Rekomendacje książkowe z Biesiady Literackiej SPP

0
499

Wacław Holewiński
Dziennik? Notatnik? „Zapiśnik”?

Tę książkę powinienem był przeczytać osiem lat temu. Przeoczyłem, choć miała nominację np. do Nagrody literackiej im. Józefa Mackiewicza.. A teraz, po latach, obdarował mnie nią autor i… i zanim spostrzegłem, byłem już po lekturze. „Opowieść mężczyzny, który zarabia śpiąc” to debiut książkowy Jerzego Kędzierskiego i jak dotąd jego jedyna książka, choć wiem, że niebawem ma się ukazać kolejna. Nie wiem do jakiego gatunku należałoby ją zaliczyć, ale nie ma to kompletnie znaczenia. Opowieść o lekturach, przyjaźni, Bogu, o tu i teraz, o swoim miejscu na Ziemi, o czasie, fitness, biżuterii, o jeździe tramwajem. Dziennik? Notatnik? „Zapiśnik”? Jak ulał do książki Kędzierskiego pasuje tytuł, który dla własnej wymyślił Jerzy Stempowski – „Notatnik niespiesznego przechodnia”.  Traktuje on bowiem czas w sposób szczególny, pozwalający czytelnikowi na szerszy oddech, na inną perspektywę poznawczą. Coś, co przebija przez myślenie i zdania ułożone przez autora, to – szukam dobrego określenia i znajduję – dobro. Nie, nie w tym sensie, że o nim mówi, ono po prostu jest. Albo inaczej, nie ma tam zła, nie epatuje nim. Ale to nie jedyna jej zaleta. Bo jeśli prawdą są te zapiski, a nie ma podstaw aby w to wątpić, to większość czytelników z zazdrością spojrzy na sposób życia autora – bez obciążeń, na luzie, bez „twardych” zobowiązań, z minimalnymi potrzebami, z głową otwartą, z jasną hierarchią wartości. Świat idealny? A skąd! Raczej wyczyszczona głowa. I potrzeba zatrzymania się, przemyślenia samego siebie.

Jerzy Kędzierski – Opowieść mężczyzny który zarabia śpiąc, Wydawnictwo Rosemaria, Poznań 2013, str. 232.

Piotr Müldner-Nieckowski
Wacław Holewiński: Krew na rękach moich

Kolejna znakomita książka historyczna Wacława Holewińskiego. Od czasu, kiedy ukazały się trzy powieści cyklu, opisującego pogromy warszawskie (Pogrom 1905, Pogrom 1906 i Pogrom 1907), stał się Holewiński zauważalny jako twórca unikalnego stylu budowania powieści. Powstają formy przejrzyste, zrozumiałe, czytelne właściwie dla każdego średnio oczytanego czytelnika. Skutecznie wprowadzają w zawirowania i nawroty czasu, zdarzeń, myśli, postaw ludzkich, co pozwala na precyzyjniejsze niż kiedykolwiek i jednocześnie strawniejsze definiowanie dziejów. Posługują się techniką „kawałków stłuczonego lustra” i zarazem pomysłów stylistycznych antypowieści, ale „uczłowieczonych” (tj. o rozjaśnionej treści), nie rezygnując ze sprawdzonych „wysokich” modernistycznych metod literackich.

Pozwala to pisarzowi skutecznie stosować niejedność czasu, zmienność miejsca i rozczłonkowanie akcji, tak aby wielowątkowa opowieść stała się lepszym źródłem doznań niż dotychczasowe próby prozatorskie, i tym bardziej lepszym niż jakikolwiek film. Ten ostatni okazuje się wobec takiej powieści wręcz atrapą, szybko starzejącą się serią obrazków, z których niewiele wynika poza rozpoznawaniem sekwencji zdarzeń i mimiki aktorów oraz w miarę dowcipnych dialogów. Myślę, że film, jeśli któraś z powieści Holewińskiego zostanie zekranizowana, może tylko ją spłycić. Chyba że znajdzie się reżyser taki jak Filip Bajon czy Janusz Zaorski, który chwyci rzecz za gardło.

Powieść „Krew na rękach moich” opowiada o kilku postaciach powstania styczniowego (1863-1864), ale jakże znaczących. Zostały przez pisarza wybrane nieprzypadkowo. Jedną z nich, tu najważniejszą, jest Emanuel Szafarczyk. Inni mu towarzyszą z bliska i daleka. Dopełniają obrazu bohatera, który bynajmniej we własnym mniemaniu nie bywa bohaterem. On się tym nie napawa, robi swoje. Mawiał: „Wszystko, co podłe, złe, wszystko, co każe nam nawet po rusku oddychać, bieda, z tym trzeba walczyć, nie godzić się”. Kto tak myśli, ten żaden zbój ani morderca. Chyba uważa się jedynie za wykonawcę posłania, którym został obdarzony.

Szafarczyk, dziś całkowicie zapomniany, zasługuje na mocne przypomnienie, bo jest osobą właściwie dla historii symboliczną. Także dla nas. Nasz czas pokoju nie jest dany na zawsze. Chodzi więc nie tylko o konieczność przypominania dziejów i związanych z nimi ludzi, ale o to, co się dzieje dziś, współcześnie w materii w zasadzie porównywalnej. Młodzieniec ten w chwili śmierci przez powieszenie z rąk carskich katów na Stokach Cytadeli (zginął wraz z ostatnim naczelnikiem Warszawy w powstaniu, Aleksandrem Waszkowskim) miał ledwie 30 lat, a mimo to stała za nim potężna działalność, wielka sprawa. Można nawet mówić o etosie naczelnika „żandarmów-sztyletników”, którzy likwidowali zdrajców Polski, a także organizatora zamachów, m.in. na Aleksandra Wielopolskiego i Fiodora Fiodorowicza Trepowa. A to mimo wątpliwości moralnych, które także nigdy nie powinny znikać z naszego obszaru myślowego.

Książka ta, beletrystyczna w swej okazałości, jest po to, żeby można było zrozumieć mentalność tego człowieka, jego sposób życia i bycia, jego projekcję przyszłości Polski i na tym tle własnej osoby; aby zrozumieć funkcjonujące systemy wartości, atmosferę miasta i wsi, obecność zwolenników i przeciwników istnienia państwa polskiego; wreszcie czym jest wolność i w związku z nią działanie przeciw niewolnictwu. Każe też sięgnąć do narosłych już dzisiejszych konfliktów ideowych, intelektualnych i artystycznych. Do co chwila zaciskanych pięści. Tego zadania nauka jak dotąd nawet nie próbowała dokonać. Naukę interesują tylko fakty, informacje potwierdzone źródłowo, a to, czego nie udokumentowano, nie może być przez nią brane pod uwagę. Fikcja, odtwarzająca rzeczywistość, w tym względzie zastępuje, dopełnia, a nawet wyprzedza naukę, i właśnie tak to pojmują zdolni pisarze.

Czyż, czytelniku drogi, nie czujesz, że pisarz nie tylko zajmuje cię ciekawą opowieścią, ale także wprowadza w tajemnice dziejów, które w dodatku mogą ci się przydać nie tylko jako rozrywka umysłowa? Nie ma w tym cienia dydaktyzmu, a jednak tak to działa. Może ty też powinieneś zacząć się zastanawiać, czy nazywany „terrorystą” albo wręcz „zbrodniarzem” bojownik o swój naród nie jest ani jednym, ani drugim, tylko wybawcą, który chce uczynić z ciebie człowieka pierwszej, nie zaś służebnej, niewolniczej kategorii? Odpowiedź trzeba umieć jednak udowodnić. Faktami, ale także przemyśleniami i wyobrażeniami faktów. Sprawę tak stawiają nie tylko pisarze, publicyści czy filozofowie. Występuje ona bowiem, wraz z doktrynalną odpowiedzią, choćby w Katechizmie KK.

Taka jest powieść Holewińskiego. Rzecz do czytania jednym tchem, a potem do powracania do jej subtelnych atrakcji, których nie brakuje na niemal żadnej karcie tomu.

Piotr Müldner-Nieckowski

_______________________

Wacław Holewiński, Krew na rękach moich. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021. Stron 320. ISBN 978-83-64708-59-6.


Piotr Müldner-Nieckowski
Piotr Wojciechowski: Chleb z deszczem

Tom, jak na zbiór poezji współczesnej, dość opasły. Inny jednak stać się nie mógł, ponieważ Piotr Wojciechowski, powszechnie znany jako wybitny prozaik i dotychczas właściwie nieistniejący jako poeta, od początku swego twórczego istnienia poezje pisał. Odkładał je jednak na bok, na później. Jeśli publikował, to z rzadka w listach do przyjaciół, w drukach okazjonalnych (najczęściej okołoświątecznych), wyjątkowo w czasopismach kulturalnych. Przeważnie jednak wrzucał do szuflady. Przez dziesiątki lat zajmował się bowiem prozą artystyczną lub eseistyczną z tak dobrym skutkiem, że poezja do funkcji kreowania istnienia pisarskiego (przecież niezbędnego w tym zawodzie) nie była niezbędna.

Do czegoś innego jednak potrzebna była, skoro wciąż obok próz i dramatów powstawała. A może je poprzedzała? Wydaje się też, że niekiedy służyła jako ćwiczenie intelektualne i estetyczne, jako magazyn sensów, zbiór metafor, skrótów lub syntez myślowych, definicji, znaków emocji, które albo czekały na realizację prozatorską lub dramaturgiczną, albo po wykonaniu zadania doskonalącego myśl prozatorską, były skazywane na archiwum, przynajmniej do czasu podjęcia decyzji co do ich losu jako wierszy. Na szczęście – jak widać – doczekały się wyroku pozytywnego. Kiedy się ukazały w formie tomu, od razu spostrzegliśmy, że pełniły rolę ładunków oczekujących, takich które miały wybuchnąć niczym race wystrzelone w niebo.

Pewnego dnia Piotr Wojciechowski przejrzał bowiem na oczy. Zauważył, że istnieje jako poeta, że jest poetą, kto wie, czy nie ważniejszym niż prozaik. Najpierw trochę starych i nowych wierszy opublikował w mediach, a ponieważ to się doskonale sprawdziło, zdecydował się na tom. Ku naszemu szczęściu, bo jest to książka znakomita. Zawiera wiersze-komentarze, wiersze odkrywające prawdę, docierające do sedna rzeczy, zastanawiające się nad autorem i jego otoczeniem, ale i na drugim krańcu rozprawiające o Panu Bogu i związkach z Nim; wiersze rejestrujące chwile, zwycięstwa, porażki, oczekiwania, normalność i jej przeciwieństwa… Nie ma tu jednej dostrzegalnej, wspólnej dla wszystkich tekstów linii intelektualnej, takiej jaką się widuje u innych poetów, zwłaszcza u tych, którzy to sobie solidnie pielęgnują jako „wykładnię samego siebie”. Jest natomiast rejestracja kosmosu myśli, psychiki, obserwacji i zdumienia ubrana w szaty własnej, wcale nie prozatorskiej, ciekawej estetycznie poetyki.

Jakże często jest to po prostu zaduma – jak by powiedziała Anna Kamieńska – „nad dziwnością świata tego”.

Piotr Müldner-Nieckowski

_______________________

Piotr Wojciechowski, Chleb z deszczem. Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2018. Stron 236. ISBN 978-83-64708-59-6.

Zbigniew Zbikowski
Szkoła jako świat cały

Dezső Kosztolányi uważał, że powieść, dopóki nie zostanie przeczytana, jest niczym szkielet kostny ustawiony w biblioteczce. Dopiero czytelnik ubiera go w ciało i daje mu życie, przenosząc do swojej pamięci wydrukowaną treść i ożywiając cały krwiobieg metafor i aluzji. „Złoty latwiec”, uważany za szczytowe osiągnięcie Kosztolányiego, jest rzeczywiście takim szkieletem, wykorzystującym uniwersalny schemat fabularny, który może być odczytywany ciągle na nowo przez kolejne pokolenia czytelników, nie tracąc nic na aktualności. Powieść w znakomitym przekładzie wielce zasłużonej dla popularyzacji nad Wisłą węgierskiej literatury Ireny Makarewicz, od kilku miesięcy jest dostępna po polsku.

Rzecz dzieje się na początku dwudziestego stulecia na obszarze dzisiejszej Wojwodiny, ongiś podległej Koronie Węgierskiej. I to Węgrzy są bohaterami tego dramatu, w który wplątani są nauczyciele i uczniowie, reprezentujący dwa porządki, dwa podejścia do życia. Jeden to konserwatyzm, tu rozumiany jako sztywne trzymanie się „raz na zawsze” ustalonych reguł i schematów postępowania, drugi zaś to buntowniczość, niezgoda na to, co zastane, łamanie starych zasad i odrzucanie krępujących gorsetów. U Kosztolányiego konflikt ten rozgrywa się w skali mikro, w prowincjonalnym miasteczku, w obrębie szkoły i kilku zaledwie rodzin, ale dojrzały czytelnik wie, że jest to tylko figura retoryczna, pars pro toto, bo autor opowiada historię Europy i świata, która dzieje się zawsze i każdego dnia.

Dezső Kosztolányi, mentor dobrze już znanego i uznanego w Polsce Sándora Máraiego (to po nim Márai przejął pisanie coniedzielnych felietonów w czasopiśmie „Pesti Hírlap”), autor dopiero trzech innych wydanych w Polsce książek („Ptaszyna”, „Grzech słodkiej Anny”, „Dom kłamczuchów”), ciągle czeka u nas na popularność na miarę jego talentu.

Dezső Kosztolányi, Złoty latawiec, Officyna, Łódź 2020, s. 390.
ISBN: 9788366511200

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko