Andrzej Dębkowski – wiersze

0
628


* * *

Każdego ranka budzę się w milczeniu,
maluję kwiaty ozdobione czerwonymi plamami jesieni.
Chcę wtedy pytać o wszystko, co istnieje od początku,
od pierwszego znaku, kiedy białka przeistaczały się
w delikatne kręgosłupy pantofelków,
kiedy otaczały nas jedynie zagadkowe nocne odgłosy
i słyszeliśmy przytłumiony szmer własnych kroków,
a krzyki spłoszonych ptaków niewyraźnie
rysowały się na tle nieprzeniknionego nieba.

Sto tysięcy lat później,
ludzie przypominający chłopców,
tak bardzo wypierają się dzieciństwa,
mówią o okropnościach wojen.
Czasami zdarza się, że nie powątpiewają w rozum
i pytają z troską w głosie –
kiedy wyciśniemy z nieba
ostatnie krople krwawego atramentu.
Pochylam się wtedy nad nimi,
starając się dotknąć tych, których kocham,
ich ręce i twarze smaruję gęstniejącym miodem,
żeby zapomnieć o przejmującym chłodzie.

Każdego ranka piszę ołówkiem na kawałku papieru,
nad krawędzią snu odnajduję resztki zwątpienia,
podróżuję z fantastyczną prędkością w kierunku
zgniłej pomarańczy i rdzewiejących ciał.

W nocy budzi mnie spadający z nieba ogień.


* * *

Chciałbym opowiedzieć ci o nocy,
bez poezji i wódki i o tym »cudownym stuleciu«,
w którym przyszło nam żyć.
W jego odruchach widziałem nadzieję, 
łapałem każdą kroplę epoki,
byłem świadkami wzrastającego piękna,
blasku i śmierci.

Często traciłem poczucie psychicznej równowagi,
w ciszy i smutku szukałem zapachów oranej ziemi
i mimo odmiennego punktu widzenia,
próbowałem nie zgubić niepewności,
która tak naprawdę nie chciała wypuścić mnie
z objęć pozasłownych wymówek.

Oczekiwanie na kolejny spektakl kończyło się niesmakiem.
Budziłem się w nocy!
Widziałem, jak chłopskimi wozami
wieziono nas w szronie i blasku gazowych lamp.
Targany wiecznym niezdecydowaniem,
uzależniałem się od drzewa oliwnego
i studni szczęścia
z wodą z zatrutego źródła.

Strach wiedzie do gniewu,
gniew do nienawiści,
nienawiść prowadzi do cierpienia, bo
jaka jest różnica między śmiercią w zamkniętej stodole,
a rozerwaniem przez minę na pustyni
między Eufratem a Tygrysem?

Wieczorami,
przeświadczeni o własnej nieomylności,
zagubieni w codziennej tułaczce 
ostatni ludzie
błądzą po omacku
i spękanymi wargami spijają krew z liści piołunów,
całują ostatnie ślady stóp, pozostawione na piasku plaży,
gdzie wzburzone fale, z błękitnymi grzywami
próbują je rozmyć,
jakby chciały wymazać je z pamięci jeszcze żywych.

O świcie,
kościoły, cerkwie i meczety
rozbłysły kopułami świateł.
Andrzej Dębkowski


Skrzenie

Zło nadchodzi znienacka.
Niebo nabiera wtedy koloru
zgniłej purpury.
Trudno nawet określić,
jaka to pora dnia,
tygodnia, miesiąca, roku.
Jeśli rano – to ma zapach nocnej
obojętności.
Jeśli południe – to już za późno,
żeby przypomnieć sobie okruchy
ciepła zastygłego w pościeli.
Jeśli wieczorem – to nie da się już
poskładać drobin pisaku,
nagrzanego zachodzącym słońcem.

Coraz mniej zależy od nas.
Oderwani od idei,
wpatrując się w blady płomień wiary,
zastanawiamy się,
gdzie ten czas, kiedy do oczu napływały łzy
młodości.

Dookoła fałszywe prawdy –
stają się twarde i służą już tylko mamieniu.
Gazety drukują kolumny ze skandalami.
Sklepy z porcelaną obłudy
proponują nam rozbite naczynia –
pochodzące z dynastii „Money”.

Ta ziemia
pochłonęła całą krew świata,
wyssała ją krwioobiegu
liści, drzew i traw.

Dobry sen dobiega końca,
budzimy się
w rzeczywistości wstydu.


Nasza obecność

Mieliśmy się nie przejmować odpowiedzialnością.
Zawsze możemy protestować
przeciw obojętności
trzymającej nas z dala od rzeczy ważnych,
stanu oblężenia naszych umysłów
konwulsjami nieprawdy,
zalewających
wszystkie stacje nadające
na różnych częstotliwościach ułudy.

Jesteśmy udziałowcami
kłamstwa własnej tożsamości.
Przy włączonych mikrofonach
cieszymy się coraz częściej,
że nasz prywatny świat jest w porządku.

Coraz częściej wracamy do przeszłości,
ale jej śladów nie znaleziono w żadnym pliku. 

Pozostała pamięć.
Czułość dobrego ojca
okazywała się najważniejsza
i miała ludzkie oblicze.
Pamiętam,
jak siadał na swoim starym krześle,
spokojny jak zawsze,
jak wtedy, gdy żył
i kiedy pytał
czy stać mnie na gest pokory. 

Czasami dodawał:
lubimy robić z siebie widowisko
śniąc o sprawiedliwym życiu.


Bez powodu

Wybrałem się w podróż do życia,
ale tylko w myślach
chciałem wiedzieć, jak to jest
zostawić za sobą wszystko.

Kiedy przemierzałem przez stosy
e-maili i książek,
nakazano mi noszenie maski samotności,
oddzielającej mnie od kłamstw i wirusa.

Teraz, na zboczu góry zwątpienia,
w tajemnicy przed nadlatującą kometą,
myślę o gwiazdach, które świecą
na Drodze Mlecznej
i o niezdmuchniętych świecach,
dopalających się w murach
średniowiecznych katedr.

Gdybym mógł mieć jeden dzień więcej…

Na sen,
           na radość,
                        na miłość,
                                   na pożegnanie.

Kiedy umrę, nie stój nad moim grobem
zbyt długo, lepiej zamknij oczy i przypomnij
sobie te chwile razem spędzone w sadzie,
pełnym oliwek i tajemniczego piękna.

Czas nie jest odpoczynkiem,
ani snem, ani śmiercią, ani popiołem…
Stoję spokojnie i rozglądam się
po tych wszystkich wzgórzach,
których nie zaznałem
i na których nigdy nie byłem.

Na szczycie poczułem ciepło pomarszczonej
upływającym czasem dłoni.


Stany

Z beztroską w głosie
głoszą stan wyjątkowy.

Niszczą nasze sny,
tłumią okruchy przyzwoitości
i głosu wydobywającego się ze
ściśniętych gardeł.
Podkutymi obłudą butami
depczą ostatnie lęki i nadzieje.

Słychać już tylko
przytłumiony szmer bosych stóp.

Mój uparty przyjaciel z dzieciństwa
wspomina duchy odchodzące
do świata nadziei.
Mówi, że to kolejny stan rzeczy.
Samotna kobieta próbuje
nie zapomnieć, ocalać za wszelką cenę –
rozpościera nagie ramiona
i opowiada o okropnościach wojen.

Pamiętam już tylko noce odgłosy
świetlików i kąsania owadów,
kiedy nosiłem przekrwione koszule,
przyklejone do zmęczonego ciała.

A przecież nie jesteśmy winni,
bo skąd mogliśmy wiedzieć, że
marzenia doprowadzą nas do piwnic,
gdzie w starych skrzynkach ze skarbami
leżą rozkazy wymarszu –
w nieznane.


Przeprowadzka

Zdjąłem ze ściany ostatni portret.
Przytłumiona starością szarość ścian
wypełniła pusty odgłos pokoju.
Jeszcze tylko stare krzesło
i dopalająca się żarówka.
Nadarzyła się okazja do zmian,
do niepokojącej przyszłości.
Wolni i myślący, gorliwie
wierzymy w nieznane,
niezbadane, niedoświadczalne.
Tworzymy własne zasady
nieomylności. Dajemy się zaciągnąć
do złudnego pokoju zwierzeń.
Wątpimy, że serce może bić
po lewej stronie, a ufamy 
niekończącym się obietnicom
lepszych kłamstw.
Jeszcze tylko zanieść
pełne pudła naiwności
do archiwum zapomnienia.


Fatamorgana

Lubię patrzeć na jasność
z pozycji cienia.

Na ziemię pieszczoną
promieniami światła
i czasoprzestrzenią.

To jak przekraczanie drzwi
do świata blasku,
to codzienny rytuał przejścia
przez czarną dziurę,
gdy udaje się nam
ominąć grawitację.

W trosce o zdrowy sen
wyłuskuję nadzieję,
ocieram zmarszczone czoło,
trzymam ręce w kieszeniach marynarki,
które wyraźnie wskazują na jakikolwiek
brak zaufania do samego siebie.


Błogosławieństwo

Gwiazdy jeszcze błyszczały,
kiedy zaczął wstawać blady dzień.
Wysoko z nieba spadł ptasi krzyk,
rozbijając resztki męczącego snu.

Miłość jest wtedy, gdy widzę
bliźniego, który wypisuje znaki na czole,
kiedy umieranie jest śmiertelne,
a bramy horyzontu otwierają się
na nicość, co nie istnieje.
Anioły pełne zwątpienia,
bez skrzydeł, bezbronne w bliskości,
przesypują prochy naszych przodków
przez zakrwawione palce.

Jednak to był hipnotyczny sen.
Dzwony dzwoniły o trzeciej po południu,
w godzinę śmierci Syna,
i dokądkolwiek wtedy szedłem
albo gdziekolwiek byłem,
zatrzymywałem się na chwilę,
zdejmowałem kapelusz
i patrzyłem w ziemię.
Pochylałem się nad swoją drogą
i tylko głęboka cisza
utwierdzała mnie w bezruchu,
mimowolnie dając do zrozumienia,
że to jeszcze nie pora.

Po dniu pełnym wątpliwości,
widzenie stawało się coraz wyraźniejsze.
Małe pęcherzyki dźwięku
wylatywały przez otwarte okna,
przez które do pustego pokoju
wpadały czerwone promienie wieczoru.
Wieszałem je potem na ścianie
i z trudem toczyłem z góry
przegraną, wewnętrzną walkę –
bez dna, bez wyjścia, bez końca…

Nie pozwól, żeby wygasł ogień
z ogniska nadziei…

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko