Małgorzta Dorna – Wendrychowska –  Zapiski odręczne na tekstach Zbigniewa Joachimiaka

0
54

„Trzymam w dłoni twój list, jest z papieru, prawdziwy” Z. J.

Parafrazując tę tylko z pozoru prostą, naznaczoną odcieniem romantycznego smutku lub może modernistycznej melancholii myśl, myśl otwierającą z dawna już zapomnianą furtę tajemnego, zarośniętego ogrodu  – mówię: Oto przede mną tom poezji, zapisanej na prawdziwym papierze. Takim trochę pożółkłym, chropawym. Tom autorstwa prawdziwego, żyjącego Poety. Przedstawiciela pradawnej szkoły poetów, ludzi literatury i pióra. Pióra co po Nowidowemu – niepokorne. Literatury co tkanką życia, odpowiedzialną za nieprzespane noce, bolesne kołatanie serca i przyśpieszony puls.

Na czarnej okładce biały, graficzny rysunek winniczka. Ślimak pnie się powoli, zostawiając płaszczyznę zarysowaną koronkowymi, starannymi  znakami. Celowo mówię „płaszczyznę” nie jakąś tam (po teatrologicznemu) „przestrzeń”.  Trudno mi bowiem (nie przypisując mu własnych intencji) uwierzyć, że ślimak – posiadł był (tak powszechne) poczucie autokreacji, wyczucie maski i roli. Ślimak (jak kamyk Herberta) „równy samemu sobie”, wypełniony po brzegi ślimaczym, półpłynnym  sensem – „rysuje na chodniku swoje biało-szare hieroglify ze śliny”.

Przedstawiciel podtypu muszlowców, mieszkaniec okresu wczesnego kambru, znamienita persona pierwszych milionów lat ery paleozoicznej  – nie mówi teatralnie: „tekstem”.

Dane mu szeptać litery, „wysyczać” je z wolna ku ziemi, spokojnie, z godnym stoika umiarem, z namysłem lub może – z rozmysłem. A ziemia „gorąca, choć jeszcze wilgotna po deszczu”. Akceptuję tę rolę Poety – spokojnego obserwatora, notującego z umiarem godnym dokumentalisty fakty. Istnieje bowiem poezja faktu, faktu żyjącego życiem własnym, osobnym. Faktem jest szept ślimaka, faktem hortensje i „późne, sierpniowe róże”, faktem bezruch i rozpad, znak „nieśmiertelności ślimaka” i czasu, gdy (jak informuje Poeta) „ogród przestanie kwitnąć dla mnie”. Fakty pozostawione bez komentarza – działają bez znieczulenia. Pojmuję je na swą miarę. Na miarę humanistki zanurzonej w wolnych od humanizmu czasach. Ślimak, symbol „esencjonalnych” i „miękkich trwań” wobec moich osobnych, nieskończenie kruchych i ulotnych nietrwałości.   

Trwanie ślimaka w ogrodzie… Bowiem  ogród istnieje jeszcze i (jakby na przekór tym czasom) trwa „mocno” (jak mówi Poeta) „intensywnie”. To trwanie pod bacznym okiem Absolutu, dla którego nie ma widocznej różnicy pomiędzy. Pomiędzy: drzewem, ślimakiem, jabłkiem, wędrowcem i drogą. A droga prowadzi na początku łagodnie od wnętrza  ogrodu, w którym „kwitną szaleńczo hortensje”, ku  owym  zbiorom znaków kaligraficznie doskonałych, utkanych z supłów i ściegów, gdyż „wiersze zawiązuje się mozolnie”. Daję się ponieść tej drodze, prawdziwej do granic, wznoszącej się z lekka ku czarnej krawędzi okładki, gdzie świeci niewielka plamka idealnej, czystej jak wykrzyknik bieli. Księżyca? Zetlałego w upale słońca? Czarnych, symbolicznych słońc, co to jak w filmie Truffauta, poświęconym miłości Adeli H.  – wiodą na zatracenie?

Wiersze, adresowane do córki i z nią pospołu tworzone, owe jakże osobiste, naznaczone piętnem prawdy (zderzonej ze światem uporczywej iluzji) wyznania – układają się w skontrastowane ze sobą, niekiedy przenikające się wzajem – obrazy. Oto malarstwo wyrafinowane formalnie, oszczędne jak owe hieroglify pisane śliną ślimaka, umiejętnie operujące walorem, delikatnym konturem, obrysem. Oto malarstwo otwierające bramy niedostępnych, mocno znaczących swą obecność ogrodów, pogrążonych w bezruchu i ciszy, ogrodów tym bardziej prawdziwych, im bardziej iluzoryczna okazuje się przestrzeń pozostawiona poza ramą konkretnych, zapisanych na płótnie scen. Oto wreszcie malarstwo skoncentrowane na materii obrazu, na owej (odsłanianej celowo) chropawości tworzywa, malarstwo w którym doskonale położone laserunki sąsiadują z fragmentami odkrytego płótna, ujawniającego osnowę, pełną supłów i zgrubień strukturę podobrazia.

Tak, więc oniemiała trafnością tych wizji, oniemiała i uważna zarazem, zastygła w milczącym bezruchu, twarzą w twarz wobec pierwszego obrazu – daję się ponieść istocie wędrowania, przemierzania tej malowanej wyrafinowanymi pociągnięciami pędzla, prowadzonej tak płynnie, poza czasem zewnętrznym, żyjącej czasem własnym – drodze.

Oto wiedzie mnie ona ku czasowi rozpadu, jakże kameralnej i cichej, osobnej Apokalipsy, bo przecież „umilkną świerszcze, Mędrcy zapowiedzą obniżenie temperatury (…) kwiaty hortensji stracą kolory i staną się papierem”. Oto zanim oddam się bez reszty  wędrowaniu – droga zatoczy koło i otworzy przede mną raz jeszcze furtę tajemnego ogrodu. I znowu stanę jak przed połyskliwą taflą, wobec znanego mi, a może tylko przeczuwanego, niezmiennie jednak bliskiego – obrazu.

Na płótnie „stara kobieta”, fachowo wkomponowana w niewielki fragment pejzażu, przędzie (jak zwykła to czynić wyposażona w kądziel i wrzeciono Nona) skrawek włóczkowej  materii na „wytartych drutach”. Współczesna Nona nie grzeszy kobiecą urodą i zapewne, wolna od zmysłowej, ziemskiej potrzeby – nie „grzeszyła” też była nigdy. Posiada „chude ramiona”, co to „wystają z połatanego swetra zimowych gałęzi”. Bywa, że w jej źrenicach tkwią „twarde szydła”, ale bywa też wielka łagodność, kiedy odkłada robótkę i pyta: „A ty zawiązujesz czy rozwiązujesz wiersze?”. Daleko jej do jednej z trzech, wyzłoconych Parek, przedstawionych w „Tryumfie Prawdy” mistrza  Rubensa.

I pejzaż jakże odmienny, odległy od Rubensowskich żółcieni i brązów, nie naznaczony refleksami światła. Ogród dotknięty już zimowym chłodem, gorzkim pędzlem malarza – naturalisty. Kobieta siedząca w ogrodzie, ze schyloną głową, pełną „pięknie złożonych sentencji” i „tłustych pewnych siebie nie całkiem zrozumiałych wyrazów” – strząsa je, owe wyrazy, sentencje, litery. A wówczas „rozłażą się po całej głowie, jak robactwo po starym spróchniałym dębie”. 

            Gdyby sprowadzić ten obraz, naznaczony spokojnymi pociągnięciami pędzla  tylko do zapisu działania? Tylko do  jednowątkowej, prowadzonej linearnie fabuły? Cóż wtedy?

Oto stara kobieta siedzi w ogrodzie i wykonuje (jak wiele starych kobiet) robótkę ręczną na drutach. Postać kobiety w pierwszym planie, statyczna. I tutaj znowu skojarzenia z „Pomarańczarką” pędzla  Gierymskiego lub „Koronczarką”,  bohaterką oleju jakiegoś niderlandzkiego mistrza. Zatem wszystko byłoby dość oczywiste… Byłoby tylko do chwili, w której pejzaż staje się kobietą, a kobieta? Kobieta – pejzażem.

W malarstwie Zbyszka (jakże odległym od zapisu klasycznych „scen rodzajowych”) kobieta siedzi, wrośnięta w ogród, zakorzeniona jak drzewo. Nie bardzo jednak wiadomo, gdzie kończy się struktura porowatego pnia, a zaczyna się ona, rosochata i sucha, pradawna. Poeta mówi, że jednak…, że kobieta  „zmienia się wraz z pogodą, raz jest w zieleni, raz w złotych liściach” i oczy jej „jak zielone stawy”. Nie wiedzieć na ile zgodnie z intencją i zamiarami malarza – wizerunek kobiety w ogrodzie (kompozycja figuralna jednak pozornie statyczna, bo drzewo łączy żywioły, żywioł ziemi, powietrza i wody) przypomina mi lekturę sprzed lat. Oto zbiór, autorstwa Gastona Bachelarda, listonosza z zawodu, filozofa i teoretyka „wyobraźni poetyckiej”, twórcy krytyki tematycznej – z pasji i powołania. Dla Bachelarda drzewo to symbol trwania, jego pień „twardnieje by trwać”, konary wznoszą się ku niebu, korzenie (zwierciadlane odbicie korony) dążą do wnętrza Ziemi.

Opuszczam kobietę w ogrodzie. Tak wierzę i chciałabym wierzyć. Czuję jednak na plecach jej wzrok. Patrzy intensywnie i spojrzenia tego nie łagodzą „zielone stawy” jej oczu. To ona wskazuje mi drogę. Drogę, odmienną od mojej, co to zawsze zarośnięta zielskiem, pachnąca macierzanką i miętą, wiodąca po skraju otchłani.

A przecież owa ścieżka, której daję się teraz prowadzić, wiedziona (lub uwodzona?) dłonią bliskiego Poety – podobno „zwykła jak każda inna” , bo dane jej „dreptać do przodu”.

Ścieżka owa nie tak linearna, jakbym pragnęła, „bez śladów nadzwyczajnych ingerencji” – „czasami zawija się i cofa”. I widzę teraz zimową taflę jeziora, połyskliwą jak legendarny parkiet, w legendarnej, przedwojennej „Adrii”. Oto tafla, po której porusza się  tanecznym, spowolnionym krokiem znajoma mi z dawna – para. Sylwetki tancerzy są kruche, ich kroki lekkie i zwiewne. Dlatego „przy każdym obrocie boją się (wzajem?) o siebie”. Ona mówi nie wiedzieć do kogo: „Nie chcę się przewrócić i nie chcę by ojciec upadł”. A On powtarza jej tylko, że jest piękna i „nie przestanie jej w tym tańcu o tym (o owym pięknie?) opowiadać”. Domniemane ogrody, opustoszale i chłodne, gdzie tafle skute lodem, a blada, mleczna poświata otula tancerzy miłośnie – wiodą mnie znowu ku „Adrii”, o której snuli swe nostalgiczne opowieści ci, którym dane tak było tańczyć i lękać się i tulić wzajem.

Moje drogi ze światów równoległych, częściej bezdroża, niż drogi. Droga Poety już „przed wiekami zrobiona”. Tych dwoje zwalnia taneczne kroki, podążają teraz niby osobno, ale to tylko pozór.  Ona o kilka kroków przed drogą, przed światłem, przed czasem. On jednak nie czuje samotności, bowiem  Ona wydeptuje swą ścieżkę, swoją i jego… Czyli tak niezupełnie „swoją”. A On szepcze jej czule, świadom sekwencji obrazów i trajektorii dróg: „Idź moja kochana, bo jesteś moim krokiem przede mną…”

            Odmiennym traktem podąża się ku codzienności, uprawiając ziemię jałową reportażu.  Pod stopami beton wielkiego miasta: spękany, spopielony, zbyt suchy. Ten, kto doświadcza obecności „niepoetyckich” miejsc – buduje swój świat na mocnym fundamencie prozy, prozy naznaczonej siłą (!) poetyckiego obrazowania. Tu nadal ta zmagania ze słowem, moc skondensowanej wizji, siła metafory, rozdarte niebo alegorii i symbolu.

Oto Nowy Jork. Widziana z perspektywy jastrzębia – kamienna i martwa przestrzeń. Zapis z roku 1983. Czas tu w istocie „ptasi”, bo „w ptasich rozmiarach”. Zatem chłodna konstatacja faktów: „ostry dziób”, „pióra odporne na deszcze i zawieje”. W domyśle: oko ptaka jak zimne  oko Absolutu, co to sam się rozwinął do „ptasich rozmiarów”. Wreszcie godne prozaika stwierdzenie: „z perspektywy czasu nawet gdy kołuje, ludzie są jak mrówki.”

Mówili, że walki, gdzie chodzi o życie – toczy się w prozie. Mówili: zawsze tak bywało.

A przecież oboje wiemy, że „więcej waży jedna dobra strofa…” Więc znowu daję się wodzić Poecie. Prowadzić ku obcym mi miejscom, nieznanym, spoglądać na nie raz z perspektywy lotu, raz owej „zamroczonej mrówki”, która „się ze zbyt dużych szponów wymyka”.

Póki co – wymykamy się oboje. On – romantyczny Poeta, zawsze dający świadectwo. On – „piórem z ognia” obdarzony i wielką siłą odwagi, tak wielką, że milczeć nie dozwala. Ja – ekscentryczna humanistka, przenosząca ślimaki przez drogę, hodująca jabłonie i róże.

Trajektorie naszych lotów przecinają się w supłach obrazów. („Wersy układa się w ściegi, supełki stawia się w akcenty.”) Oto wizerunek jabłka. Jabłko (kamień filozoficzny ludzkiego istnienia?), być może symbol Wszechbytu i trwania – obiera się powoli, z uwagą, szukając odpowiedzi na dwa, jakże ważkie (z ziemskiej perspektywy) pytania. Pytanie o śmierć i o wieczność. Skórka jabłka układa się w drogę życia. Droga życia Poety, owa „sprężynka zielonej skóry” znaczy ślady „kręgów na kartce papieru”. Poeta mówi, oszczędnie dobierając słowa: „Nie przekrawam jabłka na pól, do środka owocu powoli dochodzę.” Ten zapis wędrówki w głąb jabłka, wędrówki prowadzonej konsekwentnie, spokojne, z filozoficznym dystansem, we „właściwym kierunku”, z umiarem – nie pozostawia złudzeń. Wewnątrz kryją się „małe, gorzkie pestki miłości”.

Wiersz Zbyszka prowadzi mnie znowu ku sztuce. W malarstwie motyw jabłka, tak lubiany przez Paula Cézanne, jabłka sprowadzonego do formy geometrycznej, naznaczonej mocnym obrysem, do bryły – potarzał się był wielokrotnie. Oto „Martwa natura z jabłkami i pomarańczami”, olej pochodzący z 1899 roku. Owoce pokazane w intensywnym świetle, spiętrzone, nagromadzone w naczyniach i fałdach, w grubych załamaniach tkaniny. Tkanina jak wyrzeźbiona, farba kładziona impasto, z wyraźnymi śladami narzędzia. Kompozycja celowo bez perspektywy, budowana z pogwałceniem zasad. Oto jabłka rozsadzające materię obrazu, jakby starały się zagęścić już i tak zagęszczoną przestrzeń. Jabłka zmysłowe, dorodne, utrzymane w tonacji bogatych, głębokich czerwieni. Jest też obraz Cézanne „Zielone jabłka”, nieco wcześniejszy z 1873 roku. Kompozycja mocno nasycona kolorem, zda się ciężka od balastu tworzywa. Szerokie pociągnięcia pędzla lub szpachli – znaczą jednak ślady rozpadu.  Cézanne nie przekrawał był jabłka, do wnętrza kryjącego Tajemnicę – dochodził równie powoli i uważnie jak czyni to współczesny Poeta.

A ja, zanurzona w codzienności hoduję zdziczałe jabłonie. Tajemna wiedza, ku której zmierzamy tak bardzo dalekimi drogami – rozsiana jest równomiernie, w ogrodach. Latem przed nastaniem pory zbiorów, podnosi się jabłka spod drzewa. Są małe, zielone i twarde, poprzecinane meandrami, siateczką owadzich dróg. Teraz wiem: jeżeli doczekam lata nie będę zaglądać do wnętrza, nie będę zaglądać by znaleźć „małe, gorzkie pestki miłości”.

            Z wierszy Zbyszka wiem jeszcze, że będzie towarzyszył mi Los, ten sam co „ma oczy zasłonięte opaską”, Los co „stoi pomiędzy”. Będzie zatem towarzyszył mi Los, póki jeszcze dane mi być w drodze. Nie nadążam już jednak za drogą Poety. Dane mi bowiem (jak dane zapewnie każdemu) posuwać się po linii koła, pilnując (cokolwiek naiwnie) by „nie spadła z oczu losu chusta”. Dlatego za Poetą nie  mogę podążać, nawet już bardzo powoli. I godzę się z owym zwolnionym tempem i brakiem podążania. Wiem, że nie stać mnie nawet na teatralny gest protestu, a owo pogodzenie się z Losem znaczy tylko, że nie dowiem się więcej, niż wiem, niż dane mi było wiedzieć od dawna. Wierzę Poecie, gdy czytam: „Nie dowiemy się jaki kolor oczu ma los, jaki jest jego wzrok, jak patrzy, jak mówi i co”. Być może dowie się Ona, bohaterka i adresatka tekstu, zapewne jeszcze dość młoda by szukać i odkrywać we wnętrzu jabłka jego Tajemnice. To do niej adresowane są słowa: „Gryziesz zielone jabłko, wypluwasz czarne pestki, obrana skórka robi się szara. A on, los, robi krok wstecz.”

            Towarzyszę zatem Losowi do końca, do ostatka, do kresu mej (mimo wszystko osobnej) drogi. Los mój milcząco przystaje. Nie czyni żadnego kroku, ani do przodu, ani wstecz. Zostaję zatem wpół drogi. Słyszę jeszcze słowa Poety, mocne i jednoznaczne, słowa – fakty, tak jak poezja jest faktu: „Widziałem dzisiaj spadającą gwiazdę, widziałem dzisiaj rozdartą pojedynczą trawkę, widziałem czerwone oko piekła”. Patrzę jeszcze, tak bardzo z dala, z oddalenia jak drogi Poety zbiegają się w jedną. W tę jedną, po której kroczy się samotnie, krokiem pewnym, „z tobołkiem”, który „z takim uporem” trzymany. I widzę jak daleko, z mej tak odległej perspektywy postać Poety, ledwie już naznaczona konturem, robi się coraz mniejsza i mniejsza. Nie znaczy: mniej wyrazista! Przeciwnie. Gdy Poeta spotyka na swej drodze starca – słyszę wyraźnie ich słowa. Starzec o „bladoniebieskich oczach” stawia pytanie, strzeliste, proste jak drzewo. Korona dotyka nieba, drzewo twardnieje by trwać. Pień prosty, młody i silny.  Jakby na przekór Losowi. Zatem starzec o „bladoniebieskich oczach” zadaje odwieczne pytanie. „Spytał nie dokąd zmierzam” (myśli Poety brzmią teraz wyraźnie, a dźwięk ich zapada w mą ciszę) „Ale co mam w tobołku, który z takim uporem trzymam w rękach”. „ – Miłość? – zapytał starzec. – To niewiele jak na długą drogę.”

Patrzę aż za horyzont. A oni dwaj ciągle tam jeszcze w bezruchu. Dwie czarne kropki u wylotu bezkresnej drogi, prostej, graficznej kreski na styku nieba i ziemi.

Małgorzata Dorna (Wendrychowska), Piła, listopad 2021

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko