Agnieszka Sroczyńska Kostuch – Pierwsza skóra Antolskiego

0
631

„regionalizm bywa frazesem, wokół którego robi się za dużo sztucznego hałasu, akademie urządza i tworzy się wrażenie, że to jakiś ozdobnik, kwiatek do kożucha. Mnie się wydaje, że to co najbliższe, regionalne, lokalne jest naszą pierwszą skórą, na którą nakłada się ta druga, powiedzmy – ogólnopolska. Cały jestem z mojego podwórka, z moich łąk, z moich wzgórz i Włodzicy, z myszołowa i sokoła wędrownego, a dopiero potem z Warszawy, Krakowa, Wisły i orła białego. Podkreślam pierwotność tutejszego odczuwania, naturalność odruchu bycia skądś, z konkretnie zarysowanego, wręcz instynktownie odczuwanego regionu. Nie potrafię tego nazwać zbyt dokładnie, to coś tak naturalnego jak oddychanie.”[i] Tak pisze o swojej małej ojczyźnie Karol Maliszewski. Opis ten przystaje do innego piewcy regionu Zdzisława Antolskiego, który obszerną część swojej twórczości poświęcił Ponidziu. Ale nazwać go tylko „piewcą regionu” to o wiele za mało. Antolski pełni często rolę kronikarza, świadka czasów, które bezpowrotnie minęły i przekaziciela zasłyszanych opowieści. I tak też – jako opowieść kronikarza – odbieram jego ostatnią książkę Ostatni podryw (U Poety, Kielce 2020, ss. 112). Jest to zbiór opowiadań, które pod względem treści są spójne ze sobą i tworzą mozaikę jednego świata, a ściślej jednego miejsca na ziemi, czyli wsi Pełczyska, przemianowanej w książce na Grodziska, leżącej w niegdysiejszym województwie  kieleckim, z akcją rozgrywającą się w latach powojennych. W moim odczuciu zarówno tytuł jak i okładka książki są trochę mylące, bo mozaika świata, jaką autor układa ze swoich wspomnień, jest o wiele bogatsza i barwniejsza niż one by sugerowały. Antolski nie ogranicza się bowiem do opisów własnych czy cudzych podbojów sercowych, ale kreśli najróżniejsze sceny z życia codziennego mieszkańców jak i przepięknie odmalowuje krajobraz. I właśnie te opisy stanowią jedną z najmocniejszych stron (jeśli nie najmocniejszą stronę) tej książki. Przytoczę jeden z nich:
„Odurzony lekturami Zbyszek wychodził z ciemnego pokoju na rozjarzony słońcem świat. Szedł aleją kasztanowców, mijał białą, z jednego ciosu wapiennego wykonaną, figurę Chrystusa frasobliwego i wychodził na otwartą przestrzeń. Spod nóg tryskały mu na boki małe pasikoniki. Wieś leżała rozciągnięta w dolinie, przecinała ją mała rzeczka nazywana strugą. Chałupy chłopskie wprost tonęły w zieleni. Na wschodzie widać było rozległe kolorowe łąki, dochodzące do rzeki Nidy. Słońce rozsiewało nad doliną małą, skrzącą się mgiełkę, powietrze pachniało trawami. Wiatr przynosił zapach pól: świeży, wilgotny, obiecujący nowe szczęście. Coś niematerialnego, ale prawie namacalnego wisiało w powietrzu. Ukrywało się w woni kobiecych perfum, w kokardach dziewcząt, w krzykach wróbli, podobnych do skandowania i w zawodzeniach wilgi. Nad łąkami wolno zataczały koła białe bociany. Lato miało słodki smak chałwy, posypanych cukrem fig na sznurku i grylażowych cukierków kupowanych w sklepiku gieesu.
Nad kościołem i dzwonnicą krążyły kawki. Nisko nad ziemią śmigały w szybkim locie jaskółki. Pod jego stopami otwierały się wyrobiska średniowiecznych kamieniołomów. Dalej, aż po horyzont, który zamykała ściana lasu, ciągnęły się pagórki porosłe trawą, rozdzielone białymi łachami wapiennego żwiru. Widok przypominał urwiste brzegi wyschłej dawno rzeki. Niskie białe chmury wolno płynęły po niebie, a ich cienie przesuwały się po polach, po pagórkach i znikały pod drzewami w wiejskich sadach.” (s. 52)

Znając biografię Antolskiego nie trudno odnaleźć w przywołanym chłopcu podobieństwo do autora, co na pewno nie dziwi jego wiernych czytelników. Antolski bowiem od lat wręcz obsesyjnie wraca w swojej twórczości do krainy dzieciństwa. I wcale nie łatwo to skrytykować jako zbyt nadużywany czy wręcz zużyty temat. Bo kiedy bierze się do ręki jego kolejną książkę i kolejny raz spotyka się tego chłopca z Ponidzia, nic nie nuży podczas lektury. I chociaż widok i jego, i widok  krajobrazu są już mi znajome, to za każdym razem ulegam magii tego miejsca i cieszę się kolejnymi odwiedzinami w świecie, który jest przez Antolskiego tak skrzętnie przechowywany jak największy skarb. Przypomina mi to piękny wiersz Stanisława Grochowiaka Chłopiec jeziorny:
[…]
Trzymam go w palcach – w bursztynowej kuli –
Gestem tak smutnym, jak on sam, gdy pora
Porzucić kościół wielkiego jeziora,
Zatrzasnąć furtkę – kraciastą – koszuli.[ii]

Ale w przeciwieństwie do kilku wcześniejszych książek Antolskiego to nie chłopiec jest głównym bohaterem Ostatniego podrywu. Jest nim samo Ponidzie ze swoim krajobrazem, historią, mieszkańcami. Wydaje mi się też, że w dużo większym stopniu niż w poprzednich książkach autor jest zdystansowany do swojej małej ojczyzny. Co prawda wciąż jest w niej zakochany, ale nie patrzy na nią przez różowe okulary. Widzi śmieszne zachowania, drobne przywary ludzi, które często są determinowane prze życie w małej wspólnocie na prowincji (obgadywanie, brak tolerancji dla inności, konserwatyzm)  jak i całkiem poważne winy (przemoc w rodzinie, antysemityzm, obłudę). Ten dystans buduje poprzez ton humorystyczny. To nie jest cięta ironia, z której też dał się poznać Antolski-felietonista czy użytkownik Facebooka. To raczej ciepła, serdeczna ironia, niepozbawiona zrozumienia dla tych, w których jest wymierzona. Jak na przykład wobec bohaterki pierwszego opowiadania Marzena Kapitalna, o której pisze, że: „nic sobie z tego [z kazań proboszcza, który <<coraz częściej napomykał (…) o jednej takiej, przedstawicielce reżimu komunistycznego, która próbuje rodziny rozbijać>>] nie robiła, niosąc z zapałem w lud kaganek oświaty i miłości” (s.16) Antolski w ogóle – jak na dziecko prowincji – wykazuje daleko idącą tolerancję wobec swoich ziomali. Ale to jest dojrzały Antolski. Kiedy debiutował w 1978 roku jako dwudziestopięcioletni człowiek tomem poezji Samosąd, był bardziej surowy w swoich ocenach, siebie z nich nie wyłączając.

Łatwo odróżnić
dorosłych
– chowają trwożliwie
zgarbione plecy
za twarde grzbiety
słowników i encyklopedii

To cud
ale oni ciągle wierzą
że w książkach
można znaleźć
odpowiedź
na każde pytanie

Wieczorami
zaskoczeni przez czarną godzinę
czasu uwolnionego od pieniądza
bezradnie rozkładają
skrzydła gazet
jakby któregoś dnia
mieli na nich wzlecieć
(***, [Łatwo odróżnić…])[iii]

I w tym dojrzeniu do tolerancji przypomina mi Tadeusza Różewicza, który przeszedł podobną przemianę z poety chcącego wymierzać sprawiedliwość do poety próbującego zrozumieć innych: „Dlaczego piszę? (…) podczas wojny i tuż po niej, <<racje>> conradowskie: <<wymierzyć sprawiedliwość widzialnemu światu>> – było motywem pisania (…) Jednak z latami doszedłem do wniosku, że wymierzanie sprawiedliwości w świecie, który się od czasów conradowskich bardzo skomplikował, a także od czasu mojej młodości, od lat okupacji – nie musi być głównym zadaniem pisarza, poety szczególnie. Wymierzanie sprawiedliwości to bycie sędzią. Czy poeta powinien sądzić? Ogarnęły mnie wątpliwości. (…) dziś raczej rację pisarza widziałbym w rozumieniu świata, w tolerancji…”[iv]

Jednak bardziej zaskakuje – i jednocześnie cieszy – inna zmiana, która zaszła u Antolskiego, zmiana spojrzenia na kwestię pamięci. Swój debiutancki tom zaczął od wiersza-motta:

Gdyby pamięć
jak fotografię
jak list
można było spalić!
(Droga)[v]

Trudno dziś uwierzyć, że skreśliła te słowa ręka człowieka, który uczynił tak wiele dla uratowania pamięci o świecie, którego już nie ma.

Ostatni podryw daje też ciekawe spojrzenie socjologiczne na to, jak dalece zmieniły się gusta, marzenia Polek i Polaków na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Biorąc pod uwagę powrót wielu ludzi do tego, co naturalne (m. in. do nieprzetworzonych genetycznie i chemicznie produktów żywnościowych) i nasilający się – a odwrotny do opisywanego w książce – exodus ludzi z miasta na wieś (albo przynajmniej na peryferie miast), chciałoby się rzec, że te pragnienia zmieniły się diametralnie. Jak pisze Antolski, szczytem marzeń dla dziewczyny z prowincji było zamążpójście za „miastowego”, mieszkanie w bloku z łazienką, pralką i telewizorem, praca w biurze, „przesiadywanie w kawiarniach, seanse filmowe, obiady w restauracji, gdzie można wybierać, co się chce i wybrzydzać.” (s. 23). I każdy, kto doświadczył braku tego wszystkiego, wcale nie będzie się dziwił takim marzeniom. Antolski też z nich nie kpi. Ale i tak wychodzi z tej książki jakaś ironia losu, wytknięcie krótkowzroczności ludzi, których potomkowie wracają do tego (lub przynajmniej tęsknią za tym), z czego zrezygnowali ich rodzice. Zdaje się, że autor Ostatniego podrywu chce nam powiedzieć, że mariaż z miastem wcale nie okazał się najlepszym sposobem na życie, bardziej chwilowym złudzeniem takiegoż. Prawdziwe skarby wciąż skrywają się daleko od niego. A na pewno na Ponidziu.

Parafrazując przywołany na wstępie fragment notatnika Maliszewskiego, chciałoby się rzec o Antolskim, że cały jest z pełczyskiego podwórka, z ponidziańskich łąk, wzgórz i Zawinnicy, z Nidy, z myszołowa i sokoła wędrownego,  a dopiero potem z Kielc, Silnicy i orła białego. I całe szczęście.

Agnieszka Sroczyńska Kostuch


[i] K. Maliszewski, Dolny, śląski, literacki. Notatnik. [w]: nieswojość, praca zbiorowa pod red. A. Pankiewicz, M. Przybyłko, Wrocławskie Wydawnictwo Warstwy, Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie, Wrocław 2019,  s. 196.

[ii] S. Grochowiak, Bilard. Ahaswer , Czytelnik, Warszawa 1987, s. 44.

[iii] Z. Antolski, Samosąd, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1978, s. 16.

[iv] Wbrew sobie. Rozmowy z Tadeuszem Różewiczem, oprac. J. Stolarczyk, Biuro Literackie, Wrocław 2011, s. 126-127; pierwodruk: T. Krzemień, Tramwajem-wierszem do parku-wiersza, „Kultura” (Warszawa) nr 17/1977.

[v] Z. Antolski, Samosąd, op. cit., s. 3.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko