Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
384

Mieszanka tajemnic Warszawy

Od kiedy Eugeniusz Sue pisał w 1843 roku i publikował w gazecie w odcinkach „Tajemnice Paryża”, ta literacka formuła cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. Jest w ludzkiej naturze – sam w sobie skądinąd zagadkowy – pociąg do tajemnic i zagadek. Warszawa nie jest dziś miastem do tego stopnia tajemniczym, co Kraków czy Łódź, choć taką kiedyś była. Zbyt przeorała ją historia – i przy okazji odbudowy, i wskutek budów późniejszych wiele tajemnic wygrzebano z jej trzewi jak trufle z ziemi. Mimo to ma ich ona ciągle tyle, że warte są niejednej książki.

Jerzy S. Majewski, znany varsavianista, dołączył do bardzo interesującej serii „sekretów” łódzkiego wydawnictwa Wielki Młyn i opowiedział o tajemnicach stolicy. Rozpoczyna swoją opowieść (gdyby prasa nie zarzuciła przed lat tej formuły, także „ Sekrety Warszawy” mogłyby ukazywać się w odcinkach w dziennikach czy tygodnikach) od tajemnic praskiego ZOO, by przeskoczyć do perypetii związanych z budową warszawskiego metra, do której „podchodzono” trzy razy (1939, 1951 i 1982) i dopiero za trzecim razem skutecznie. Po tajemnicach budowy metra możemy otrzeć się o wydarzenie (jak na skalę tamtej epoki – lata 1937-1938) ze sfery fantastyki naukowej, czyli początki polskiej telewizji. Dla miłośników „Złego” Tyrmanda interesujący będzie kawałek o „Rarytasie”, mieszczącym się przy Marszałkowskiej 14 eleganckim lokalu-enklawie, w którym w okresie stalinizmu i jego „chlewnej” gastronomii publicznej, wyfraczeni kelnerzy podawali luksusowe potrawy i alkohole, i w którym bywał podobno premier Cyrankiewicz. Zaraz po tym m.in. o tajemnicy królewskiego grobu Stanisława Augusta Poniatowskiego, o wybuchu w Rotundzie w lutym 1979 roku, o dworcu Warszawa Główna, o niebanalnych lokatorach kamienicy przy Waliców 14, o przedwojennych warszawskich studiach filmowych (Moniuszki róg Marszałkowskiej, Trębacka 11, Mokotowska 12 róg Zbawiciela i Chopina nieopodal Doliny Szwajcarskiej), o amerykańsko-chińskich tajemnicach pałacu Myślewickiego, o pierwszym polskim sławnym fotoreporterze Marianie Fuksie, o romansowych i aktorskich losach lokatorki eleganckiego apartamentowca z lat trzydziestych przy ulicy Konopczyńskiego 5/7, Iny Benity, o napadzie na utarg CDT w Boże Narodzenie 1964, o burzliwej, drugiej edycji Miss Polonia 1958, o jednym z najsłynniejszych lokatorów Hotelu Europejskiego Kazimierzu Przerwa-Tetmajerze, o przedwojennym zagłębiu narkotycznym w pasażu Italia przy Nowym Świecie 23 i o tajnych szulerniach stolicy, o bezwzględnym i „legendarnym” mordercy z lat 1955-59 Jerzym Paramonowie („To była taka dziecinna gra/Gdy Paramonow humorek ma/na prawo ręka, na lewo głowa/To jest robota Paramonowa”) czy kawiarni PIW przy Foksal 17, nazywanej „Cafe Snob”, czyli legendarnej kiedyś kawiarni gromadzącej opozycyjną inteligencję twórczą z Antonim Słonimskim na czele. W tej zajmującej lekturze znalazłem po części informacje znane mi skądinąd, ale też i napotkane po raz pierwszy, jak ta, że do 1980 roku w hotelu „Bristol”, a do 1983 w Hotelu Europejskim mieszkał Bronisław Krystall, przedwojenny przemysłowiec, filozof, koneser, kolekcjoner i mecenas sztuki, w tym mecenas Karola Szymanowskiego. I jeszcze akcent osobisty: w tekście o warszawskich halach filmowych mowa jest m.in. o filmie „Książątko” Konrada Toma z 1937 toku.  Drugoplanową, ale całkiem zauważalną i rozgadaną rólkę zagrał w nim 17-letni wtedy Klemens Mielczarek (1920-2006), w przyszłości zawodowy aktor (m.in. w „Przygodzie na Mariensztacie” L. Buczkowskiego obok Tadeusza Szmidta) W jednej ze scen pojawia się on nawet obok ówczesnych gwiazd filmowych, Karoliny Lubieńskiej i Eugeniusza Bodo. W maju 2004 roku przeprowadziłem z nim wywiad wspomnieniowy, który pomieszczony został w książce „Rapsodia życia i teatru” (2006). Tym sposobem, mimo że mój pesel jest mocno powojenny, otarłem się naskórkiem o przedwojenne kino.

Jerzy S. Majewski – „Sekrety Warszawy”, Księży Młyn Dom Wydawniczy, Łódź 2019, str. 152, ISBN 978-83-7729-397-3


Kanikuła panuje w Warszawie

Ta powieść to powrót do przeszłości, ale nie za pośrednictwem autora dzisiejszego, który o opisywany czas nawet się, z powodów metrykalnych, nie otarł, lecz poprzez zapis do pewnego stopnia z autopsji, dokonany „w czasie”. O „Południu wieku” nie sposób zatem pisać  bez biograficznego usytuowania autorki. Flora Bieńkowska (1909-1990) była pisarką, poetką i żoną Władysława Bieńkowskiego, działacza partyjnego wysokiej rangi, który przed Październikiem 1956 i w jego trakcie był jednym z ważnych protagonistów przełomu, który poparł Władysława Gomułkę. „Południe wieku” powstało w latach 1962-1989, choć zasadniczy tekst powstał blisko pierwszej daty, później nastąpiły jedynie szlify i korekty. Powieść jest dokonaną przez autorkę prozatorską próbą zarysowania swoistej syntezy zagadnień polityczno-moralnych czasów stalinowskich, przełomu październikowego oraz lat, które po nim nastąpiły. Przestrzeń czasowa powieści, to fragmenty roku 1956 i 1961, skompresowane ze sobą w narracji. Pierwsza z tych dat, to czas wielkiej przemiany po stalinizmie. Druga to czas pogrzebu Łukasza Dębowego z początku sierpnia 1961. Łukasz Dębowy, to powieściowy kryptonim Andrzeja Stawara, heterodoksyjnego krytyka literackiego-komunisty, który znalazł się w kolizji ze stalinizmem i która to kolizja, mimo dokonanego przełomu politycznego, nie uległa redukcji po wielkiej zmianie. Ów kryptonim, pod którym skryty jest Stawar, streszcza w sobie podstawową formułę „Południa wieku”: to tzw. powieść polityczna z kluczem. Dla każdego czytelnika jako tako obeznanego z personalną historią PRL, rozszyfrowanie dwóch spośród trzech głównych postaci nie stanowiłoby szczególnej trudności, nawet gdyby Ewa Bieńkowska nie ujawniła tego we wstępie do niniejszego wydania. Michał Rudawski to Stefan Staszewski (1906-1989) stalinowski działacz partyjny z najwyższych kręgów władzy, który poparł ferment październikowy, dołączył do kręgu rewizjonistów („puławian”), zadeklarowanych partyjnych liberałów i który przez kolejne dziesięciolecia był jedną z centralnych postaci kręgu byłych dygnitarzy partyjnych tworzących „szeptaną opozycję” z pozycji – nazwijmy to tak – komunistyczno-liberalnych, jakkolwiek paradoksalnie brzmiałby ten zrost. Jan Horaczyński, to Zenon Kliszko (1909-1989), gomułkowiec więziony i torturowany po odsunięciu Gomułki od władzy za „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne” w 1948 roku. Po Październiku ’56 Kliszko zajął obok Gomułki pozycję „numeru 2” w kierownictwie PZPR, a co za tym idzie, w państwie, aż do grudnia 1970 roku.  Faustyn to ewidentnie Jarosław Iwaszkiewicz, Teodor, to Tadeusz Borowski, a Stefan Ożyński to Jerzy Andrzejewski. W postaciach  Józefa Protopa dobrze zorientowani czytelnicy dopatrzyli się cech Adama Schaffa. Główna, a raczej osiowa postać, Piotr Jedliński, postać, według świadectwa córki Władysława, Ewy Bieńkowskiej i syna Flory, Andrzeja Bieńkowskiego, autorów przedmowy i tekstu pomieszczonego na końcu, to porte parole autorki powieści, intelektualista krytyczny wobec systemu władzy, nie tylko z racji politycznych, ale także moralnych.

„Południe wieku” nie jest bowiem polityczną powieścią akcji, jako że – jak napisano w sygnowanym „tajne”, dołączonym do edycji raporcie p.t. „Ocena polityczna powieści Flory Bieńkowskiej „Kanikuła” – południe wieku” – „akcja powieści jest nikła”. Autor raportu, znajdującego się dziś w archiwach IPN, napisanego prawdopodobnie na zamówienie KC PZPR, sygnujący się jako „J”, to według opinii Andrzeja Bieńkowskiego, osoba z kręgu towarzyskiego orbitującego wokół domu Bieńkowskich, profesjonalnie skądinąd analizuje cechy powieści. Warto przytoczyć fragment tej oceny, bo są one z merytorycznego punktu widzenia zwyczajnie trafne. „Powieść Flory Bieńkowskiej stanowi moralną rozprawę ze skutkami kultu jednostki w środowisku literacko artystycznym i w kręgu kierowniczych działaczy partyjnych w Warszawie”. Dalej następuje sekwencja negatywnych epitetów natury ideologicznej w tylu epoki i miejsca („literatura antypartyjna i antykomunistyczna”, „paszkwil na partię i socjalizm”, „sformułowania zaczerpnięte ze słownika prymitywnej reakcji”), ale odłożywszy na bok ten aspekt werbalny, wypada uznać „ocenę” dokonaną przez „J” za całkiem profesjonalny tekst, który, jak napisał Andrzej Bieńkowski, „ma charakter poważnej, krytycznej analizy tekstu”, w którym „widać warsztat akademickiego wykładowcy”. Skorzystam zatem z kompetencji „J” i zacytuję jeszcze przywołane przez niego literackie filiacje i pokrewieństwa „Południa wieku” z „Ciemności kryją ziemię” („J” błędnie, prawdopodobnie w rezultacie tzw. „czeskiego błędu”, autorstwo tej powieści przypisał Arturowi Koestlerowi) Jerzego Andrzejewskiego. Błąd ten polega na mechanicznej zamianie tytułów powieści i nazwisk, bo w sąsiednim zdaniu przywołuje Andrzejewskiego jako autora „Ciemności w południe”, napisanej przez Koestlera właśnie. „Ocena” jest jednocześnie małym przewodnikiem po powieści, jako że jej autor rozszyfrowuje jej personalny klucz, ze wskazaniem na postacie Staszewskiego i Borowskiego. Smaczek polega jednak na tym, że owa deszyfracja jest niepełna, jako że „J” najwyraźniej nie odważył się „rozszyfrować” otwarcie Horaczewskiego jako Zenona Kliszko ani Faustyna jako Jarosława Iwaszkiewicza. Najbardziej prawdopodobnym powodem tego przemilczenia była świadomość, że jednym z głównych adresatów „oceny” był właśnie sam „towarzysz Zenon”. Te i inne uwagi „J” posłużyły jako argument wstrzymania druku powieści, rozsypania składu i zmielenia większości „szczotek”. Jednym  kluczowych zagadnień powieści jest motyw amoralizmu mechanizmów władzy i zagadnienie zbiorowej winy. „Kto tu jest ręką, a kto mieczem w tym zamkniętym kole? „Wszyscy jesteśmy winni” – powtarzali na imieninach Ludwika jak chór grecki” – czytamy w powieściowej narracji. „Kto może wiedzieć lepiej od sędziego Józefa Protopa, który obecnie pracuje naukowo w charakterze socjologa, a bez którego władza się nie obejdzie, gdyż mechanizm nie może się zatrzymać… A Jan Horaczyński (który dopiero co wyszedł z więzienia) powoła go na to stanowisko, gdyż racja władzy będzie tego wymagała, i ty, który skazywałeś Horaczyńskiego, będziesz mógł się wypłacić – skazując tych przez niego podsuniętych. I koło się zamknie”. (…) „Za sprawą historii Jan Horaczyński wychodzi z więzienia i staje się mocodawcą Michała Rudawskiego, który go był do więzienia wtrącił”.

Nie jedyne to zagadnienie podjęte przez Florę Bieńkowską, bo „Południe wieku” jest w rodzajem szerzej zakrojonej introspekcji zagadnień nurtujących władzę tamtego czasu, a także wyrazem słynnego „popaździernikowego rozczarowania”. Jest jednak także analizą mechanizmów jednak do pewnego stopnia uniwersalnych i aktualnych do dziś, w tym zagadnienia determinizmów rządzących polityką. Akcja powieści rzeczywiście jest „nikła”, bo nie o nią tu chodzi. Czytelnik nie znajdzie tu wartkiej, soczystej opowieści z akcentami sensacyjnymi. Mamy do czynienia raczej z ramą fabularną niż akcją. Jej tłem jest przestrzeń szpitala psychiatrycznego w intensywny, sierpniowy upał, ową „kanikułę” z pierwotnego tytułu. Szpital psychiatryczny jako figura zamknięcia i męczący upał jako figura duchoty psychicznej i moralnej. To nie jest jednak proza mięsista, zmysłowa, atrakcyjna atrakcjami dla zmysłów czytelniczych. Dominuje w niej narracja rezonerska, analityczna. Tym bardziej trzeba ją czytać powoli, z rozmysłem, aby zdanie po zdaniu, akapit o akapicie, rozszyfrowywać, odczytywać warstwy znaczeń. Z punktu widzenia warstwy zewnętrznej „Południe wieku” może być dla większości czytelników szyfrem z dawno minionej epoki, tekstem archiwalnym. Jest nim język partyjno-polityczny epoki, charakterystyczne dla niej rysy myślenia, ślady ówczesnych problemów, dziś słabo czytelnych dla nieobeznanych z historią epoki. Pozostają jednak mechanizmy ponadczasowe. Samo zaś odczytywanie tego szyfru (nie tylko personalnego) może przynieść prawdziwą satysfakcję intelektualną. Warto sięgnąć po tę powieść choćby dlatego, że jest w swoim rodzaju unikalna.

Flora Bieńkowska – „Południe wieku”, Prószyński Media, Warszawa 2019, str. 251, ISBN 978-83-8169-196-3


Lektura dziennika myśli

Sophie Marceau powiedziała kiedyś, w tonie wyrzutu, do swojego męża Andrzeja Żuławskiego: „Ty żyjesz w swojej głowie”. Rzecz w tym, że jeśli w głowie jest interesująca, może to być najciekawsza forma egzystencji. Z takim przypadkiem będziemy tu mieć do czynienia.

Kilka jest warunków koniecznych do spełnienia, aby stworzyć ciekawy zapis fragmentów własnego życia: mieć za sobą wiele lat, wiele ciekawych doświadczeń, obserwacji i przemyśleń, dar oryginalnego myślenia, wnikliwą, nie tylko powierzchowną, spostrzegawczość, no i oczywiście umiejętność ujęcia tego w formę zbudowaną ze słów. Jeśli do tego dochodzi jeszcze wykształcenie i solidny łut erudycji,  to jest to przepis na powoedzenie w takim przedsięwzięciu. Łukasz Nicpan (rocznik 1950), poeta i znawca poezji (swego czasu szef działu poezji w „Nowych Książkach”) spełnia te warunki,  a można wskazać jeszcze co najmniej kilka innych. Dlatego dokonany przez niego zapis 365 dni życia, zatytułowany „Fajerwerki w otulinie”, czyta się wybornie. To jego prozatorski debiut, przy czym dobrze się stało, że podjęty tak późno nie zmaterializował się w literackiej prozie, w fikcji, lecz w tworzywie własnego życia.

W pewnym bowiem wieku (wiem to po sobie, bo jestem od autora tylko o kilka lat młodszy) na ogół niezbyt dobrze znosi się fikcję literacką, i  w tym co się pisze, i w tym co się czyta.  Fikcja jest w sam raz dla młodych ludzi, obcowanie z nią czy uprawianie jej jest naturalnym etapem ich rozwoju, myślowego czy artystycznego. Wraz z upływem lat, nawarstwiająca się magma własnego życia sprawia, że – na ogół – patrzymy na fikcję nieco „z góry”, „protekcjonalnie”, że staje się ona – choćby najbarwniejsza – blada wobec tego, co sami widzieliśmy i przeżyliśmy. Fikcja nie musi już nam niczego zastępować, tak jak w młodości, nie jest potrzebna jako ersatz, jako proteza.  Mówiąc krótko: życie przerasta fikcję. Oczywiście, to ocena nieco wyjaskrawiona. Zdarza się i w późnym wieku czytać prozę literacką, fikcyjną, czasem zawodowo, czasem dla przyjemności. Musi być jednak spełniony warunek: to musi być wybitna, wyrafinowana proza. Także wielka klasyka, do której wracamy. Tylko te czynniki zawieszają działanie wspomnianych wcześniej prawidłowości.

Wracam jednak to zapisków Nicpana. To obcowanie z inteligentnym, mądrym człowiekiem, znakomitym obserwatorem, który ileż ma do powiedzenia, ile interesujących, trafnych spostrzeżeń o życiu swoim i cudzym! I podaje to wszystko stylem klarownym, bezpretensjonalnym, bez cienia minoderii, bez autokreacji. Żeby nie być gołosłownym przywołam kilka tylko interesujących spostrzeżeń i przemyśleń Nicpana. A nade wszystko trafnych, prawdziwych, co w czasie lektury weryfikowałem przez filtr własnych odczuć i własnej percepcji. Choćby to o naszym stosunku do koleżanek i kolegów ze szkolnej młodości, tych których od czasu do czasu spotykamy choćby na rocznicowych zjazdach szkolnych czy spotkaniach klasy maturalnej. O koleżankach: „nadal są dziewczęce. Choć tylko przy nas, chłopięcych. Z dala od nas już nie są dziewczęce, z dala od nas są prawie stare. Wspólna młodość wciąż trwa między nami, lecz tylko wtedy, gdy jesteśmy razem, jedno wobec drugiego. Wystarczy jednak, że się odwrócimy – a już starzy (w oczach innych). Tak że natura nasza Janusowa, obojnaka, dwulicowa, jakby karciana”. Kiedy natrafiłem na ten passus, byłem zdumiony jego empiryczną wręcz, nie metaforyczną trafnością i jego idealną tożsamością z moimi własnymi odczuciami, które towarzyszą mi, gdy spotykam się z gronem mojej ukochanej klasy maturalnej.  Albo inna uwaga autora, z innego zakresu, znów niewiarygodnie wręcz tożsama, jakby z jednego mózgu zrodzona. Nawiązując do lektury edycji listów Witkacego zauważa on, że jeszcze bardziej frapujące niż sama treść korespondencji, są przypisy do niej: „Setki postaci, niegdyś żywych osób, skwitowane (…) notami biograficznymi, z których każda – gdyby usiadł nad nią jakiś nowy Tołstoj, mogłaby stanowić kanwę epopei, powieści realistycznej w trzech tomach. Zasuszone liście herbaciane zmielone na pył”. Nic dodać, nic ująć! Albo to dziwne odczucie, które i mnie się czasem zdarza, gdy natknąwszy się na kogoś obcego, przypadkowo i na chwilę, doznaję kosmicznej niemal, filozoficznej, melancholijnej refleksji, że ten ktoś zniknie za chwilę z mojego świata na zawsze. Znów idealna niemal, wprost zadziwiająca tożsamość odczuć! Tak jak przy lekturze uwagi o absurdalności fenomenu kibicowania piłkarstwu. Czy ten błysk nostalgicznej refleksji o przemijaniu, w reakcji na (telewizyjny) widok Anuli z serialu „Wojna domowa”, Elżbiety Góralczyk, wtedy, w 1965 roku, „pyskatej, nowoczesnej pyzy”, a na jego oczach starej, śmiertelnie chorej kobiety. Albo ta refleksja nad sensem tajemniczego obrazu Aleksandra Gierymskiego „W altanie”, wywołująca absurdalne na pozór, a przecież kapitalne pytanie, co mówi jedna z postaci, tajemniczy mężczyzna w „białej peruce z czarna kokarda w czarnym atłasowym surducie, odwrócony do nas plecami” . No i te, licznie w tekście rozsiane, pokuśne uwagi nad napotykanymi przypadkowo na ulicy czy w  środkach komunikacji, młodymi kobietami, wolne od „starczej lubieżności”, a przy tym odkrywcze psychologicznie. W jednej z tych obserwacji rozpoznaję (z nazwiska, a nawet znam go osobiście) pewnego „profesora religioznawstwa, chudziny z bródką”, perorującego do młodej kobiety przy restauracyjnym stoliku w Ogrodzie Saskim. I ta bliska mi, i wywołująca wdzięczność czułość w stosunku do zwierząt, z ratowaniem od śmierci pająka uwięzniętego w zlewie włącznie. Dość! Za dużo z materii tych zapisków już wyjawiłem. Ale spokojna głowa. Każdy może je zinterpretować inaczej, po swojemu. Takich bakalii można z „Fajerwerków” Nicpana wyłowić mnóstwo. Nie trzeba ich nawet wyławiać, same się pchają do rąk, a raczej do czytelniczej uwagi. Każdy znajdzie coś dla siebie. Fascynująca przygoda z dziennikiem myśli myślącego człowieka.

Łukasz Nicpan – „Fajerwerki nad otuliną”, PIW, Warszawa 2020, str. 324, ISBN 978-83-8196-055-7


Prawda o Zygmuncie Krasińskim

Kolejny tom szkiców poświęconych Zygmuntowi Krasińskiemu jest najobszerniejszy w ramach cyklu mu poświęconego, a też i najbardziej zróżnicowany tematycznie, bo obejmujący zarówno zagadnienia twórczości jak i kwestie biograficzne. Tom „Życie czy literatura?” otwierają szkice o zagadnieniach estetycznych, w szczególności w odniesieniu do pojęcia „piękność”(Ewa Szczeglacka-Pawłowska), o stosunku poety do malarstwa Rafaela (Santi) napisał Olaf Krysowski. Wśród innych tekstów, m.in. o opiece jaką Zygmunt Krasiński otoczył w trudnym ich losie dzieci szlachetnego Adama Sołtana, jego wieloletniego korespondenta (Teresa Winek), o „młodzieńczych narracjach autobiograficznych” poety (Magdalena Dalman), o„gotycyzmie opinogórskim” (Krzysztof Andruczyk), o sycylijskiej podróży poety jako próbie odnalezienia ziemskiej Arkadii (Iwona Dorota), o Krasińskim jako romantycznym pisarzu politycznym (Arkadiusz Bagłajewski), o jego stosunku do filozofii Hegla, jako jednej (obok Henryka Rzewuskiego) z wersji konserwatyzmu romantycznego (Tomasz Kłusek), o motywach apokaliptycznych w „Przedświcie” (Michał Sokulski), o „hrabim Zygmuncie i republica litterarium” (Joanna Pietrzak-Thébault). Ze swej strony zwróciłbym uwagę na dwa ważne z mojego punktu widzenia teksty. Tematyka szkicu „Krasiński nowocześniejszy od Sartre’a?”, o pierwszej powojennej inscenizacji „Nie-Boskiej komedii” Marii Makaruk, jest wbrew tytułowi nieco szersza, bo odnosi się nie tylko do tytułowej realizacji scenicznej dramatu dokonanej w Łodzi w 1959 roku przez Bohdana Korzeniewskiego, ale i do innych poprzedzających ją inscenizacji, od prapremiery w 1902 roku w Krakowie, poprzez realizację Arnolda Szyfmana (szczególnie chwaloną przez krytykę) w Teatrze Polskim w Warszawie  w 1920 roku oraz dwie pozostałe inscenizacje międzywojenne (1926 i 1938), aż po tytułową. Prześwietlanie sensów dzieła dramaturgicznego przez różne realizacje sceniczne pozwala zazwyczaj pokazać je wszechstronniej, głębiej niż w przypadku analizy jedynie krytyczno, czy teoretyczno-literackiej i tak też jest w tej analizie.

Za szczególnie ważny i unikalny z powodów zasadniczych tekst uważam natomiast szkic Danuty Danek „Krasiński i doświadczenie miłości romantycznej (w kontekście innego spojrzenia na romantyzm)”. Autorka w tonie nie wyzbytym nieskrywanej emocji rozprawia się (to jest chyba właściwe słowo) z recepcją życiowej postawy Krasińskiego, w szczególności z kwestionowaniem przez znaczącą część badaczy i komentatorów jego szczerości emocjonalnej, przypisywaniem mu neurastenii powodowanej próżniactwem, nieróbstwem bogatego pana, a jego nieustanną epistolografię – grafomanii, jak też kwestionowaniem prawdziwości jego cierpień psychicznych i fizycznych. „Tak – napisała Danek z sarkastyczną goryczą – listy Krasińskiego dowodzą, że całe życie miał się wcale dobrze; tylko wydawało mu się, że nie”. I na kolejnych stronach swojego studium bardzo przekonywująco uzasadnia, że Krasiński cierpiał naprawdę, że u podstaw jego cierpienia była nadwrażliwość skaleczona we wczesnym dzieciństwie przez relacje z ojcem i przez traumę śmierci matki, że poddany był rodzinnej opresji psychologicznej. I że forma jego aktywności – pisanie, była najbardziej, a może jedynie adekwatna do jego talentu i umysłu (użyję tu tonu autorki: a czym miał się zajmować zamożny, mądry na granicy geniuszu, wybitnie utalentowany człowiek –  pracą fizyczną, jak półgłówek Ludwik XVI, który nie lubił pracy umysłowej, za to kochał jeść i majsterkować jako ślusarz?). A już zupełną aberracją jest określenie jako grafomanii listów Krasińskiego, które ułożyły się w jedno z najciekawszych świadectw intelektualnych epoki i które ktoś nazwał nawet „największą powieścią XIX wieku”? Zarzuty zaś, że Krasiński „próżnował” przypominają w stosunku do niego zazdroszczenie „przez proboszcza do aptekarzowej, że miała lekki poród”. Byłby pożyteczniejszy, gdyby biedował i został robotnikiem? Wyrazem satysfakcji z tekstu Danuty Danek, który wyraził również moje bardzo już dawne intuicje, kończę uwagi na temat tego bardzo interesującego tomu.

Zygmunt Krasiński – „Życie czy literatura?”, pod red. Agnieszki Markuszewskiej, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2019, str. 590, ISBN 978-83-231-4146-4

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko