Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
88

Hiszpania w esencji swej

Madre Teresa Andariega, wędrówka na górę Karmel, Escurial, Escritor (pisarz) Cervantes, Święta Inkwizycja,  szkic z dziejów hiszpańskiego górnictwa, Pintor  (malarz) Goya, Miguel de Unamuno, poeta Federico Garcia Lorca, El Vale do los Caidos, Fandango, miasto Toledo – to tematy  zbioru esejów Andrzeja Stanisława Kowalczyka z jego podróży do Hiszpanii, zebranych w tomie „Toledo i inne przygody w Kastylii”. To właściwie raczej szkice eseistyczne niż eseje w znaczeniu ścisłym, najbardziej adekwatnym do definicji gatunku. Esej, w rdzennej postaci tego charakteryzuje się zdecydowaną przewagą konceptu intelektualnego, duchowego, stylistycznego, nad faktografią. W szkicach Kowalczyka tej faktografii (skądinąd bardzo interesującej) z historii Hiszpanii jest dużo, więcej niż stricte eseistycznych konceptów. Nie uważam tego za wadę, tylko odnotowuję. Pisanie Kowalczyka odznacza się nieskazitelną klarownością, jasnością, nie ma w nim natomiast eseistycznych popisów stylistycznych, owego „lewitowania”, egotyzmu, które czasem czytelnika wbijają w podziw dla kunsztu autora, ale czasem – bywa, gdy jest nadmiar tego sztukmistrzostwa – irytują.

Kastylia jest jako reprezentacja Hiszpanii trafiona w punkt. Kastylia to bowiem Hiszpania najbardziej hiszpańska, rdzenna, to macierz, esencja Hiszpanii. I dlatego nic dziwnego, że tom zaczyna się od Hiszpanii religijnej, ultrakatolickiej, nabożnej, mistycznej, w tej mistyce szalonej. Od madre Teresy Andariega i od góry Karmel. Religia i religijność są mi (Bóg tak chciał, niech się dzieje Jego wola) tak obce, tak bardzo ich nie lubię, że gdyby tematem tych dwóch szkiców nie była religijność hiszpańska, ale jakaś inna, to bardzo prawdopodobne, że pominąłbym je w lekturze tomu. Jednak religia i nabożność po hiszpańsku są tak osobne, tak osobliwe, tak malownicze, tak bujne, tak awanturnicze (sic!), można by rzec, że przeczytałem dwa pierwsze szkice z prawdziwym zainteresowaniem. Nawiasem mówiąc, jest pewnego rodzaju paradoksem, że ten namiętny, z żadnym innym nieporównywalny katolicyzm na modłę hiszpańską, jest mimo swej intensywności jakby nieobecny na europejskiej agorze katolickiej. Katolicyzm, dajmy na to, niemiecki, a tym bardziej francuski czy nawet włoski, to przy katolicyzmie hiszpańskim jak ciepłe piwo niskoprocentowe przy zmrożonym szampanie Dom Perignon. Katolicyzm irlandzki, jak wiadomo, załamał się pod własną pychą i grzechem pedofilii. Z kolei katolicyzm polski, niby ciągle żywy i wiodący w Europie, staje się coraz bardziej skorupą-wydmuszką, z której ju ż wyciekła większość młodzieży. Nawet jednak w swoim najlepszym czasie nie miał on choćby ćwierci  temperatury odpowiednika hiszpańskiego. Zaraz po tych katolickich szkicach – Escurial, architektoniczna esencja hiszpańskiej państwowości. Potem jeszcze Cervantes, ojciec Don Kichota i Sancho Pansy i kolejna emblematyczna instytucja starej, dobrej, Arcykatolickiej Hiszpanii, czyli Święte Officium, Inkwizycja. A tuż obok niej, przez ścianę, groźnie (dla niego) z nią sąsiadujący, wielki Francisco Goya. Od niego zaś od razu przeskok do Miguela de Unamuno, największego filozofa Hiszpanii na całej przestrzeni jej dziejów, w którym jak w jakimś paradoksalnym, paroksystycznym zawęźleniu, sczepieniu, stopiła się miłość i nienawiść, fascynacja i obrzydzenie do Hiszpanii w jednym. Skąd jednak ta bez mała wiek licząca luka między zmarłym w 1828 roku Goyą a zmarłym w 1936 roku Unamuno? To też specyfika Hiszpanii. Nie było sensu pokazywać tego co pośrednie, bo przez te przeszło sto lat Hiszpania ani na jotę się nie zmieniła. Nawet w modzie i estetyce zmieniła się relatywnie niewiele. Historia Hiszpanii była przez stulecia nieruchoma, trochę tak, jak historia Rosji. Między XVIII wiekiem, w którym urodził się Goya, a wiekiem XX, w którym zmarł Unamuno, nie było w Hiszpanii większej różnicy. Nawet czerwona Republika Azany y Diaza i Largo Caballero była tylko krótkim przyspieszeniem, po którym nastąpiły blisko cztery dekady bezruchu epoki Franco (1939-1975). A skoro Franco i wojna domowa, to i poeta Federico Garcia Lorca, jego ofiara. A potem Vale do los Caidos (Dolina Poległych), z której kilka lat temu socjalistyczny rząd Pedro Sancheza wygnał szczątki Caudillo. Wreszcie tytułowe Toledo, bardziej kastylijskie niż Madryt, stolica Kastylii. Gdyby de Gaulle tam przemawiał, powiedziałby: „Niech żyje Toledo, najbardziej kastylijskie ze wszystkich kastylijskich miast, a tym samym najbardziej hiszpańskie ze wszystkich hiszpańskich miast”. Czy szkice Kowalczyka przydadzą się jako myślowe uzupełnienie przewodnika w podróży po Hiszpanii? Przydadzą się, a nawet trzeba je koniecznie ze sobą zabrać. Gdy kilka lat temu byłem w Hiszpanii, w tym w Kastylii (choć akurat niestety nie w Toledo), siłą rzeczy nie mogłem ich mieć. A bardzo by się przydały. Drażni mnie ta turystyka po Hiszpanii, bezmyślna, skoncentrowana na pustym podziwianiu „pięknych widoków” i „cudownej architektury” (inna sprawa, że istotnie jest cudowna). Bo Hiszpanię trzeba zwiedzać myśląc o niej, paradoksalnie bardziej niż podróżując po Niemczech, Italii czy Francji. Tak właśnie mi się ona jawi. A Autorowi „Toledo i innych przygód w Kastylii” jestem szczerze wdzięczny za wspomożenie w tym myśleniu.

Andrzej Stanisław Kowalczyk – „Toledo i inne przygody w Kastylii”, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2021, str. 326, ISBN 978-83-66769-23-6

Upiory są wśród nas

Zwykło się powszechnie uważać, że upiór to czysto fantazyjna figura z kręgu literatury czy filmu grozy, czysty konstrukt wyobrażeniowy. W gruncie rzeczy do pewnego momentu podobnie uważał Łukasz Kozak, autor studium „Upiór. Historia naturalna”. Gdy jednak natrafił na niezliczone świadectwa dokumentalne, głównie prasowe, z epoki (przeważnie z XIX wieku), uświadomił sobie, że „upioryzm” był realnym  (naturalnym, empirycznym) zjawiskiem i problemem społecznym, a nie tylko tworem ówczesnej ( i dzisiejszej) kultury popularnej. Studium Kozaka nie na żarty skłania nas, jeśli nie do zmiany przekonania o czystej fantazyjności figury „upiora” i fenomenu „upioryzmu”, to co najmniej do innego spojrzenia na ten fenomen. W konkluzji swojej pracy Kozak przypomina, że przeprowadził nas „po wielu stronicach rozgrzebanych mogił, wypitej trupiej krwi, odciętych głów i przebitych ciał”. Jego studium oparte jest także na przebogatym materiale naukowym, jako że  badań naukowych nad „upioryzmem” jest w Europie i w świecie istny zalew. W Polsce w centrum zagadnienia są przede wszystkim mickiewiczowskie „Dziady”, z ich sławną pieśnią wampiryczną („Pieśń ma była już w grobie, już chłodna, krew poczuła, spod ziemi wygląda i jak upiór powstaje krwi głodna…”) ale także n.p. „Nowe Ateny” Benedykta Chmielowskiego, „Diabeł” Jana Bohomolca, a ostatnimi czasy także Maria Janion z jej studium o „Wampirze”, który jest bliską mutacją upiora.  W obszarze literatury obcej jawi się n.p. Bram Stoker , Sheridan Le Fanu czy Aleksy K. Tołstoj z jego opowiadaniem „Upiór”. Co do prac naukowych, to, jak zauważa Kozak, „badaczom całkowicie umknęła postać żywego upiora, odnotowana nie tylko w warstwie wierzeniowej, ale też w zachowanych świadectwach ludzi, którzy sami określali się mianem upiorów lub za upiorów uważali innych żyjących”. Kozak cytuje dziesiątki, jeśli nie setki prac naukowych, syntetycznych czy przyczynkarskich, dotykających „upiornego” tematu. Jednak walorem jego studium jest nie tylko arcybogata zawartość erudycyjna i analityczna, lecz także aspekt literacki. Temat „upioryzmu” jest wprawdzie na tyle atrakcyjny, że zdaje się być samograjem, ale są i tacy „mistrzowie”, którzy i takie tworzywo potrafią popsuć językiem drętwym i zniechęcającym do lektury. Tymczasem Łukasz Kozak, poza kompetencjami naukowymi i erudycją, ma jeszcze dar pisania zajmującego, malowniczego wręcz, nie wolnego od ironii oraz akcentów subiektywnych, dzięki czemu rzecz czyta się z przyjemnością estetyczną. No, z rozkoszą po prostu. Pomimo jednak „dreszczowej” atrakcyjności, problemat „upiora” i „upioryzmu” jest intelektualnie bardzo skomplikowany, by nie rzec – zawiły. Odmian i wariantów „upioryzmów” i „upiorów” jest ile dusza zapragnie, obfitość hojna. Nie wyręczę więc Szanownych Czytelników w wysiłku nad „rozpoznaniem” i przyswojeniem sobie rzeczonej kwestii. Sami muszą się w materię „upioryzmu” zanurzyć po uszy. Dlatego na koniec przywołam tylko jedną kwestię wzmiankowaną wyżej – kwestię obecności żyjących pośród ludzi upiorów. Jeśli żyli kiedyś, o czym pisano w gazetach (a setki gazet nie mogą się mylić), to dlaczego nie mieliby żyć i dziś pośród nas? Pytanie to jest tym bardziej zasadne, że gdy się obserwuje pewne fenomeny polskiego życia, zwłaszcza politycznego, to nie sposób oprzeć się niejednokrotnie wrażeniu, że owe  upiory nie tylko są na co dzień obecne pośród nas, ale dają swoją obecnością ostro „do wiwatu”. Tylko którzy i które są upiorami? Jak to zbadać? Przydałby się test na obecność upiora, sprawdzający, czy ktoś jest upiorem czy nie, analogiczny do testu na covid-19. Ujawnienie prawdy w tym względzie byłoby w wielu przypadkach niesłychanie sensacyjnym wydarzeniem. Póki co jednak, warto przygotować się do tej wiekopomnej chwili intelektualnie, zanurzając się w czarującej, mrożącej krew w żyłach i – nomen omen – wciągającej lekturze „Historii naturalnej upiora”.

Łukasz Kozak – „Upiór. Historia naturalna”, Evviva L’Arte, Warszawa 2021,  str. 355, ISBN 978-83-956895-3-6

Casanova, Casanova …

W 1961 roku, ukazały się, nakładem „Czytelnika”, w przekładzie Tadeusza Everta, z jego barwną przedmową oraz w pięknym opracowaniu graficznym Andrzeja Heidricha, „Pamiętniki” Giovanniego Giacomo Casanovy. Całe lata, od dzieciństwa, spoglądałem na grzbiet obwoluty egzemplarza stojącego w domowej biblioteczce, zdobnego w graficzne motywy „liściaste”, aż przyszedł czas na lekturę malowniczych przygód sławnego uwodziciela, łącznie z ich epizodem warszawskim. Tym razem otrzymujemy skróconą wersję pamiętników Casanovy, w pięknej stylowej okładce, przedstawiającej reprodukcję słodkiego malowidła „Huśtawka” Fragonarda. Tytuły poszczególnych rozdziałów sygnowane są imionami kobiet uwiedzionych przez Casanovę. Podobno różnił się on od mitycznego Don Juana tym, że w przeciwieństwie do niego nie traktował swoich „ofiar” na zimno, jak łupu, lecz kochał kobiety, które uwodził.

„Niesamowite, jak nieokiełznane miał uczucia ten osiemnastowieczny kochanek i awanturnik, karciarz, złodziej, polityk, pisarz i filozof. Z lekkością opisał niezwykłe kobiety, które poznał w swoim życiu. Kobiety na ogół wykształcone, stanowcze, swobodnie podchodzące do kwestii miłości, choć twardo stąpające po ziemi. Takie kobiety naprawdę kochał. Jego uczucia nie były udawane, wybuchał namiętnością tak potężną, że nie myślał o niczym innym… W XVIII wieku Casanova oczarował Europę. Uświadomił bowiem kobietom, że mężczyzna też ma pragnienie bycia pożądanym, odbieranym jako atrakcyjny i chcący odnieść sukces u płci przeciwnej. W klasowym społeczeństwie, pełnym frustracji, potrafił zmienić reguły zachowania społecznego, ukazać, że miłość i doznania zmysłowe są tak samo ważne jak pieniądze, przyjaźń czy zasady moralne”.

Zawsze, ilekroć czytam dzieła z zakresu klasyki i dawnego piśmiennictwa w ogólności, mam potrzebę konfrontowania ich treści i formy ze świadomością czytelnika współczesnego. Czy fenomen uwodzicielstwa jest dziś atrakcyjny dla publiczności, dla współczesnych kobiet i mężczyzn? Czy też jest kompletnie anachroniczny? Sława tamtych uwodzicieli i szok jaki wywoływały ich poczynania były rezultatem tego, że działali na tle społeczeństwa tabu obyczajowego, zakazów odnoszących się do seksualności, że jaskrawo z nim kontrastowali, byli buntownikami. Na tle dzisiejszego społeczeństwa, w którym „wszystko wolno”, w którym wszystko zostało zbanalizowane i często przez to wyzbyte atrakcyjności przez spowszednienie, wyczyny Casanovy i jego licznych klonów wydają się poczciwe i naiwne. Jeśli jednak na przygody Casanovy spojrzymy jako na aktywne uprawianie wolności w świecie, który tę wolność znów próbuje ograniczać, ich wymowa nabiera nowego znaczenia. Poza wszystkim można jednak czytać  „Pamiętniki” Casanovy  po prosu jako atrakcyjne czytadło, jako malownicze opisy przygód. Mogą się one z naszego punktu widzenia wydawać często niewiarygodne, ale my, głównie powodu wszechobecności nowych mediów, żyjemy w zupełnie innej rzeczywistości, z pewnego punktu widzenia bardziej przezroczystej, w której tamte przygody byłyby niemożliwe, choć wtedy niemożliwe nie były. Warto się w te przygody zanurzyć, głównie dla rozrywki, a nieco i dla nauki.

Giacomo Casanova – „Pamiętniki. Największy kochanek wszech czasów”, przekład Zetes, wydawnictwo MG, Warszawa 2022, str. ISBN 978-83-7779-795-2

Szajlok, biznesmen z Wenecji. Przyczynek do historii Żydów

Dlaczego „biznesmen” a nie „kupiec”? No bo jeśli odczytujemy stare teksty przez filtr naszej współczesności, to stosujmy także nasze współczesne nazewnictwo. Kto dziś używa słowa „kupiec”, zamiast „biznesmen” czy „przedsiębiorca”? Nawet określenia „handlarz” używa się już bardzo rzadko, ostatnio słyszałem je tylko w odniesieniu do „handlarza bronią” z Lublina. Skoro więc Szajlok ma być „naszym współczesnym”, to konsekwentnie i na całego.

„Po drugiej wojnie światowej nikt i nic nie potrafi już skierować fabuły „Kupca weneckiego” na tory komediowe. Dla jednych dramat ten staje się okazją do zbiorowej ekspiacji, dla innych – lekturą niewygodną, dręczącą, wręcz pomijaną” – napisała Anna Cetera-Włodarczyk w interesującym wstępie do wydania szekspirowskiego „Kupca weneckiego” („Merchant of Venice”) w nowym przekładzie Piotra Kamińskiego. Nie byłbym tego taki pewien. Antysemityzm odrodził się wcale nie tak wiele lat po drugiej wojnie światowej, po Zagładzie Żydów. Zresztą, jako zwolennik absolutnie i bezwyjątkowo nieograniczonej wolności ekspresji werbalnej, wolności słowa, wcale nie uważam, że z powodu Zagłady nie wolno śmiać się z Żydów tak, jak z każdej innej nacji. Jestem też fanatycznym zwolennikiem nieograniczonej wolności śmiechu, z wszystkiego i ze wszystkich. Bez wyjątku. Ze mnie także, żeby było jasne. Inna sprawa, że „Kupiec wenecki” nie jest klasyczną szekspirowską komedią, tak jak n.p. „Wieczór Trzech Króli”, „Komedia omyłek” czy „Wesołe kumoszki z Windsoru”. W  istocie rzeczy „Kupcowi” bliżej do tragedii, a osnowa intrygi jest właściwie makabryczna (motyw wycinania części ciała jako sposobu wyegzekwowania długu finansowego). Nie zmienia tego komediowo-rodzajowa faktura niektórych scen i komiczny rysunek niektórych postaci. Autorka wstępu bardzo szczegółowo opisuje i analizuje zawiłą (to typowe dla literatury epoki, nie tylko dla Szekspira) intrygę dramatyczną „Kupca”, jego personalne, psychologiczne meandry. To prawdziwie bogate tworzywo dla wnikliwego inscenizatora. Jednak renesansowo-barokowo zawiłe, wyrafinowane, piętrowe, staromodne intrygi nie są w naszych prostackich czasach łatwe do przekładania na scenę tak, by było to nie tylko jako tako zrozumiałe, ale i w miarę interesujące dla współczesnej widowni. Żyjemy tak bardzo inaczej od naszych przodków sprzed stuleci, a zwłaszcza od arystokratów, dworaków, mieszczan, od licznych rozmaitych figur zaludniających miejsca akcji szekspirowskich sztuk, że ich „modus życia”, ich problemy, fascynacje, obsesje, aspiracje są od nas coraz odleglejsze, coraz bardziej zaprzeszłe, obce, coraz bardziej niezrozumiałe. Dlatego w czym innym wypada szukać wartości takich tekstów jak „Kupiec wenecki”. Podstawową i największą wartość tego dramatu, czy może dramato-komedii (komediodramatu) można chyba streścić w takim oto sformułowaniu: „Kupiec wenecki” „uchodzi za jedyny w swym rodzaju przyczynek do historii  Żydów w Europie. Kolejne odczytania utworu odsłaniają mechanizm wykluczenia bez względu na to, czy wzmacniają, czy kontestują wzgardę. W ten sposób szesnastowieczna komedia pozostaje lustrem i matrycą nowożytnego anty i filosemityzmu”.

Jednak „Kupiec” mówi jeszcze o czymś innym. Jawi się jako dramat o „schyłku feudalizmu i rosnącym znaczeniu kredytu – będącym czymś innym niż miłosierna pożyczka udzielana potrzebującym. Różnicę tę znali już starożytni Rzymianie”. Czyli jako dramat o początkach kapitalizmu i jego mechanizmów, a to już rozumiemy aż nadto dobrze w naszych krańcowo zekonomizowanych czasach. Natomiast, choć świat był wtedy osadzony na budowli zinstytucjonalizowanej religii, nie ma u Szekspira w dramatach głębi religijnej czy mistycznych uniesień, nie tylko zresztą w tym dramacie. Właściwie w ogóle nie ma u Szekspira atrybutów instytucjonalnej religii. Nawet postacie z kręgu kleru (księża, zakonnicy, biskupi), których pełno w literaturze, nie tylko dramatycznej, tamtych czasów, u niego występują bardzo rzadko (n.p. w „Henryku VIII”), a i to częściej w omówieniach niż jako substancjalne postacie dramatyczne („osoby dramatu”). Co jeszcze  jest w „Kupcu weneckim”? Jego treścią są „romanse i finanse, także splendor wizualny, zmysłowy Wenecji zawarty w tekście. Shylock gardzi chrześcijanami za chciwość, pychę, rozrzutność”. „Barbarzyńska fantasmagoria” – tak ktoś określił ten tekst. Ale kto tu jest barbarzyński? Przecież nie Szekspir, choć Jan Śniadecki za takiego go uważał. Na pewno barbarzyńskie jest życie, które Szekspir ukazuje. Bo życie to mieszanina barbarzyństwa i czułości, okrucieństwa i serdeczności, myślenia z najwyższej półki i głupoty z półki najniższej. Shylok ( w polskich przekładach nazywany też Szajlokiem) jest Żydem? Jest, ale po prawdzie my wszyscy od czasu do czasu bywamy Szajlokami.

William Shakespeare – „Kupiec wenecki”, w przekładzie Piotra Kamińskiego, wstęp i komentarz Anna Cetera-Włodarczyk, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2021, str. 262, ISBN 978-83-235-4965-9

Krytyczne genealogie Tomasza Burka

Dorobek krytyczny Tomasza Burka nie przestaje interesować, a nawet fascynować krytyków i literaturoznawców. W obszernym wstępie do antologii tekstów Burka, Krzysztof Krasuski koncentruje się na morfologii jego metody krytycznej oraz na genealogii i filiacjach jego postawy. Stanisław Brzozowski, Karol Irzykowski, Kazimierz Wyka i Andrzej Kijowski, to jego najważniejsi „antenaci” duchowi. Ten pierwszy w swojej potężnej, fundamentalnej postawie moralnej wobec świata, w pragnieniu ogarnięcia go w całości, w ambicji moralnego podniesienia go, – nadania mu porządku pozaliterackiego, filozoficznego, w diapazonie jego intelektualnych i duchowych ambicji. Ten drugi – w bezkompromisowości i uporze  w walce o treść i o powagę literatury. Ten trzeci – w swojej rzetelnej metodzie analizy dzieła literackiego, w umiejętności umiejscowienia go w klimacie i porządku epoki. Ten czwarty – w niezwykłej, soczystej wrażliwości i wyobraźni. Tomasz Burek łączy w sobie te wszystkie cztery żywioły, ale nie zgodnie z regułą prostego dodawania, lecz poprzez twórczą synergii, która nadaje im jego własny, oryginalny „burkowy” kształt. Niezależność i powinność. Niezależność – od uwikłań stricte politycznych, choć nie ideowych, od stadnego porządku opartego na wątpliwej wartości hierarchiach. Powinność – wobec kultury narodowej, w szczególności wobec tego jej segmentu, który konstytuuje i tworzy literaturę. Burek był krytykiem upartym, miał swoje trwałe fascynacje, którym zawsze był wierny. I swoje antypatie, idiosynkrazje, przy których obstawał z uporem nie mniejszym, jak się wydaje czasem godnym lepszej sprawy. Jego ideałem powieści była taka, której architektura obejmowałaby cały świat, całość ludzkiej egzystencji, jako pars pro toto. Jak bardzo pragnął literatury w roli kulturowego syntezatora. Takie właściwości potrafił dostrzec w prozie, która innym wydawała się egzemplifikacją partykularyzmu. Dlatego cenił model powieści-worka, powieści-hybrydy, powieści-patchworku. Łączyło go to z Henrykiem Berezą, ale o ile Bereza koncentrował się przede wszystkim na lingwistycznym aspekcie literatury, na jej języku, w nim widział jedyny walor i sens prozy po obumarciu „wielkich narracji”, o tyle Burek, podobnie jak bardzo ceniony przez niego Irzykowski, „walczył o treść” – intelektualną i moralną. Był moralistą, czym drażnił wielu, upatrujących w tej postawie wyraz wyższości, wielu drażniła nawet jego maniera dostojeństwa, hieratyzm w sposobie bycia. Niedawno ukazał się tom jego wybranych szkiców i esejów „Pamięć głęboka”, który pokazał esencjonalny charakter dzieła krytycznego Tomasza Burka. Krzysztof Krasuski przywołuje kolejne zbiory eseistyczne Burka, od „Dalej aktualne”, „Zamiast powieści”, „Żadnych marzeń” , po „Niewybaczalne sentymenty” i „Dziennik kwarantanny”, by pokazać jak jego krytyczna metoda sprawdzała się w odmiennych czasach, jak fermentowało jego myślenie o literaturze.

„Tomasz Burek. Niezależność i powinność. Szkice krytyczno-literackie”, wstęp Krzysztof Krasuski, Instytut Literatury, Kraków 2022, str. 330, ISBN 978-83-67170-01-7

Rzut oka na dekadę „ciepłej wody w kranie”

Gdy panią z „Wydawnictwa Krytyki Politycznej” poprosiłem o „coś” Kingi Dunin, rozpakowała paczkę książek, jakby prosto z drukarni, wyciągnęła egzemplarz i wręczyła mi. Przez moment myślałem, że  rzeczywiście ukazało się „coś nowego” autorstwa znanej publicystki. Gdy jednak wziąłem egzemplarz do ręki zobaczyłem się, że zmylił mnie wygląd paczki, że nie jest to żadna „nówka nie śmigana”, ale rzecz sprzed lat już jedenastu.

Dobrze się jednak stało, że nie trafiła ta książka do moich rąk jedenaście lat temu, gdy się ukazała. W czasach, kiedy ostatnie podrygi przeżywała nudna epoka „ciepłej wody w kranie”, być może rzuciłbym na nią okiem, pobieżnie przewertował, a następnie odłożyłbym na bok bez zamiaru uważnej lektury. Dziś, po jedenastu latach przeczytałem ją przez pryzmat minionego, burzliwego dziesięciolecia, najbardziej burzliwej z trzech dekad trzydziestu lat III RP.  I z perspektywy „chwili bieżącej” Z takiej perspektywy narracja Dunin i jej interlokutora, Sławomira Sierakowskiego, jawi się jako leniwa, spokojna, nudnawa nawet, jak „ciepła woda w kranie”, choć z ówczesnego punktu widzenia szereg  wyrażonych przez oboje rozmówców opinii mogło się wydawać kontrowersyjnymi czy obrazoburczymi. Po raz kolejny sprawdza się trafność sformułowania: „Habent sua fata belli” – zbiór „Kochaj i rób” jawi się jako dokument spokojnych czasów, choć naówczas  wcale nie wydawały się takie spokojne. To pokazuje, jak relatywne są nasze oceny rzeczywistości i jak istotną rolę odgrywa w nich upływ czasu. Mimo to lektura „Kochaj i rób” jest interesująca.

„Kinga Dunin, Feministka, a zna na pamięć katolickie pieśni – przedstawia Sierakowski swoją rozmówczynię – „Agresywna kłótnica”, a w naszej pracy układna, lojalna. Lewicowa krytyczka, a potrafi bronić prawicowych powieści. Socjolożka i filozofka, a od „mądrych dyskursów” woli czytać rękopisy debiutantów. Skąd się wzięłaś? Z prawicowej i konserwatywnej, a  słyszałem nawet, że i antysemickiej rodziny…”.

„Nie przesadzaj – odparowuje rozmówcy Dunin – Nie twórz fałszywych mitów. Z inteligenckiej, relatywnie liberalnej rodziny, z odruchami antysemickimi – może. Ale już nie w pokoleniu moich rodziców. Tradycyjna? W miarę. Katolicka – bez przesady”.

I właśnie ten rys, niechęć do „fałszywych mitów” (czy to nie błąd językowej tautologii?), jest jednym z najbardziej charakterystycznych rysów osobowości Kingi Dunin. Działaczka przedsierpniowej opozycji, szereg razy zatrzymywana przez SB, internowana w stanie wojennym, jak diabeł święconej wody wystrzega się mitologizacji polskiego społeczeństwa. „Te wszystkie mity o społeczeństwie antykomunistycznym – to w ogóle jest śmieszne” i przywołuje fakty świadczące jak nikłe poparcie miała przedsierpniowa opozycja w PRL, jak jej działacze byli osamotnieni, aż do sierpnia 1980. Pojawiają się też inne zagadnienia, n.p. wewnętrznych podziałów ideowych w opozycji już u jej zarania. Na pewno niejednego czytelnika zelektryzuje taki oto na przykład fragment dotyczący jednej z ważnych postaci współczesnej sceny politycznej. Chodzi o jednego z członków KSS „KOR”, z którym Dunin współpracowała. „Najpierw wydawało się, że dobrze się z nimi czuję, a potem wyraźnie stanęła kwestia narodu. Pamiętam taki wieczór, przyjęcie, picie wódki. Stoję z Macierewiczem i rozmawiamy o Polsce. I on mówi, jak tę Polskę strasznie kocha, a ja mówię, że Polska jest mi obojętna. On na to, że przecież to jest nasza ojczyzna, a ja, że co z tego, że nasza. Wtedy naprawdę zrozumiałam, że oni naprawdę są nacjonalistami, a ja nie mam takich odruchów, po prostu nie mam. Próbowałam napisać o tym  tekst, którego mi nikt chyba nie opublikował (…)”. W innym miejscu mówi: „Jestem Polką, tak samo jak jestem kobietą. Spadło na mnie takie nieszczęście, ale nie widzę powodu, by miało to pociągać za sobą jakieś szczególne zobowiązania”. Dodaje też, że „nie potrafiła zakochać się w „Solidarności”. Wątpi też o wyższości moralnej środowisk, z których się wywodzi („Walkę z komuną uważa się za dobrą z założenia. Moralność była po naszej stronie. A niby dlaczego?”). Wiele miejsca w swojej narracji poświęca Dunin, z perspektywy ateistycznej, kwestiom kościelno-religijnym. „Gdyby nawet ateizm szczęścia nie dawał – nie jest to jeszcze dowód na istnienie boga”. „Szanuję ludzi, którzy zdecydowali się na apostazję, uważam jednak, że jest to procedura absurdalna i bezprawna. Poza lenistwem powstrzymuje mnie poczucie godności. Może kościół ma uprawnienia do wypowiadania się na temat ustaw, ale nie ma żadnego prawa orzekania czy jestem katoliczką. I o czym w końcu mieliby zaświadczać świadkowie? O tym na przykład, że jestem niewierząca? To jest kolejny absurd – oczekiwanie, że ateiści będą udowadniali swoją niewiarę? Może wiara wymaga jakichś dowodów, uzasadnień, ale niewiara? Nie wierzę w jednorożce. Czy to na mnie ma spoczywać ciężar dowodu, że nie istnieją? Wiara jest dla mnie zagadnieniem kulturowym, społecznym, psychologicznym, i w Polsce, przede wszystkim politycznym, ponieważ to, w co ludzie wierzą, ma całkiem realne konsekwencje – bez względu na to, czy przedmiot ich wiary istnieje. Natomiast ateizm jest nudny, niczego nie nakazuje, nie determinuje, nic z niego nie wynika. Cóż takiego miałoby wynikać z tego, że nie wierzę w jednorożce, krasnoludki, zielone smoki czy osobowego boga?” „Kościół katolicki w Polsce to jeden wielki pobielany grób”.

Kolejne rozdziały książki zdominowane są przez zagadnienia moralne, etyczny, w tym głównie dotyczące etyki odpowiedzialności za innych. Z mojego punktu widzenia nie podnosi to atrakcyjności książki, ta problematyka mnie nudzi, ale mimo wszystko warto pomeandrować z Dunin i po tej przestrzeni, bo zawsze wyskoczy z roli moralistki z czymś zaskakującym, niegrzecznym i nie pasującym do pozytywnego, „budującego” schematu, na przykład z „pochwałą eugeniki”. Sporo też w jej rozważaniach o liberalizmie, o związkach polityki z moralnością. Ten zbiór dobrze pokazuje, czego przed dekadą w polskim życiu publicznym nie było, lub występowało w formie zalążkowej, zaledwie się zapowiadało. Tym jaskrawiej widać na tym tle naszą ostatnią burzliwą dekadę i teraźniejszość. Warto zajrzeć przez ten lufcik w przeszłość, w czas tamtej, przedburzowej dekady.

Kinga Dunin – „Kochaj i rób”, współpraca Sławomir Sierakowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2011, str. 253, ISBN 978-83-62467-38-9

Polska epopeja po(na)rodowa

Naturalistyczna proza poświęcona problematyce społecznej, obyczajowej, prawnej i psychologicznej związanej z prokreacją, z rodzeniem, osadzona fabularnie na ogół, choć nie wyłącznie, w przestrzeni szpitali i klinik ginekologiczno-położniczych, sal porodowych oraz domów prywatnych położnic, tworzy już dziś pokaźny nurt w literaturze światowej. „Orestes i wieloryb” Hedwig Rohde, „Regulamin tłoczni win” Johna Irvinga, „Zimowe dzieci” Dei Trier Morch, „Gdzie leży granica?” Davida Lodge, „Akuszerka” Kati Kattu, obszerne fragmenty „Grupy” Mary McCarthy, to tylko niektóre z ważnych tytułów prozy o tematyce „porodowej, położniczej”. W Polsce, z jej pruderyjnym systemem przekazu treści kontrowersyjnych, tradycja tego gatunku jest raczej uboga i poza pochodzącą z lat sześćdziesiątych powieścią Marii Jarochowskiej „Niemiłosierni”, niewiele tytułów o podobnej tematyce można by wskazać. Było też kilka prób w okresie międzywojennym, podejmowanych n.p. przez Jalu Kurka („Grypa szaleje w Naprawie”) czy Wandę Melcer („Przymierze z dzieckiem”)

Jednak właśnie przybyła polskiej prozie powieść o tej tematyce, obszerne, siedemsetstronicowe „Akuszerki” Sabiny Jakubowskiej. Akcja powieści obejmuje rozległy okres lat 1885-1950 i oparta jest na autentycznych wspomnieniach akuszerek wiejskich. Faktura powieści czyni ją prozą fabularną silnie nasyconą aspektem socjologicznym. „Akuszerki” to  powieść socjologiczna, społeczna, obyczajowa, o fakturze naturalistycznej w sferze opisu, która kwestię prokreacji, ciąży i porodu, jak również społecznej i rodzinnej pozycji kobiety ukazuje na szerokim tle, od wiejskiego, który dominuje, po mieszczański. Główną, a raczej wiodącą bohaterką powieści jest akuszerka Franciszka, z jej życiem osobistym i akuszerską służbą przez lata. Obficie uzupełniając akcję powieściową i dialogi fragmentami tekstów dokumentalnych: wyjątkami z autentycznych regulaminów pracy akuszerek, z przepisów  austriackiego (CK) ministerstwa spraw wewnętrznych określających powinności i obyczaje akuszerek oraz tryb kontroli ich pracy, z podręczników dla położnych, instruktarzy lekarskich dotyczących fizjologii porodu i połogu, a także opieki nad noworodkami, autorka uczyniła też z „Akuszerek” powieść dokumentalną, środowiskową, nie bez – choć w minimalnym zakresie – zaznaczenia tła historycznego.

Mamy tu do czynienia z obrazami porodu w wiejskim domostwie („Już Marysia była gotowa do badania, śnieżnobiała pierzyna podniesiona do góry, śnieżnobiała koszula podciągnięta powyżej brzucha, a Marmolka pokazywała córce jak ma rozszerzyć śnieżnobiałe uda. (…) Franciszka uśmiechnęła się do niej uspokajająco i rozpoczęła badanie, jednak nic tam jeszcze nie było przygotowane do porodu”), podawanymi z wyraźną fizjologiczną dosłownością („Wszystko jest już otwarte. Dziecko się urodzi tutaj, jeśli się nie pospieszysz”, „Perkowa podłożyła  poszwy pod pośladki rodzącej i zbadała ją przy tej okazji, mówiąc bardzo cicho: – Już jest główka blisko. Popchnij Maryś, zaraz będzie dziecko…”. Są rysy porodowego rytuału związanego z obrzędowością religijną („pomodlili się o szczęśliwy poród (…) uczyniła jej krzyż na czole i bez większych ceregieli podniósłszy spódnicę – na przyrodzeniu”). Pojawia się motyw narodzin kobiecej samoświadomości cielesnej („I jak ona nazywa cipkę? (…) Wagina. Po łacinie. (…) Podoba mi się. Brzmi tak godnie. Jak wyjdę za mąż, to tylko tak będę mówić do lekarza. Albo do męża. Panie Kobler, wagina czeka”. Jest też zagadnienie cielesnego wstydu, skrępowania kobiety („Dopilnowawszy prawidłowego ułożenia ciała pacyentki na wznak, z rozłożonymi szeroko nogami, najpierw odkaziła wacikiem umoczonym w płynie antyseptycznym waginę bardzo zawstydzonej, młodej kobiety, a następnie wprawnie wprowadziła cewnik do jej ciała”). Na tle siermiężnego, wiejskiego obyczaju i praktyki porodowej, jaskrawo odcina się pewne wyrafinowanie procesu przygotowania do porodu w środowisku bogatego mieszczaństwa austriackiego („Do państwa Koblerów zawitał lekarz i został wprowadzony do buduaru pani Albiny, gdzie go przyjęła ubrana w najelegantszy strój poranny. (…) wypytał Albinę o ostatnie krwawienie, jak również o wcześniejsze doświadczenia macierzyńskie, a następnie polecił ułożyć się na łóżku do badania. (…) Dotykał jej brzucha (…) wreszcie skinął na Franciszkę, poprosił odsłonić ciało pani i przysłonić je prześcieradełkiem przed jego wzrokiem, tak aby tylko dłoń jego wybadać mogła jej drogi rodne. (…) Franciszka kształci się na położną – odparła Albina, szykując się do badania. (…) Lekarz domowy rodziny Koblerów potwierdził oznaki ciąży u pani Kobler”. Są akcenty satyry i obserwacji środowiskowej („Z badania wyniknęły wnioski (…) że pani Kobler rodzi tak swobodnie, że to aż nie uchodzi kobiecie o tak delikatnej kondycji. Rozwarcie szybko się zwiększyło nawet przy leżeniu w łóżku. Franciszka zrobiła jej lewatywę i Albina wypróżniła się do porcelanowego podsuwacza najbardziej elegancko, jak umiała, żeby pokazać pokojówkom, że jest  prawdziwą damą”. (…) „Żywioł porodu zawładnął Albiną i już dłużej nie dało się udawać wątłej i delikatnej pani. Rodziła jak wulkan, wypluwający lawę z prawdziwym uniesieniem fizycznej przyjemności”). Pojawia się też kontrowersyjne nieraz z różnych powodów zagadnienie karmienia i opieki nad niemowlętami („Proszę spróbować nakarmić dzieciątko! Poprawiła położnicy poduszkę, rozwiązała jej koszulkę i odsłoniła jedną pierś”). Pojawiają się też szczegółowe zagadnienia, takie jak niechciana ciąża z gwałtu („Rodząca bardzo cierpiała i nie chciała dać się zbadać. (…) Potwierdziło to przypuszczenia położnej, że dziecko pochodzi z gwałtu”), kwestia przedmiotowej, biernej pozycji kobiety w procesie rodzenia („Kasia zaczęła stękać” (…) postękała znowu i za chwilę pokazało się dziecko” (…) „Rodząc posłusznie poddawała się wszystkim zabiegom”). Pojawia się też kwestia regulacji poczęć i prawnego zakazu przerywania ciąży ( „Jeśli w tym okresie małżonkowie powstrzymają się od stosunków, to nie będzie ciąży” (…) Ale wtedy się najbardziej chce – mówi Czernecka – Cycki trochę bolą, brzuch też, a w środku tak mięciutko, że jak włożyć palec, czujesz już sklepienie pochwy i wejście do szyjki macicy, chętne jak otwarte usta”. „A umiecie spędzić płód? – zaszlochała dziewczyna. Nie umiem i prawo mi tego zabrania – stwierdziła, nie pozostawiając jej cienia nadziei – Ty byś mogła umrzeć, a ja bym poszła do więzienia”).

Opowieść Sabiny Jakubowskiej jest nieskrępowanym konwencjami społecznymi, szczerym, nieupiększonym obrazem procesu prokreacji na przestrzeni dziesięcioleci, z punktu widzenia kobiety i krępujących ją rozlicznych uwikłań klasowych, obyczajowych, religijnych i prawnych.

Sabina Jakubowska – „Akuszerki”, Grupa Wydawnicza Relacja,  Warszawa 2022, str. 704, ISBN 978-83-66997-68-4

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko