Grzegorz Walczak – 27 marca – MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ TEATRU (i może powrót Obłocznych)

0
45

W związku z Międzynarodowym Dniem Teatru, który właśnie obchodziliśmy, chciałbym przypomnieć zainteresowanym o mojej sztuce teatralnej “Obłoczni, czyli Sen Chopina“, którą od listopada 2010 roku graliśmy aż do początków pandemii. Obsada wyborowa:  Olgierd Łukaszewicz – Chopin, Henryk Talar – Julian Fontana,  ja – mniej wyborowy, w roli  Autora-Reżysera, atakże Upadłego Anioła, co mi najbardziej odpowiada; muzycy –  słynna multi-instrumentalistka Maria Pomianowska, która “napisała” muzykę Chopina, i świetni – Ewa Ossowska, pianistka, z multi-instrumentalistą Gwidonem Cybulskim. Sprowokowany niedawno przez Andrzeja Bartkowskiego – prezesa Mazurkas Travel  (u którego w ramach II Forum Humanum również mieliśmy przyjemność zagrać nasz spektakl) pytaniem o genezę i początki mojego chopinowskiego szaleństwa napisałem ten niewielki felieton: 

           Nasz Chopin, czyli Co mi strzeliło do głowy

           Dlaczego podjąłem tak niełatwy temat? Trudność wynikająca z dysonansu faktologicznego  ukaże się wyraźniej, gdy weźmiecie Państwo pod uwagę fakt, że muzyka Chopina Pomianowskiej ogarniała w jej etnicznych wykonaniach prawie cały świat, a za jego życia tylko kilka krajów. Zabierając się do pisania sztuki, sądziłem, że to przeszkoda nie do pokonania, że chyba upadłem na głowę.

            W 2010 r , w 200-lecie urodzin Fryderyka Chopina Maria Pomianowska przygotowywała album muzyczny „Chopin na 5 kontynentach” i namawiała mnie , bym podjął ten temat w jakimś ujęciu literackim, może w sztuce scenicznej. Zachęcał mnie też do tego  Adam Struzik – Marszałek Województwa Mazowieckiego, co stwarzało szansę dofinansowania produkcji spektaklu  o naszym najwybitniejszym kompozytorze. Temat wydawał mi się ograny, wykorzystany w teatrze i w filmie, „Lato w Nohant” już było. Nie zamierzałem się ścigać z Iwaszkiewiczem. Po przesłuchaniu materiału muzycznego Marii , choć byłem przerażony, zmieniłem zdanie. Jej „Chopin” muzycznie był całkowicie odmienny, nie taki, jakiego do tej pory znaliśmy. Wpadłem na szatański (może boski) pomysł, jak pokazać Chopina i jego muzykę dziś, a uszanować prawdę historyczną o jego życiowych przypadkach. Zastanawiałem się gwałtownie, jak pokazać go wszędzie tam, gdzie go dzisiaj można usłyszeć, gdzie była ze swym muzykowaniem niezmordowana propagatorka muzyki etnicznej, a zarazem Chopinowej. A Maria była chyba wszędzie, na całej kuli ziemskiej, gdzie przecież nie mógł wtedy dotrzeć On, On, który musiał istnieć w każdej sekundzie naszego współczesnego spektaklu. I znalazłem klucz dramaturgiczny, by rozwiązać tę sprzeczność, by niemożliwe w twórczej wizji czasu stało się możliwe. Postanowiłem pokazać Fryderyka prawdziwego, żywego, ale już po śmierci. Żeby to zrozumieć, trzeba zobaczyć nasze  przedstawienie.

           Scenariusz oparłem na autentycznych listach Fryderyka Chopina i jego sekretarza osobistego w Paryżu, kompozytora – Juliana Fontany –  na listach do ich przyjaciół. Listy te odnalazła po ok. 170 latach od ich napisania Magdalena Oliferko i opublikowała je na kilka miesięcy przed rozpoczęciem mojej pracy nad sztuką. 20 lat po śmierci Chopina umarł też Fontana, by się spotykać z przyjacielem w moich tytułowych obłokach i… dopiero wtedy się przeciw niemu zbuntować. Za życia nigdy się nie odważył.  Dopiero w „Obłocznych, czyli Śnie Chopina” Julian wypowiada swoją do końca życia tajoną skargę, nie wymyśloną przeze mnie, lecz wyrażoną przez niego w listach do Stanisława Egberta Koźmiana i wicehrabiny Kornelii de Verny. To odkrycie pozwoliło mi rozwinąć niezwykle specyficzny, z całą gamą stylistycznego dystansu, konflikt między dwoma przyjaciółmi,      z których jeden przez długie lata służył wiernie wielbionemu przez siebie mistrzowi.  „Akcja” sztuki to swoista podróż obu muzyków w nadziemskiej przestrzeni poza realnym czasem. Poetycko-fantastyczna fikcja splata się we wzajemnym przenikaniu z autentycznymi przeżyciami głównych bohaterów. Oczywiście króluje tu muzyka Chopina, którą, jak się żartobliwie wyraziłem, napisała Maria Pomianowska. Wybaczcie to moje logicznie przewrotne sformułowanie, aliści w pewnym sensie uzasadnione.   W spektaklu mamy do czynienia z niespotykaną propozycją potraktowania muzyki Chopina. Jest to niezwykle oryginalna wersja etniczna, zmienna w swej etnicznej formie, w różnorodności schematów rytmicznych, kolorycie – w zależności od tego, nad którą krainą (kulturą muzyczną) zatrzymują się nasi  „obłoczni” bohaterowie. Chopin grany na suce biłgorajskiej, fideli płockiej, sarangach, gadułkach i czort wie jeszcze na czym, nie kojarzy się z  klasycznym koncertem filharmonii.   Mimo rosnącej na świecie sławy Marii Pomianowskiej, mimo tego, że udało mi się przywabić do swojej sztuki tak wybitnych aktorów, jak Olgierd Łukaszewicz i Henryk Talar, zawisła nad nami groźba  zakończenia naszej ledwo rozpoczętej działalności,  gdyż teatr Praga, pod którego szyldem odbył się spektakl premierowy w wydzierżawionej Fabryce Trzciny, właśnie się zwijał i na zawsze opuszczał kurtynę.  Niewielkie mieliśmy szanse bez dalszej pomocy finansowej,  a żałko było kończyć, gdy ukazały się piękne recenzje, a publiczność się do nas szczerze uśmiechała, najczęściej nie szczędząc bisów.  I już się nie liczyło to, że umówiłem się z aktorami jeno na trzy występy, i nie przeszkodziło też im to, że twórcze wizje miałem, wciąż nowe, więc przez jeszcze długi czas po każdym kolejnym występie przynosiłem nieszczęsnym na próby nową wersję tekstu. To, że  nie pożarli mnie Obłoczni i uszedłem z życiem, a nawet przyswajali moje tekstowe poprawki, rozwinięcia i inne autorskie perwersje, jest chyba zasługą Niebios, z którymi być może zawarłem tajny pakt. To nie jest zespół, co tylko goni za dołgom rubljom, to prawdziwi artyści i inteligencja. Wiedzieli, że musimy grać. A i ja grałem z nimi na scenie, no, częściej pod sceną przy swoim autorsko-reżyserskim stoliku. Mało tego, przejąłem na siebie funkcję instytucji, dałem się wmanewrować w dowodzenie całym tym mobilnym Zespołem – teatrem.  Rozpędziliśmy się tak, że wprawdzie z większymi lub krótszymi przerwami od premiery w listopadzie 2010 r. graliśmy w Warszawie i w Polscecałej przez ponad 9 lat, póki nam nie przeszkodziła pandemia.

           Nie żałuję, że podjąłem chopinowski wątek i już na początku postawiłem sobie skrycie intrygujące pytanie, czy taka forma się przyjmie, czy widz – nie tylko nieprzeciętny – da się wciągnąć w tego typu fikcję, za którą się kryje poznanie autentycznych rysów mniej znanego Chopina i chętnie ucha nastawi, by usłyszeć, jak wybrzmi ta zadziwiająca wersja jego muzyki, jaką zaproponowała Maria Pomianowska.

            Mam nadzieję, że jeszcze wrócimy do tych teoretycznych pytań, szukając odpowiedzi w naszej obłocznej wędrówce. Niech no tylko sczeźnie ten szatański covid, co wbrew oficjalnym zapowiedziom chyba tak szybko nie nastąpi. Jako upadły anioł mam z najwyższych sfer nieco mniej optymistyczne informacje. Teraz jednak w czas wiosenno-letni mogą się Państwo domagać wznowienia naszego spektaklu, co nie tylko zależy od naszego Zespołu, ale i od zapraszających nas ośrodków kultury w całej Polsce. Jak teraz, w dobie kryzysowej będzie wyglądać sytuacja finansowa Kultury, tego jeszcze nie wiemy.  Tak czy inaczej, Sława Sztuce i Sława Ukrainie!

Grzegorz Walczak

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko