Adam Lizakowski – Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero

0
124
Adam Lizakowski
Adam Lizakowski

Nowy Jork, – współczesny Rzym – mówiąc krótko i po żołniersku, to miasto zrodzone najpierw z ludzkiego pragnienia a później w ludzkiej wyobraźni, chciwości i hedonizmu. Miasto groza, strachu, śmierdzące pieniądzem dla biedaków, ale pachnące pieniądzem dla bogaczy, w którym należało się bać tylko śmierci i urzędu podatkowego. Cokolwiek byśmy o nim nie powiedzieli, napisali czy pomyśleli zawsze będzie to prawdą, bo miasto to inspiruje i porusza nie tylko zmysły, serca, ale i mózgi wielu pokoleniom emigrantów, którzy przybyli do niego, aby dokonywać największych transakcji finansowych na Wall Street, a także czytać wspaniałe rękopisy czy unikalne wydania książek w najpiękniejszej bibliotece świata. Miasto największych bogatych śmietników, opadów, na których miliony ludzi na cały świecie chce zbudować swoje szczęście i różową przyszłość.

Magdalena Rittenhouse pewnym stopniu, (bo inaczej się nie da), próbuje oprowadzić swojego czytelnika, jako przewodniczka po ulicach Manhattanu, wyjątkowych miejscach, ważnych dla historii miasta, ale i całego świata.  Opowiada historię – wyspy – miasta, opowiedzianą już wiele razy, ale zawsze się znajdą tacy, którzy jej nie znają. Najpierw należało do Indian i koralików za które sprzedali Holendrom, coś, co nazywali  Mannahatta.  Holenderscy koloniści, to samo nazwali Nowym Amsterdam, później  angielscy koloniści, nazwali to sam o miejsce Nowym Jorkiem.  Nie było by żadną dezinformacją, jeśliby miasto dzisiaj nazywałoby się Nowym Berlinem czy Nową Jerozolimą. (Wkład społeczności żydowskiej w rozwój kulturalny i ekonomiczny miasta był i jest tak wielki, że Żydzi, chyba tylko przez grzeczność jeszcze nie zmienili nazwy miasta na Nową Jerozolimę, chociaż stanowią tylko 13 % jego mieszkańców). Oni też są przeważnie bohaterami – przewodnika –książki – dziennikarki Rittenhouse.

 Autorka wspomina na kartach swojej książki, że trafiła do Nowego Jorku z Londynu wraz z mężem, który tutaj dostał nową pracę a sama będąc z małym dzieckiem w domu postanowiła na własną rękę opowiedzieć o „swoim nowym miejscu na Ziemi”. Zaczyna swoją opowieść tak jak należy to zrobić, czyli od samego początku i jest to fascynująca historia w szczególności ostatnich dwóch stuleci. Niby ją znamy ze słyszenia, niby coś tam słyszeliśmy, niby wiemy, w którym kościele dzwonią dzwony, albo, w której synagodze kantor śpiewa, ale naprawdę warto ją przeczytać, bo niewiele wiemy.  Należy zaufać wiedzy naszej przewodniczce, która sama miała wielu przewodników po mieście, nie licząc książek i przewodników, które musiała przeczytać zanim zabrała się za pisanie.

Napisała książkę ze znawstwem i prostotą, bez wdawania się w zbędne i skomplikowane opisy, ma dar narracji i dlatego rozdział po rozdziale czyta się „lekko i szybko”. Na kartach książki pojawiają się wielkie nazwiska ludzi kultury, którzy w ten czy inny sposób wpłynęli na nasze myślenie o Ameryce, sztuce, Amerykanach, świecie. Zaczyna się od cytatu z wiersza piewcy Ameryki i miasta, jego mieszkańca poety Walta Whitmana, następnie jest cytat z genialnej książki pisarza Francisa Scotta Fitzgeralda pod tytułem „Wielki Gatsby”, czyli nie jest źle. Wśród wielu setek innych nazwisk będzie też wspomniany wspaniały fotograf Alfred Stieglitz a także „król jazzu” George Gershwin syn ubogiego Żyda emigranta z Rosji, którego marzeniem było, aby syn urodzony w biedniej dzielnicy żydowskiej Lower East Side został księgowym a nie pianistą, czy artystą. Nie trzeba dodawać, że syn ojca nie posłuchał został muzykiem, a przy okazji milionerem. Wielkich osobowości w tej książce nie brakuje i każdy, kto ma umysł chłonny i jest dociekliwy powinien ją przeczytać z wielu powodów, nie tylko dla sławnych i bogatych, ale i z przyjemnością. Oczywiście, oprócz wielkich i uznanych nazwisk w tej opowieści są setki nazwisk z tych czy innych powodów zapominanych albo „słabo zapisanych w ludzkiej pamięci” przeciętnego człowieka.  Mowa tutaj przede wszystkim o twórcach takich jak założyciel pisma „New Yorker”, którego określa współczesny redaktor naczelny David Remmick, „jako „wesołego faceta z bujną czupryną”, a kilka wersów dalej dodaje:, „ale przypominał trochę hipisa a trochę chasyda”. (s.259/260). (Wspominam ten tygodnik, bo też do niego kilkakrotnie wysyłałem swoje wiersze, ale nigdy nie udało mi się opublikować choćby jeden). Pismo bez którego dzisiaj trudno wyobrazić sobie życie intelektualne miasta a nawet Ameryki, ale praktycznie nikt nie pamięta nazwiska założyciela pisma.

Fantastyczny jest też rozdział  6, w którym Rittenhouse opisuje proces stawania się Nowego Jorku nie tylko drugim Paryżem mody światowej, ale stolicą mody światowej. Siódma Aleja, zwana Aleją Mody, to aorta krawieckiego dystryktu. To tam przybyli krawcy żydowscy przede wszystkim z Europy Wschodniej rozpoczynali swoje życie na Ziemi Waszyngtona. Tam też znajduje się naturalnej wielkości rzeźba mężczyzny w jarmułce pochylonego nad maszyną do życia. Rozdział ten kończy się niestety smutnie, bo Chiny i masowa produkcja odzieży „zabija finansowo dzielnicę”.  Ale trzeba dodać, że ona nie umiera, są inni , którzy będą w niej pracować i pracują, robią wszystko, aby tradycja „krawców” przetrwała a dzielnica nie upadła.

Jeśli kogoś bardzo interesuje malarstwo współczesne i odkrywanie tajemnic jego twórców rozdział 19 jest łakomym kęskiem, bo mowa w nim o największym z największych „kowboju z farbą” czyli autorze płócien Jacksonie Pollocku, który zrezygnował ze sztalug i zamiast ich wykorzystywał podłogę.  Przy okazji na chwilkę pojawi się w tej powieści z nożyczkami dadaista Marcel Duchamp oraz ekscentryczna i ponoć brzydka i obrzydliwie bogata dziedziczka fortuny Peggy  Guggenheim, którego ojca pochłonęły fale na oceanie Atlanstyckim, gdy „Tytanik”, uderzył w górę lodową.  Jak płotka niesie włożona w usta Jacksona, który miał powiedzieć: Żeby się pieprzyć z Peggy, trzeba założyć sobie na głowę ręcznik.  Tę uwagę trzeba zostawić bez komentarza, bo nie o pierzenie się w tym rozdziale chodzi a o wrażliwość i narodziny artysty, który zmienił współczesne malarstwo.  Warto przeczytać to  co napisała autorka o tym wszystkim.

Na książkę niczym rzymską mozaikę składają się szkice pisane prawdopodobnie na przestrzeni kilkunastu miesięcy czy kilku lat, wcześniej ogłaszane na łamach pracy polskiej i nie trzeba dodawać w tym czasie kreatywnego myślenia i pisania miasto się zmieniało „prawie na oczach”.  Rittenhouse jest miłośniczką tego co minione, ale też uważnym świadkiem współcześni, jako baczny obserwator widzi miasto z wyjątkową ostrością niezależnie od tego czy jest na Wall Street czy na Broadwayu.  Podziwia budowniczych Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, (rozdział 12) ta część spodobała mi się najbardziej uwielbiam biblioteki i historia jej jest opowiedziana po mistrzowsku. Tutaj się pochwalę, bo sam kilka razy byłem w niej gościem nawet raz trafiłem na wystawę poświęconą poetom z tzw. Beat Generation, gdzie na własne oczy mogłem oglądać oryginały listów, wierszy, fotografie, notatki, fragmenty dzienników takich twórców jak Allen Ginsberg, William S. Burrough czy Jack Kerouac.  Interesująco pisze wspominając  ludzi zaangażowanych w budowę pierwszej Synagogi wybudowanej przy Eldridge Street przez tych „gorszych Żydów”, czyli religijnych i konserwatywnych z Europy Wschodniej. Z tego rozdziału dowiadujemy się, że nie najważniejszy jest rabin w synagodze a kantor, którego  sprowadzono przez ocean aż z Odessy i to pierwszą klasą wraz z rodziną z tak wysoką pensją, że wielu zamożnych rzemieślników tyle nie zarabiało.

Rittenhouse nie mówi tego wprost, ale daje do zrozumienie i czytelnik to wie… Nowy Jork … Nowy Jork, resztą, kto by nie znał Nowego Jorku, którego legiony promocji”  w postaci kubków do kawy, plakatów, filmów są wszędzie w każdym zakątku ziemi.  Naklejki na samochody,  T-shirt  popularyzujące miasto można obecnie spotkać nawet w lasach dorzecza Amazonki, albo na Wyżynie Tybetańskiej. Jeśli Nowy Jork  – głowa świata – oczy świata  to mała wyspa Manhattan,  jest jednym z najbardziej zaludnionych i najdroższych miejsc na świecie. Nie będzie żadnej przesady, jeśli napiszę, że sercem miasta jest właśnie Manhattan tak samo jak Wall Street jest sercem światowego biznesu.

Można po raz tysięczny powiedzieć, i nie będzie to banałem, że ogromna fala ludzka ze wszystkich zakątków świata, która tutaj przybyła po lepsze życie, a miała na myśli bogacenie się. I nie ma nic w tym złego, jeśli są pieniądze, jest zdrowie, i jest się młodym i silnym, chętnym do pracy, to Nowy Jork jest tym miejscem gdzie powinni znaleźć się ludzie mający marzenia, pomysł na biznes czy na kulturalne spędzanie czasu, na którym też można dobrze zarobić.  Manhattan to także serce kapitalizmu, jeśli ono jest zdrowe Nowy Jork jest zdrowy i cały świat dobrze się czuje.  Na dowód tego wystarczy wspomnieć o notowaniach dolara i już wszystko wiemy.   

Przez wiele lat mieszkając w Ameryce chciałem napisać książkę o Ameryce, o miastach, w których mieszkałem, San Francisco, Chicago, nawet o Los Angeles czy o Nowym Yorku, w których nie mieszkałem, ale byłem kilka razy u przyjaciół. Jak większość nowojorskich artystów i nie tylko nowojorskich lubiłem sztukę, wino, książki, biblioteki, kobiety dalekie wędrówki czy podróże zagraniczne. Niestety nie udało mi się, po prostu „zasiedziałem się”, gdybym od razu po pierwszym roku pobytu w Ameryce zaczął o nich pisać, książki taki by powstały trzy lub cztery dekady temu. Niestety nie udało się ich napisać, ale Nowy Jork, Od Mannahatty do Ground Zero polecam, każdemu kto jest ciekawy i ludzi i świata.

Ps.

Nie ma w książce Magdaleny Rittenhouse o Nowym Jorku wiele o Polakach, ani polskich artystach/literatach mieszkających w tym mieście. Jedynie w rozdziale 20 jest wspomniany aktor, reżyser Leonidas Dudarjew  Ossetyński, który po drugiej wojnie światowej trafił do Los Angeles na drugi koniec Ameryki.  Ten artysta zapewnie zainteresował autorkę, tylko dlatego, że poznała jego wnuczkę Monicę Hunken, która tak samo zwariowana jak jej dziadek szukała swojego miejsca na Ziemi. Nie wiele piszą o Polakach w Ameryce i Magdalena Rittenhouse nie jest tutaj wyjątkiem.  Nie jestem tym faktem ani zaskoczony ani zdziwiony. Sam prawie trzydzieści lat temu napisałem wiersz o tej sytuacji pt. Kiełbasa i Pierogi.

Świdnica styczeń, 2022r.


Magdalena Rittenhouse. Wydawnictwo Czarne Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero. Stron 400. Rok wydania 2013


Adam Lizakowski

Kiełbasa i Pierogi

Pewnym krokiem wszedł do kawiarni,
na umówione spotkanie ze znajomymi
/nic o jego ojczyźnie nie wiedzieli,
nawet gdzie ona jest? gdzieś blisko Rosji? chyba/.

On pochodził z kraju o tysiącletniej pięknej historii,
gdzie mieszka tradycja całowania kobiet
w rękę na dzień dobry i na do widzenia,
dumny z siebie i kraju patrzył
na nich z politowaniem i wyższością.

Był młody, subtelny, dobrze ułożony,
rano kształcił się
(chciał zostać profesorem literatury swojego kraju),
 popołudniami przesiadywał w kawiarniach
(tam, gdzie mieszkają ludzki gwar i muzyka),
wieczorem ciężko pracował w brygadzie
sprzątającej wielkie sklepy
(tam wysiłek mięśni i pot zamieniał
na wino i papierosy, chleb i kawę).
Amerykańskim znajomym opowiadał z dumą
o swojej ojczyźnie, wspominał sukcesy,
najpiękniejsze momenty jej historii,
z jego ust padały niezliczone pochlebstwa.

Opowiadał o niesprawiedliwości, jaka ją spotkała,
dowodził jej prawości. Jego słowa płynęły
bezszelestnie przez pola i łąki, szybowały
ponad górami i miastami,
dźwięk ich mieszał się z tupotem nóg,
galopem końskich kopyt, warkotem czołgów,
unosiły się ponad stolikami kawiarnianymi,
nasiąkały dymem papierosowym i wonią kawy.

Dla nich nie miało sensu to, o czym mówił,
jakieś tam niepotrzebne żale, fatum ciężące nad jego ojczyzną,
wygrane bitwy, przegrane wojny.
Widzieli jak bladł i jaki sprawiają mu ból mówiąc:
 – Nic o twoim kraju nie wiemy poza tym,
że słyniecie w świecie z kiełbasy i pierogów.
Chicago, 1998r.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko