jasne – Dostojewski,Czajkowski, Ajwazowski etc tworzyli rzeczy wybitne, ale bez żalu obędziemy się bez nich. Rosja sama stawia sie – kolejny raz – poza nawiasem ludzkiej cywiliacji. Co warta jest kultura narodu który od 400 lat przemawia do sąsiadów wyłącznie jezykiem przemocy, szantażu i zbrodni?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko